czwartek, 26 grudnia 2013

Wianek

Kilka miesięcy później...

Westchnąłem głęboko, zamykając oczy przed rażącymi promieniami słonecznymi. Powoli, ale stanowczo wiosna wchodzi w stan panowania. Wszystko jest takie, łaaadne, koloroowe. Nawet po tych ostatnich wydarzeniach zrobiło się jakoś spokojniej. Nikt się nie zabija, ani nie próbuje. Jeśli pomyśleć by o tym, to przyda się chwila spokoju, żeby wreszcie odetchnąć od problemów... No, nie mówiąc o mnie, bo ja je wiecznie mam...
- Alisa, do jasnej cholery weź ze mnie te kwiatki... - warknąłem, starając się jednak nie unosić głosem.
- Ale ty wyglądasz w nich taak słodko <3 - uśmiechnęła się podle.
- Gdzie ty masz oczy...
- Pff... - prychnęła pod nosem, siadając po turecku obok mnie. - Gdzie się ostatnio wszyscy podziali?
- A jak myślisz? Ricko i Naya szwędają się gdzieś tak samo jak i cała reszta. Wiosna przyszła, to trzeba się wyszaleć - przewróciłem teatralnie oczami.
- Taa, trzeba. Patrz, wianek skończyłam ci robić - uśmiechnęła się szeroko, chwaląc się "cudnym" kółeczkiem zieleniny.
- Piękny... - mruknąłem pod nosem od niechcenia.
- Nawet się nie starasz kłamać i marnie ci to wychodzi psychopato...
- Cóż, taki jestem - wzruszyłem ramionami, a dziewczyna prychnęła cicho pod nosem, udając obrażoną.
- Foch forever? - spojrzałem się na nią kątem. Nic nie odpowiedziała, tylko odwróciła się do mnie plecami. Westchnąłem ciężko, wstając z ziemi.
        Nagle mój wzrok dostrzegł jakiś prawie niewidoczny kształt przemieszczający się w cieniu. Zmrużyłem oczy, rozglądając się uważnie.
- Stało się coś? - spytała czarnowłosa, nagle zapominając, że jest na mnie w ogóle obrażona. Nie odpowiedziałem. Oprócz jej słów dotarł do mnie również dźwięk przeładowywanej broni. Mój mózg w samą porę przesłał do mnie informacje o tym, co się dzieje. Szybko odepchnąłem dziewczynę na bok, a kula, która leciała na nią trafiła celnie we mnie. Zachwiałem się, czując w ustach napływający, metaliczny smak krwii. Starałem się utrzymać w pionie, jednak marnie mi to wychodziło. Krew zdobiła teraz całą moją koszulkę, tworząc na ziemi szkarłatną kałuże.
- Shail! - krzyknęła przerażona, doskakując do mnie.
- Wiesz... To chyba kara za to, że nie podobał mi się twój wianek... - uśmiechnąłem się słabo. Świat na chwilę zawirował, zamazując wszystkie jasne barwy, aż nastała ciemność.

~Shail~

środa, 25 grudnia 2013

Psychol i pedofil

Westchnąłem ciężko, zamykając oczy. Postanowiłem, że moje zdolności ruchowe ograniczę do zera i pozostanę na podłodze. Znając życie za chwilę znowu bym się na niej znalazł wiadomo przez kogo.
- Żyjesz? - spytała po chwili, wychylajac się zza łóżka.
- Nie, umarłem...
- Tym lepiej! - krzyknęła uradowana, gładząc murzyna po miękkim futrze.
- Dla kogo niby?...
- Dla wszystkim.
-... Pocieszająca jesteś - burknąłem.
- Oh, wiem.
- Lepiej leż, bo cie do tego zmusze... Jak tylko zechce mi się wstać.
- Jesteś leniem, przyznaj się. Na dodatek pedofilem, psychopata, manipulatorem, sadysta, masochista i...
- A ty - przerwałem jej - jesteś wkurzajaca, irytujaca, natretna, nienormalna i... aż zabrakło mi na ciebie określeń.
- Ha! Powiedz jeszcze, że urocza, miła, sympatyczna...
- Chyba cię coś boli... - prychnąłem pod nosem.
- Mnie na pewno nie - uśmiechnęła się podle, zakrywajac kocem. Przewrocilem teatralnie oczami, odwracajac się plecami do łóżka. Niech spłonie.

~Shail~

Kocyk i Shailowy dywanik

Uśmiechnęłam się podle. Grę czas zacząć.
-Zimno mi... -Odezwałam się po chwili. Psychopata wstał i rzucił we mnie kocem. Warknął coś niezrozumiałego pod nosem i usiadł na stołeczku otwierając procenty.
-właściwie to mi za gorąco... -Odrzuciłam koce na niego akurat w chwili gdy pił. I piękne procenty razem z syropkiem zdobily jego koszulkę i spodnie.
-Ojoj... -prychnelam pod nosem i zaczęłam się śmiać. -Jakaaa szkoooda...
-...-wstal gwałtownie podnosząc mnie za bluzkę, jednakże poślizgnął się na mokrej podłodze i po chwili robił za piękny dywanik. Ja miałam więcej szczęścia i wylądowałam na łóżku, a po chwili zaczęłam się śmiać.
-Psychopatyczny dywanik! O pacz...kotek ^.^ kici kici..
Kotek wskoczył na Shaila wbijajac mu pazury w skórę i grzecznie wskoczyl na łóżko obok mnie łasząc się.

~Alisa~

Syropek

Spoglądałem jeszcze przez chwilę w bladą twarz Alisy, oraz podpuchnięte i zaczerwienione oczy. Sama wyglądała jakby za chwilę znów miała zamiar się rozpłakać, albo wyzionąć ducha.
- Musisz wziąć leki - powiedziałem nagle, wstając z miejsca. Dziewczyna obdarzyła mnie znudzonym spojrzeniem i prychnela pod nosem.
- Nie będę ich brała.
- To nie wyzdrowiejesz.
- Nie mam zamiaru zdrowieć.
- Nawet mnie nie denerwuj - warknąłem, siadając obok. - Weź przynajmnien syrop.
- Po co syrop?
- Na chorobę... - odparłem lekko zirytowany. Nalałem trochę cieczy na łyżeczkę i podsunąłem go jej pod samą twarz. Alisa przez dobrą chwilę wpatrywała się tępo w syrop, a następnie szybkim ruchem ręki wytrąciła mi łyżeczkę z ręki powodując, że cała zawarta na niej ciecz znalazła się na mnie.
        Zrobiłem głęboki wdech i wydech, chcąc się uspokoić. Dziewczyna zrobiła wielkie oczy, zakrywając dłonią usta i powstrzymując śmiech.
- Ups...
- Ups? - warknąłem sarkastycznie. - Widzę, że masz za wygodnie...
-...co ty masz na myśli? - zmrużyła oczy marszcząc czoło zdziwiona. W sekundę złapałem ją za nogi i zawiesiłem nad podłogą do góry nogami. Alisa pisnęła wystraszona, chcąc się wyrwać. W starciu ze mną nie miała jednak szans.
- Puść mnie, debilu!
- Będziesz piła syropek?
- Kurwa sadysta! Manipulator!
- Mogę puścić... - zsunąłem jedną rękę niżej powodując, że znalazła się bliżej ziemi.
- Niee! - wrzasnęła - będę! Ale mnie Puść!
Zmrużyłem oczy, niechętnie sadzając ją na łóżku. Odetchnęła z ulgą, siadając po turecku i uważnie mi się przyglądając.
- Skoro tak ci zależy, abym wypiła syropek... To i tak go nie wypije - uśmiechnęła się podle - ale zatrudniam cię jako swojego własnego opiekuna na czas choroby.
-... Chyba cię ku*miał* poje*miał*
- Czy ja wyglądam jakbym żartowała?
-... - westchnąłem głęboko i popchnąłem ją na plecy, przykrywając po samo czoło. - Uduś się tam...
- Pieprz się...
- Nie mam z kim... - burknąłem, siadając na krześle. Ta dziewczyna mnie wykończy...

~Shail~

Przebudzenie

Szłam tunelem w stronę światła. Wiem, mówią żeby tak nie robić, ale czułam, że muszę tam iść. Za mną ktoś był, ktoś krzyczał żebym się zatrzymała, ktoś złapał mnie za rękę...
Otworzylam lekko oczy rozglądając się dookoła.
-G...Gdzie ja...?
Wydusilam z siebie z trudem łapiąc powietrze. Ktoś kto trzymał moją rękę drgnął.
-Jestes bezpieczna...
Moim ciałem raz po raz wstrzasały dreszcze, nie potrafilam wypowiedzieć ani słowa... A miałam tyle pytań... Czyli nie zginęłam? Szkoda... Znów muszę przez to przechodzić by za jakiś czas znów spróbować zginąć. Niby tak prosto zginąć jednak zawsze ktoś mi przeszkodzi. Czemu? Łzy same spłynęły po policzkach zostawiając mokry ślad. Dlaczego mnie nie zabiją? Dlaczego tak bardzo chcą żebym nadal żyła? Ktoś kto cały czas był przy mnie delikatnie otarł łzy.
-Nie płacz sieroto...to nic nie da...tylko wkurzasz tym wszystkich...
Jeśli to miało mnie pocieszyć to coś nie wyszło. Miałam ochotę uciec...daleko od nich wszystkich. Daleko...Każdy się mną bawi...każdy... Nikt nie traktuje mnie poważnie. Szkoda by było gdyby nagle ataki Alexa się nasiliły, prawda?...

~Alisa~

sobota, 14 grudnia 2013

Chorobowe

Jedyne co poczułem to okropny ból kręgosłupa, który potem rozszedł się po całym moim ciele. Wtedy wiedziałem już, że powracam do żywych, a sen idzie w niepamięć.
        Zamrugałem kilkakrotnie powiekami, przywracają sobie ostrość widzenia. Rozejrzałem się po pokoju, wzrok zatrzymując na opatulonej istotce leżącej na łóżku. Westchnąłem głęboko i podszedłem bliżej. Dłonią dotknąłem jej policzka, chcąc sprawdzić czy chociaż trochę się ogrzała. Szału nie było, ale zawsze coś...
        Dziewczyna nagle skrzywiła się marszcząc czoło, po czym zaczęła kaszeć. Jej ciało przeszły drgawki, a ona sama przewróciła się na bok i zawinęła kocem. Położyłem rękę tym razem na czole, jednak szybko ją cofnąłem...
"ja piernicze, to parzy..." - przemknęło mi przez myśl.
Namoczyłem jakąś szmatkę w zimnej wodzie i przyłożyłem jej do czoła. Na jakoś czas powinno pomóc... Nieźle będzie, jeśli złapie zapalenie płuc.
        Ponownie usiadłem na krzesełku, wpatrując się w jej spokojną twarz gdy spała. Wtedy przynajmniej nie marudziła i nie wkurzała innych dookoła... Na przykład mnie... Uśmiechnąłem się lekko, przeczesując palcami włosy. Zapowiada się długie chorobowe...

~Shail~

piątek, 13 grudnia 2013

Siostrzyczka

 Rozejrzałam się po pomieszczeniu. Co ja widziałam w tym zjaranym szatynie? 
-Ricko...?
Nie było go. Poszedł po towar czy pognębić szefa? Odszukałam zaginione części garderoby i nieśpiesznie ubrałam się. Skierowałam swe kroki do łazienki. 
-Moje włosy są jak Indiana Jones...ciągnie je w cztery strony świata...
Uśmiechnęłam się pod nosem ogarniając rude kosmyki. Do mojego kochanego umysłu znów wpłynęła jedna myśl. "Alisa gdzie jesteś...?". Kiedyś i tak musi się dowiedzieć kim jestem...że jestem jej siostrą... Kiedyś....

Wyszłam z pokoju nawet nie zaglądając do szefa, jeśli śpi to niech korzysta, bo kiedy wróci Ricko nie będzie tu tak cicho. Wzięłam puszkę upragnionych procentów i rozwaliłam się na kanapie z nogami na stole. Na trzeźwo świat jest taki.... nudny. 
-Zaczynam gadać jak Ricko ...-mruknęłam pod nosem biorąc kolejny łyk piwa. 
Procenty zaczynały szumieć mi w głowie, trudno...
 -Jak się martwię to pije, okeeeej? -starałam się usprawiedliwić samą siebie. -Zjebanie....
Odrzuciłam gdzieś pustą puszkę i zamknęłam oczy.

~Naya~

Wyrwany z drugiego świata

W głuchej ciszy rozległ się dźwięk podeszwy, która odbijała się przytłumionym echem od drewnianych schodów. Uchyliłem lekko powieki, bez cienia emocji wpatrując się w ścianę, która została całkowicie zakryta ciemnością. Uniosłem się lekko na łokciach, nadsłuchując nocnych odgłosów. Widocznie jedna para butów, która miała zamiar wpakować mi się do pokoju to za mało... Po chwili drzwi uchyliły się z cichym zgrzytem, a do pokoju wpakowały się dwie postacie. Obie mogłem poznać bez problemu nawet z zamkniętymi oczami.
- Jak go obudzimy? - odezwał się jeden cień.
- Nie wiem, no po prostu, nie?
- Ja nie śpię... - mruknąłem, na co oboje aż podskoczyli w miejscu. Stałem oparty o ścianę z rękami założonymi na klatce. Mój wyraz twarzu mówił sam za siebie... Że raczej nie chcę tu niepotrzebnych gości. A szczególnie takich idiotów, jakimi można nazwać mojego brata.
- Shail! - Sebastian od razu dopadł do mnie, zakleszczając swoje długie, kościste palce na moich ramionach - musisz mi pomóc!
- Tobie? Chyba już wszystko sobie wyjaśniliśmy... - prychnąłem pod nosem.
- Nie chodzi o mnie, tylko o Alise! Nie wiem gdzie jest... Uciekła... Na dworze nie jest za ciekawie, a ona jest sama...
Zmrużyłem oczy, wpatrując się cały czas w jego zaniepokojoną twarz. Cały czas wewnątrz mnie rozgrywała się wojna. Nie miałem pojęcia co w tym momencie zrobić. Byłem rozdarty na pół i bezradny.
- Mogę pomóc wam jej szukać... - odparłem w końcu, udając, że mnie to w ogóle nie obchodzi. Wątpiłem jednak w to, że uda mi się to ukryć.
        Sebastian usmiechnął się z wdzięcznością i poklepał po ramieniu. Naprawdę aż tak zmienił się od ostatniego razu? Nie wiedziałem, czy mam wierzyć w cuda...
- Gdzie ją ostatni raz widziałeś? - spytałem, ubierając płaszcz i buty.
- Między blokami... Znikła mi wtedy z pola widzenia - podrapał się nerwowo po głowie, błądząc oczami po pomieszczeniu. Westchnąłem ciężko, chowając noże... Tak na wszelki wypadek.
- Idziemy... - powiedziałem, po czym wyskoczyłem przez okno.
        Sam nie wiem ile czasu dokładnie minęło. Mogłaby minąć cała wieczność, a jej dalej i tak byśmy nie znaleźli. Gdzie ona do cholery jest... Walnąłem pięścią w zimną, betonową ścianę budynku. Powoli traciłem nadzieję, gdy nagle zauważyłem jakiś ciemny kształt leżący na śniegu. Z czystej ciekawości podszedłem bliżej i odgarnąłem biały puch. Dobrą chwilę zajęło mi skojarzenie faktów i powrócenie do rzeczywistości. Podniosłem pół martwą dziewczynę ze śniegu i biorąc na ręce okryłem swoim płaszczem. Była przeraźliwie blada z lekko opuchniętymi, sinymi ustami. Oprócz tego, że blada, to lodowata. Dziwię się, że jeszcze żyła. Musiała przeleżeć na tym śniegu z dobre parę godzin. Żyła..ledwo, ale żyła.
        Wyjąłem telefon z kieszeni i pośpiesznie wystukałem treść smsa skierowanego do Ricko: "Znalazłem ją..." Po tym ponownie schowałem telefon, kierując swe kroki do "ruin"
        Będąc na miejscu cicho wdrapałem się po schodach na górę do pokoju stwierdzając, że Ricko i Sebastian jeszcze nie wrócili.... Położyłem Alise na łóżku, okrywając kocem aż po sam nos. Przyłożyłem dłoń zewnętrzną stroną do jej policzka. Nadal była lodowata pomimo tych starań. Miałem jednak cichą nadzieję, że z biegiem czasu jej stan się poprawi...
        Usiadłem przy biurku, kładąc twarz na szorstkim drewnie. Tyle się ostatnio działo, że nawet nie zdążyło to do mnie jeszcze dojść. Za dużo tego wszystkiego... Chciałabym chociaż raz się wyspać...

~Shail~

Wyrzuty sumienia...

Gwałtownie zerwałem się z łóżka cały zlany potem. Czarne kosmyki włosów kleiły mi się do mokrego czoła, a oddech jakby nie mogąc się uspokoić wciąż przyspieszał. Przełknąłem śline, czując suchość w ustach, a w gardle palący ogień. Przejechałem ręką po twarzy, odgarniając z niej włosy. Instynktownie spojrzałem na zegarek, gdzie widniała godzina druga w nocy. Westchnąłem głęboko, ponownie kładąc się na plecach. To już setna z kolei noc, gdy budżetu we cały zlany potem z niewiadomo jakiej przyczyny. Zapewne jest to jakiś koszmar, tylko nigdy nie mogę sobie przypomnieć jaki. Jedyne co pamiętam, to zarys jasnej postaci, która potem znika w ciemnym tunelu zostawiając mnie samego. To wtedy powracam do rzeczywistości.
- Shail? - nagle usłyszałem zaspany głos, który rozległ się tuż za mną. Odwróciłem się gwałtownie, spoglądając na postać Ricko, który stał w drzwiach i przecierał oczy. Czy ja śnie, czy on trzymał małego, pluszowego misia?
- Dobrze się czujesz? - uniosłem wysoko brwi, patrząc to na niego, to na misia.
- Raczej powinienem spytać o to ciebie... Wydzierasz się jakby cię torturowali, albo gorzej...spać nie dasz... - burknął pod nosem, zakładając ręce na klatce.
- Wydzieram się?...
- Taaa... Co ty jesz przed snem, że takie odloty masz? Mówilem ci tyle razy, żebyś nie jadł przed snem! - spojrzał się na mnie oskarżycielsko.
,- Taak, tak... - mruknąłem pod nosem, odwracając się do niego bokiem - a tak w ogóle po co ci ten misiek? Nie jesteś za stary?
- Ja? Może i tak... Ale pan Zygmunt potrzebuje miłości! :C
- Więc wypieprzaj ze swoim miśkiem na swoją piaskownicę...
- Shail, daj już spokój...
- Niby z czym? - warknąłem, czując jak moja złość wzrasta.
- No to nie była twoja wina.
- Wal się, chcę spać, a ty mi nie pomagasz... - odparłem oschle. Szatyn westchnął zrezygnowany, po czym opuścił pokój. Tylko klamałem. Tak naprawdę reszty nocy nie przespie...

~Shail~

Załamanie

  On kłamał... chciał tylko zemsty na Shailu. Zaczęłam powoli się cofać.
-A...Alisa...czekaj! -Sebastian wstał szybko i zaczął biec za mną. Zalewając się łzami biegłam przed siebie. Dla nikogo nic nie znaczyłam, byłam albo zabawką, albo workiem treningowym... Byłam niczym. Wbiegłam między budynki gubiąc Sebastiana i skuliłam się w jakimś ciemnym kącie płacząc. A jakby to zakończyć? Przecież dla wszystkich jestem nikim, tylko problemem... Położyłam się na śniegu zamykając powoli oczy. Zamarznę i może ktoś kiedyś znajdzie moje ciało... Chociaż kto by chciał mnie znaleźć? Po co mnie szukać? Żeby znów dać mi złudną nadzieję, że dla kogoś coś znaczę. Kłamstwa...

Po dłuższej chwili poczułam zimno, straszne zimno. Warstwa śniegu przysypała mnie. I dobrze.....trudniej będzie mnie znaleźć. Zacisnęłam powieki wylewając więcej łez. Zasnęłam....na zawsze.

Wyjawione tajemnice

Usłyszałem ciche pukanie do drzwi. Podniosłem głowę z poduszki, przyglądając się jak postać Ricko wparowuje mi do pokoju i zamyka za sobą głosno drzwi.
- Znowu szlugi się skończyły? - mruknąłem znudzony, przecierając oczy.
- Nie! Tym razem, to na sam początek poproszę o brawa, bo jestem trzeźwy - wypiął dumnie klate. Westchnąłem i wolnym ruchem zacząłem uderzać jedną dłonią o drugą.
- Prawo, brawo... A teraz o co chodzi?
- Masz mi w tej chwili powiedzieć o co chodzi!
- No dobra... Piwo się skończyło...
- Nie o tym mówię, kurwa! Stary, nie mogę na ciebie patrzeć. Jak cię teraz błagam, powiedz mi, daj jakąś wskazówkę jakbym mógł ci pomóc.
-... Czyli mam ci opowiedzieć coś o mojej przeszłości? - zgadłem. Chłopak pokiwał energicznie głową z wielkim wyszczerzem na ryju - nie ma mowy - dodałem oschle.
- Ale czemu? Nie ufasz mi, czy jak?
- Nie o to chodzi... Po prostu dla twojej świadomości nie lubię o tym wspominać...
- Wiem... Potrafię się domyślić. Ale zrozum, ułatwisz sprawę - spojrzał się na mnie błagalnie. Westchnąłem głęboko, zastanawiając się od czego zacząć.

  

  
   Przemierzaliśmy wraz z szatynek ośnieżone uliczki uśpionego miasta. Wiatr lekko dmuchał w nasze twarze i poruszał gałęziami drzew. Teraz gdy o tym myślę, miał rację. Bez sensu było trzymać to w tajemnicy i użalać się nad sobą. Nigdy nie myślałem, że kiedykolwiek komukolwiek o tym powiem. A jednak...
- Okej, co teraz robimy? - spytał w końcu, gdy ta cisza, która nawarstwiała się zaczęła brać górę nad słowami.
- Sam nie wiem... - przyznałem, wzruszając ramionami.
- Ehh.. Ciekawe, co teraz robi Naya...
- Hm? Co ty się nią nagle zacząłeś przejmować?
- Co? J-a! Nie! Co ty gadasz w ogóle? - wrzasnął nagle, wymachujac rękami na wszystkie strony. Uśmiechnąłem się tylko znacząco pod nosem, kręcąc głową. Ricko poczerwieniał na twarzy, nadymając ją i odwracając się do mnie plecami. Ledwo powstrzymalem napad śmiechu, widząc jego minę.
- Ktoś tu chyba się zakochał...
- Tatatata! A komu brat rucha dziewczynę! - pokazał mi język. To był jego najgorszy błąd w życiu. W sekundzie błysnęło ostrze, a po szatynie pozostał jedynie mglisty dymek.
- PEDOFIL MNIE GONII! - wrzeszczał na cały ryj, uciekając w popłochu. Po chwili jednak nie wyrobił na zakręcie i poślizgnąl się na śniegu. Przestałem biec i wolnym krokiem podszedłem do niego. Chłopak zasłonił się rekami, kulac przy drzewie. Już miałem mu przyjebać, gdy nagle usłyszałem głośny szelest. Zmrużyłem oczy, spoglądając w kierunku z którego dochodziły dźwięki.
- Naya? - zdziwilem się, marszczac brwi, gdy z cienia wyszła rudowłosa w eskorcie paru napakowanych kolesi, mojego "kochanego" brata i Alisy... Rudowłosa miała związane ręce, a pod okiem dość głęboko szramę, z której saczyla się krew.
- Shail, mój kochany braciszek! - wypalił na powitanie Sebastian, przytulając do siebie Alise. Dziewczyna spojrzała się na niego niezrozumiale, najwidoczniej oczekując wyjaśnień. Nie dziwiło mnie to, że nie powiedział o tym, że jest moim bratem.
- Też mi cię miło widzieć... - westchnąłem - czego chcesz od dziewczyny?
- Hm? Aaa, wiesz... Tak tylko na herbatke wpadła <3 wypadła z pięknym prezentem pod okiem...
- Sam się prosisz o wpierdol... - warknąłem.
- No to dawaj... - na jego twarzy rozkwitł podły uśmiech. Szybko wyjął nóż i rzucił się z nim na mnie. Ja jednam będąc szybszy wytracilem mu broń z ręki, po czym z całej siły przywaliłem z pięści w brzuch.
- Nie! Zostaw go! - krzyknęła Alisa, zaciskajac pięści. Spojrzałem na nia przelotnie, po czym swój wzrok ponownie zawiesilem na Sebastianie.
- Posłuchaj mnie... Wiem, że i tak dalej będziesz mnie nienawidził, ale chyba już pora na parę wyjaśnień - westchnąłem - to nie ja zabiłem rodzicow, tylko ten gang, który wtedy okupował tory. Ponoć ojciec miał coś z nimi na pięńku... Jak myślisz, dlaczego wtedy uciekłem? Dlaczego jeszcze żyjesz, bo ktoś ciągle był, żebyś ty mógł dalej żyć... Jak cień chodziłem za tobą i miałem cichą nadzieję, że dalej tak pozostanie... Pieprzyć ten cały dom dziecka, dzieciństwo, to wszystko... Czy ty naprawdę nic nie rozumiesz? Przez cały ten czas żyłeś w błędzie... - zakończylem swój monolog, oczekując jego reakcji. Chłopak jednak nie dawał żadnych oznak życia. Wpatrywał się tepo we mnie wielkimi oczami... Jak z resztą inni...
- Ale... Dlaczego nic nie powiedziałsś wcześniej? - wydukał po chwili.
- Domyśl się... Chciałbyś mnie słuchać? Teraz jest to mniej istotne... - prychnąłem, dając znak Ricko, że czas odejść. Szatyn dźwignął z ziemi Naye, pomagając jej wstać. Nie oglądając się za siebie, zniklem im z pola widzenia.

~Shail~

czwartek, 12 grudnia 2013

Łaskotki

Wtuliłam się w ciepłe ciało leżące obok mnie, chłopak przytulił mnie mocno uśmiechając się lekko i wtulając twarz w moje włosy. (spokojnie Kesley do niczego nie doszło xD)
-Alisa... Czułaś coś do tego mordercy? -zapytał po chwili ciszy.
-...Na początku.. teraz już nie....nie po tym co robił... -odpowiedziałam siadając tyłem do Sebastiana. Zmrużył lekko oczy i objął mnie.
-Nie przejmuj się...teraz jesteś bezpieczna.... zapomnisz o tym co było... -delikatnie musnął wargami moją szyję -obiecuję....
-Trzymam cię za słowo...-uśmiechnęłam się pod nosem przymykając oczy. Uśmiechnął się pod nosem pociągając mnie na łózko i mocno przytulił.
-To rano... a teraz śpij...
Szyderczy uśmieszek zagościł na jego twarzy, udałam obrażoną odwracając się tyłem do niego.
-Ejjj nooo.... nie fochaj :C
-Foch forever!
-Taaaak....? -zapytał powoli przybliżając się do mnie i....zaczął łaskotać. Wygięłam się i ze śmiechem spadłam z łózka. -I co teraz hmmmm?
-Spadaj...! >.<
-Oj...nieładnie....
Pociągnął mnie za nogi i znów zaczął łaskotać.. Wiłam się ze śmiechu na podłodze powoli zapominając o koszmarze....

~Alisa~

Rozmowa

narracja Sebastian:

- Proszę, odpowiedz... - nalegała wpatrując się cały czas w moje oczy. Westchnąłem głęboko i przejechałem kciukiem po jej policzku. Spuściła wzrok, a jej policzki przybrały ładny, różany kolor.
- Wiem, co się stało - odparłem po chwili - ten drań nie zrobi ci już więcej krzywdy...
- Drań?
- Chodzi mi o tego zamaskowanego zabójcę... Tego zniwiarza... Gdy usłyszałem co się stało, wtedy przebywałem poza granicami kraju. Chciałem wtedy jak najszybciej wrócić, jednak zawsze były jakieś komplikacje. Przykro mi, że tak się stało.
- Jest... - na chwilę zamilkła, szukając w głowie odpowiedniego słowa i błądząc wzrokiem po pomieszczeniu - lepiej...
- Nie, nie jest... Wiem, że kłamiesz.
- Dobry jesteś w tych sprawach... - uśmiechnęła się nikle, spoglądając na swoje dłonie ułożone na kolanach.
- Jestem twoim przyjacielem... Wiem o tobie więcej, niż się spodziewasz... - uśmiechnąłem się - nie musisz się już więcej nimi martwić. Już nigdy nie będziesz musiała ich oglądać.
-... Nigdy...
- Heh, wiedziałem, że sprawi ci to ulgę.
- Czyli co teraz stanie się z gangiem?
- Hm? Jak to co? Przestanie istnieć...
- R-rozumiem...
- Hej, nie smuć się... - unioslem jej podbrodek i zmusilem, aby spojrzała na mnie - zajmę się tobą... Już wszystko będzie dobrze... - przytulilem dziewczynę, która po chwili odwzajemniła gest. Gdy wtuliła się w moje ramię, na moją twarz wpłynął szatański uśmiech.
"Koniec zabawy, Shail..."

~Sebastian~

środa, 11 grudnia 2013

Wy nic nie rozumiecie...

Odłożyłem telefon na ziemię, gdy Ricko zakończył połączenie. Nie wiem jak miał zamiar to zrobić, ale ja nigdzie nie zamierzam się ruszać ani teraz, ani potem. Sięgnąłem po butelkę z piwem i upijając kolejny łyk, odstawiłem na stolik. Przewróciłem się na plecy, obserwując świeżo pomalowany biały sufit. Ciekawe, co tak naprawdę zrobił Ricko, że aż sam miałem po niego pójść. Po jego głosie można było osądzić bez dłuższej chwili zastanowienia, że musiało być grubo.
        Po chwili telefon, który do tej pory leżał pod łóżkiem znów wydał z siebie denerwujący dźwięk. Warknąłem pod nosem, zakrywając twarz poduszką. Nawet bez patrzenia na wyświetlacz mogłem się domyślić kto ma czelność wydzwaniać do mnie o trzeciej na ranem. Niech się na ławce prześpi, chłód mu nic nie zrobi. W najgorszym scenariuszu zamarznie na śmierć, a po nim nikt nie będzie płakał.
- Jestem chory... - stwierdziłem po chwili, uśmiechając się boleśnie. Na oślep wymacałem butelkę z trunkiem, po czym pociągnąłem ostatni łyk. Skrzywiłem się, gdy doszło do mnie, że więcej już go nie ma i jak na razie nie będzie. Pustą butelką rzuciłem o podłogę, na której o dziwo nie rozbiła się jeszcze. Wstałem i chwiejnym krokiem ruszyłem w stronę okna. W głowie szumiały mi procenty od których chciało mi się rzygać. Otworzyłem okno na oścież, wychylając głowę. Od razu zimny wiatr owiał mi twarz i wplątał się we włosy. Oparłem brodę na ręce, spoglądając na ośnieżony krajobraz za oknem. O tej porze było tak cicho i spokojnie. Padał śnieg. Chociaż teraz nie jestem pewien, czy był to śnieg, czy tylko moje mroczki przed oczami.
- Zjebanie... - prychnąłem pod nosem, zamykając okno. Ponownie powlokłem się do łóżka i rzuciłem na nie pół martwy. Tak bardzo nie wiedziałem co robić....

~Shail~

NARRACJA RICKO:

- Odbierz, odbierz! - wrzeszczałem na całe osiedle, molestując nic nie winny telefon komórkowy. Ciągle miła pani informowała mnie, że "abonent jest czasowo niedostępny". To niech kurwa włączy telefon, bo ja tu marznę! Nie mam się do kogo przytulić, piździ jak w Kieleckim i jakaś starsza pani krzyczy na mnie z trzeciego piętra.
- Marnie... - westchnąłem, chowając komórkę do kieszeni. Nagle znowu poczułem jak w głowie zaczyna mi wirować, a wnętrzności zwijają się w ciasny rulonik. Zachwiałem się niebezpiecznie, jednak w porę złapałem się gałęzi drzewa, które chyba wyrosło mi spod ziemi. Z wielkimi oczami pełnymi łez przytuliłem się do zimnej kory drzewa i zacząłem lamentować nad swoim życiem.
- DLACZEGO DLACZEGO NIKT MNIE NIE KOCHA! CO JA TAKIEGO ZROBIŁEM!  MAMUSIU! WIEM, ŻE NIE ŻYJESZ BO JAKIŚ CHUJ CIĘ ZABIŁ, ALE JA CHCĘ ŻYĆ, PROSZĘ! NAZWĘ TO DRZEWO NA TWOJĄ CZEŚĆ! KLEMENTYNO, SKARBIE TY MÓJ! - pocałowałem drzewo, obściskując je mocno. Rękawem otarłem łzy, po czym twarz przytuliłem do śniegu na korze. Stałbym tak jeszcze dobry godziny, gdyby nie znajomy głos, który wyrwał mnie z letargu.
- Ricko? - na ten dźwięk odwróciłem się gwałtownie. Na początku ujrzałem jakiś rudy, rozmazany kształt. Nie wiedziałem kto to był, bo wszystko było jakieś nie na miejscu.
- TO TY! WIEDZIAŁEM, ŻE TY JESTEŚ TĄ RUDĄ SUKĄ SPOD CZWÓRKI! - wrzasnąłem na nią oskarżycielsko, odrywając się od mojej drzewnej kochanki. Po chwili jednak poczułem jak moja szczęka przeskakuje z jednego miejsca na drugie, a plecy spotykają się z ziemią. Nad moją głową przeleciały kucyki pony i dwanaście gwiazd unii.
- Umarłem? - wydukałem po chwili, wpatrując się pusto w granatowe coś u góry.
- Żyjesz, debillu... choć powstrzymuje się przed tym, aby nie skrócić twych cierpień... - ktoś warknął koło mojego ucha i zebrał mnie ze śniegu. Na początek poczułem odór alkoholu i petów, a potem słodki zapach kwiatuszków.
- Aniołku, zabierz mnie do nieba, proszę... - jęknąłem, udając, że płaczę. Dziewczyna westchnęła głęboko, ciągnąc mnie gdzieś nie wiem gdzie. Przez cały czas gadałem o czymś, o czym nie miałem pojęcia i śpiewałem ładne piosenki.
- Panie daj mi cierpliwość, a sił nie dawaj bo go chyba zabiję... - syknęła po chwili przez zęby, wwalając mnie do ciepłego pomieszczenia. Teraz zamiast zimne drzewo, przytulałem ciepłą podłogę.
- A ciebie nazwę Kleofasa.... Piękna jesteś podłodziu.... - przejechałem palcem po wypucowanym drewnie. Po chwili jednak gwałtownie podniosłem się z ziemi i rozejrzałem badawczo po pokoju. Ściana, ściana, ściana. Boże, jakie tu wszystko płaskie! Pamiętam, że ostatnim razem płaską rzeczą jaką przytulałem była moja ciocia. Ciociu pozdrawiam z ziemi <3 Ładnie tu jest.
- Ricko, lepiej się połóż... Jak Shail cię zobaczy w jakim jesteś stanie, to znowu oberwiesz...
- SKARBIE! - rzuciłem się na nią, mocno przytulając - OBROŃ DEBILA!
- Du...sisz.... mnie! - sapnęła, chcąc wydostać się z moich objęć. Przez dobrą chwilę stałem tak, aż w końcu do mojego mózgu coś doszło.
-.... Ty.... Przynajmniej jedno nie jest płaskie... - uśmiechnąłem się jak psychopata do miski mleka, jednak moja twarz w dalszym przebiegu wydarzeń spotkała się z Kleofasą. Znowu? Aszzzz, ciągnie ją do mnie, oj ciągnie.
- Ogarnij się wreszcie...
- Czemu nikt mnie nie kocha? :C - skuliłem się na podłodze w samym, ciemnym kącie pokoju. Rudowłosa chciała do mnie podejść i coś powiedzieć, jednak bezceremonialnie jej przerwałem.
- ODEJDŹ W IMIĘ SZATANA! ja idę spać... - odwróciłem się do niej plecami, zamykając oczy. Naya uniosła ręce w geście poddania, odchodząc na górę.

~Ricko

NARRACJA SHAIL:

Poczułem jak ktoś lekko szturcha mnie w ramię. Otwarłem lekko powieki, spoglądając na przybysza stojącego nade mną. Nie wiem kim był. Wszystko dookoła robiło mi nieprzyjemną karuzele, a obraz przed oczami ukazywał się raz w jasnych, a raz w ciemnych barwach.
- Czego... - warknąłem, masując sobie skronie.
- Widzę, że ty szefie też... - na chwilę zawiesiła się, szukając dobrego określenia - trochę zabalowałes...
- Że co, kurwa?
- Trochę dużo tych butelek...
- Oh, serio? - prychnąłem pod nosem, ponownie zamykając oczy. Czułem się gorzej niż było mnie widać, a łeb nawalał mnie niemiłosiernie. Nawet nie pamiętam co się stało, a co dopiero, ile wypiłem. Niechętnie zwlokłem się z łóżka i założyłem na siebie górną część garderoby. Wcale nie przeszkadzało mi to, że Naya nadal była w pokoju. Z drugiej strony prawie w ogóle już zapomniałem, że tu jest.
- Szefie, nie przejmuj się tak, znajdziemy ją...
- Ja się wcale nie przejmuje... Nie widać?
- Właśnie widać... - westchnęła. Wyminąłem ją szybko i wyszedłem z pokoju. Nie miałem zamiaru z nią o tym rozmawiać. I tak by nic nie zrozumiała.

~Shail~

Co się stało?

Wkurwiony wszedłem do "ruin" i trzaskając drzwiami pokierowałem swoje kroki na górę. Nie możliwe. On nie mógł przeżyć. Tylko dlaczego właśnie przed chwilą go spotkałem...
- Shail? - usłyszałem za sobą zaspany głos. Odwróciłem się i obdarowałem morderczym spojrzeniem Naye. Dziewczyna wzdrygnęła się, momentalnie zapominając o resztkach snu. Chciałem coś powiedzieć, ale nie wiedziałem co. Tak, powiem... Właśnie spotkałem swojego "martwego" brata, którego jeśli bym mógł to zabił. Wypusciłem głośno powietrze z płuc, opierając sie o ścianę. Dziewczyna jeszcze przez dobrą chwilę wpatrywała się we mnie niezrozumiale, marszcząc czoło.
- Idź spać... - mruknąłem po chwili, idąc do pokoju.
- W porządku? Stało się... Coś? - spytała szybko, nie bardzo wiedząc co dalej powiedzieć.
- Nie, nic się nie stało - westchnąłem, zamykając za sobą drzwi. Gdy tylko zniknąłem z pola widzenia dziewczyny naszła mnie ogromna ochota rozładowania złości i zrobienia czegoś komuś... lub sobie. Powstrzymałem się jednak od tego wmawiając sobie, że to wszystko i tak nie miałoby sensu. Teraz już wiem, co Sebastian miał na myśli. Jeśli zobaczę tu Alise, własnoręcznie ją zabije. Jeśli w ogóle ją zobaczę. Kto wie, czy już nie przeszła na ich stronę. Zaraz wszystko będą o nas wiedzieć. Tylko dlaczego nie zabilem jej wcześniej, choć miałem ku temu tak wiele okazji... Cudnie... Sięgnąłem po butelkę z piwem i pociągnąłem sporego łyka. Ściąganąłem bluzę i koszulkę, po czym rzuciłem się na łóżko. Westchnąłem głęboko, chowając twarz w poduszkę. Nawet nie wiedziałem, kiedy nadszedł sen.

~Shail

NARRACJA RICKO

Odwróciłem się na bok, przytulając do czyjegoś ciepłego ciała. Na moje szczęście osoba odwzajemniła przytulankę i objęła moją szyję rękami, przyciągając moją twarz do swojej.
- Kochanie... - mruknąłem ospale, składając delikatne pocałunki na aksamitnych wargach. Moje ręce instynktownie powędrowały wzdłuż talii dziewczyny, aż na sam dół. Jęknęła cicho, wplatając palce w moje włosy. Na moje usta wpłynął błogi uśmiech. Odchyliłem głowę, mrucząc coś niezrozumiałego pod nosem. Sam do końca nie wiedziałem, co się działo. W głowie bębniło mi i szumiało jak Bałtyk, a przed oczami przelatywały jakieś rozmazane obrazy.
- Naya... - powiedziałem po chwili całkiem wstawiony. Dziewczyna, którą obejmowałem obruszyła się nagle i gwaltownie mnie od siebie odepchnęła.
- Wypierdalaj gnoju! - wrzasnęła, wyskakując z łóżka i zatrzaskując się w łazience. Dopiero po chwili ogarnąłem o co chodzi. Przetarłem oczy i rozejrzałem się po pokoju w poszukiwaniu zaginionych części garderoby. Westchnąłem znudzony, po czym nie śpiesząc się, ubrałem. Zabrałem wszystkie swoje rzeczy i chwiejnym krokiem wyszedłem na zewnątrz nawet nie żegnając się z dziewczyną. Jak jej było? Nie pamiętam.
        Już na sam początek owiał mnie chłodny wiatr, a mi zachciało się rzygać. W ostatniej chwili złapałem się ściany ratując tym sposobem przed pocalowaniem ziemi. Drżącym ruchem ręki wyjąłem z kieszeni telefon, po czym instynktownie wystukałem numer do Shaila.
- *Czego? - po chwili w słuchawce odezwał się zaspany głos.
- Stary, weź no przyjdź po mnie, bo ja do ni chuja nie wiem gdzie jestem...

~Ricko.

Sebastian

    Cholera....łeb mi zaraz pęknie....
Wstałam rozglądając się po ciemnym pomieszczeniu, chciałam zrobić krok, ale moja mordka wylądowała na zimnej podłodze. Miałam związane ręce i nogi.
-Co do...?
Podczołgałam się do drzwi, przez które od dziurki od klucza wlatywało jasne światło. Zerknęłam. Ktoś tam stał...
-To co z nią robimy...?
-Czekamy na Blacka....kasa....chodzi tylko o kasę....
Uśmiechnęli się szyderczo. Cofnęłam się pod najdalszą ścianę i zwinęłam w kłębek. Zasnęłam czekając na śmierć.

Ktoś delikatnie owinął mnie bluzą i wziął na ręce mocno przytulając. Lekko otworzyłam oczy i zobaczyłam GO.
-Witam śpiąca królewno... -uśmiechnął się szeroko stawiając mnie delikatnie na ziemi.
-...Sebastian!
Rzuciłam mu się na szyję mocno tuląc. Uśmiechnął się tylko w odpowiedzi.
-Skąd? Jak przeżyłeś?
-Czary mary.... -Rozczochrał mi włosy
-Skąd wiedziałeś gdzie jestem?
-A czemuż to tyle pytań do mnie hm? Spokojnie wszystko już będzie dobrze.....


~Alisa~

niedziela, 8 grudnia 2013

Nowe problemy

Naciągnąłem bardziej poduszkę na głowę, gdy tylko usłyszałem niemiły dźwięk telefonu. Spojrzałem na kolorowy wyświetlacz, gdzie widniało imię "Ricko". Warknąłem cicho pod nosem i nacisnąłem zielony przycisk łączenia.
- Czego chcesz? To, że siedzisz piętro niżej nie oznacza, że masz od razu do mnie dzwonić...      
- Ej no nie żartuj sobie tak ze mnie! To poważna sprawa! - udał obrażonego. Westchnąłem głęboko, spoglądając w biały sufit.
- Więc co znowu...
- Szlugi się skończyły! Trzeba coś zrobić! Umieram, tlenu! Tlenu!
-... Lecz się... - burknąłem pod nosem, rozłączając się. Rzuciłem telefonem o łóżko, wcześniej go wyciszając. Zrezygnowany walnąłem twarzą w poduszkę. Od tamtego czasu rzadko mam chęć na zrobienie czegokolwiek. Nawet całej reszcie, odkąd ruiny zostały odremontowane, nie chcę się ruszyć dupy. Pretekst: bo za zimno i piździ śnieg. Dlatego właśnie teraz wszyscy narzekają, że brakuje towaru i skończył się klei.
        Po chwili bezczynnego leżenia, uznałem, że warto iść rozruszać kości... I przy okazji pozbawić kogoś życia. Takie małe trololo na zakończenie dnia. Muszę oderwać od TEGO myśli, bo chyba zaraz się pożygam. Jak można przejmować się czymś tak banalnym. Przecież nie raz widziałem, jak giną nasi. Dlaczego więc porwanie zwykłej dziewczyny doprowadza mnie do ruiny? Teraz nie powinno mnie obchodzić to w ogóle. Bo niby z jakiej racji ma? Kim ja dla niej jestem? Ojcem? Rodziną? Nikim, żebym mógł ją uratować... Powinienem już dawno przyjąć to sobie do wiadomości. Zginie, to zginie. Nikt nie będzie płakał. Ale est przecież jeszcze to coś, co ma w sobie. Niech Black to sobie bierze w cholere...
        Założyłem maskę i wyskoczyłem przez okno. Gładko wylądowałem na śliskim śniegu. Wyprostowałem się i rozejrzałem wokoło, jednak nie zauważyłem ani jednej, żywej duszy. Wypuściłem dotąd trzymane powietrze w płucach, ktore utworzyło charakterystyczną parę. Wolnym krokiem bez sensu ruszyłem przed siebie. Nadal jednak nie opuszczało mnie to dziwne uczucie, które mówiło, że stanie się coś złego. W praktyce zawsze się to sprawdzało. Tylko co mogłoby się teraz stać?
        Nagle poczułem nagły powiew wiatru. Zatrzymałem się i powoli odwróciłem za siebie. Przez chwilę poczułem, jakbym byl w zupełnie innym świecie. Uczucie złości pomieszane z głębokim zdziwieniem.
- Proszę, proszę... kogo my tu mamy? - odezwał się ironicznie chłopak stojący z założonymi rękami na przeciwko mnie. - Kochany braciszek jak mnie oczy nie mylą, prawda?
-... Sebastian... Jakim prawem ty żyjesz? - syknąłem.
- No cóż, nie tylko ty jesteś nieśmiertelny.
- Jak widać, nic się nie zmieniłeś... - zlustrowałem go wzrokiem. Miał nieco jaśniejsze włosy ode mnie i piwne oczy. Na twarzy jak zwykle widniał ironiczny uśmiech.
Ten sam kawał chuja, jakim był wcześniej.
- Nie cieszysz się z mojego powrotu?
- Wprost skacze ze szczęścia, nie widać? - prychnąłem pod nosem.
- Ojjj... Bo wiesz, słyszałem, że masz ostatnio problem ze swoją "miłością".... Dlatego postanowiłem skrócić twe cierpienia i przybyłem z pomocą.
- O czym ty pieprzysz?
- Sam zobaczysz, żniwiarzu...

~Shail~

środa, 4 grudnia 2013

Załamanie

Syknąłem przez zęby, z trudem powstrzymując się od popisania się hard poziomem łaciny podwórkowej. Ta dziewczyna jest niemożliwa... I tak wkurwiająca, że gdyby jej poziom trolingu można ująć lvl'ami, to ona pewnie wyszłaby poza skalę.
        Westchnąłem głęboko, spoglądając w swoje zacne, różowe odbicie w lustrze. Teraz tylko przyczepić mi karteczke do czoła z napisem "zoofil" i wwalić do klatki z kucykami pony.
        Zatkałem resztę pudełek z farbą, która o dziwo jeszcze nie została wylana i szybkim krokiem ruszyłem w stronę łazienki... Albo przynajmniej tego, co można nazwać "łazienką" i wodą. Odkręciłem kran, wkładając ręce pod lodowaty strumień. Zdjąłem płaszcz, po chwili zanurzając łeb w wodzie. Farba nie była jeszcze zaschnięta, więc dało się ją zmyć. Ma szczęście. Teraz tylko muszę pomyśleć nad zemstą. Niech liczy się z konsekwencjami pobytu tutaj. Tylko gdzie ta sierota poszła? Ciekawie będzie, jak ją coś porwie. Z reszta... Nikt nie będzie płakał. Przynajmniej będzie święty spokój.
        Uśmiechnąłem się podle do swojego odbicia, przeczesując palcami mokre włosy. W tym samym czasie usłyszałem ciche skrzypnięcie drzwi i do pomieszczenia wprosił się Ricko.
- Shail skarbie, coś ty taki dzisiaj w różowych farbach? - parsknął pod nosem, zakrywając usta ręką.
- Jeszcze słowo, a obiecuję, że nie dożyjesz jutra... - warknąłem w odpowiedzi, mierząc go morderczym wzrokiem. Szatyn uniósł ręce w geście poddania, opierając się o zimną ścianę. Zakręciłem kran, ubierając czarna kurtkę. Płaszcza niestety nie założe...
- A gdzie masz swoją zgubę? - poruszył znacząco brwiami, tworząc z ust mały dziubek.
- Nie interesuje mnie to... - mruknąłem pod nosem - Jak zmarznie, to wróci...
- Taak, taak... - westchnął. - Wspomnisz moje słowa.
- Jakie niby słowa?
- Zobaaczysz... - przeciągnął z rozbawieniem i tanecznym krokiem wyszedł. Pewnie znowu coś jarał, tylko nie chcę się przyznać. Cały on.
        Po chwili ja również zszedłem na dół do całej reszty. Wszyscy uśmiechnęli się nieprzytomnie i machnęli ręką.
- Szeffie! Dzie masz Alisie?
-... To Nie ma jej z wami?...
- Ne-e... - pokręcili głowami. Zmrużyłem oczy i szybkim krokiem wyszedłem na zewnątrz. Owiał mnie chłodny wiatr, który przenikał przez moje ciało. Jęknąłem pod nosem, rozglądając się we wszystkie strony. Gdzie ona do cholery jasnej mogła iść...
        Wokół nie zauważyłem niczego podejrzanego, co mogłoby rzucić się w oczy. Chyba, że...
- Krew? - kucnąłem, przejeżdżając palcami po śniegu i czerwonej substancji, która się na nim znajdowała. Teraz byłem już pewny w stu procentach. Przekląłem pod nosem, wstając gwaltownie.
- Ejejeje, Sherlocku, nie rób niczego pochopnie... - wtrącił się Ricko. - On właśnie tego chcę, to pułapka.
- Ale to przeze mnie, muszę ją odnaleźć... - wycedziłem przez zęby.
- Shail no ja cię rozumiem stary, no, ale sam wiesz jaki ty jesteś... Pójdziesz, zrobisz rozpierdol i tyle... A skąd wiesz, czy ta laska w ogóle jeszcze żyje?
-... Nie wiem... - przyznałem, wchodząc z powrotem do budynku. Wolnym krokiem pokonałem odległość dzielącą mnie od "mojego" pokoju, po czym z rezygnacją usiadłem na oknie. W cholerę by to wszystko... Wyjąłem nóż i robiąc gwałtowny zamach, rzuciłem nim w drzwi, które po chwili się otwarły. Szatyn rozszerzył oczy z przerażenia, jednak w gruncie rzeczy siadł sobie metr ode mnie.
- Czego tu chcesz?...
- No nie załamuj że się tak! Przecież to nie twoja wina...
- Moja... Gdybym wtedy za nią poszedł, pewnie nic by się nie stało... Jak zwykle...
- No daj spokój, znajdzie się twoja dzieweczka... - rzekł radośnie, jednak widząc moją minę, szybko się poprawił: - A-ale znaczy chciałem powiedzieć, że Alisa się znajdzie! Tak, właśnie...
- Sam nie wiem...
-... Co ci na niej tak zależy, co? - spytał po chwili. Nic nie mówiąc, spojrzałem sie w okno, dadząc mu do zrozumienia, że jednak nic nie wyjdzie z tej rozmowy.
- Jak chcesz... - westchnął po chwili, wychodząc z pokoju. Oparłem głowę o ścianę, chowając twarz w dłoniach. Właśnie... Dlaczego mi zależy?

~Shail~

piątek, 29 listopada 2013

Wpis taki krótki wow

Prychnęłam pod nosem pokazując na wiaderko niebieskiej a potem czarnej farby. Psychopata skinął głową i biorąc czerwoną farbę... Wylał mi ją na głowę.
-....sploniesz za to?!- krzyknęłam szybko wstajac- Jesteś już kurwa martwy! Będziesz cały w karniakach!
Biorąc mazak podbieglam do niego, zamachnęłam się i jego policzek zdobiła różowa smuga. Złapał mnie za rękę i przycisnął do ściany.
-Ja będę w karniakach? Zobaczymy....
Wyrwał mi mazak z ręki i zbliżył do twarzy.
-Ha! I co teraz?
-To!
Kopnelam go i popchnelam na łóżko. Wzięłam różową farbę i z szatanskim uśmiechem wylalam ją na niego.
-No! Teraz wygladasz jak człowiek!
Zasmialam się szatansko i zaczęłam zmywac z siebie czerwoną farbę.
-Idiotka....
-Psychopata.... -Wyszłam z pokoju i mijając resztę wyszłam na zewnątrz. Zimny wiatr ze śniegiem wplątał mi się we włosy. Słońce powoli chowało się za blokami. Nagle poczułam uderzenie...

piątek, 22 listopada 2013

XVI ~Zabawa rozpoczęta

  Pieprzony debil. Chociaż nie... pieprzona debilka ze mnie! Po co mu pomagałam. Jaki szatan mną kierował. Wściekła przemiarzałam ciemne, kręte uliczki. Jakiś menel po prawej, gdzieś tam jakiś narkoman gadający sam ze sobą. Istny raj dla takich idiotów jak orły. Uratowałam kogoś kto mnie zabije! Albo ta dziewczyna. Jakby ktoś jej kij pod napięciem wsadził w dupę. Kiedy tylko mnie zobaczyła wyciągnęła nóż i kazała się wynosić. A może jakieś : "Dzięki, że uratowałaś jednego z nas.", nie po co, najlepiej polecieć tekstem "Ty? Świetnie... Spieprzaj stąd lepiej, bo tatuś cię szuka...". Chyba jedyne słowa, które na prawdę mogą mnie wkurzyć...
    Kolejne krople deszczu kapnęły na ziemie. Chodniki były mokre, a po budynkach strugami skapywała woda. Świetnie... zaraz mi laptop zamoknie.... Zeszłam z deski i schowałam się pod jakimś drzewem. Nagle poczułam ogromny ból. Tak jakby coś wwiercało mi się w prawe ramię. Zdjęłam bluzę. Nic. Nie ma śladu, ale ból został. Przejechałam palcem po skórze. Coś tam było! Skamieniałam.... miałam coś pod skórą. to nie mogła być kość. Zastygłam z ręką na ramieniu patrząc w jakiś odległy niewidoczny punkt.
Spokojnie...
Może jednak to kość...ale nie pamiętam, żebym kiedykolwiek coś sobie złamała. Ogarnęła mnie lekka panika. Cała drżałam, trzęsły mi się ręce, a zimny pot lał się po plecach. Z trudem rozpinając zamek w torbie sięgnęłam po scyzoryk. Nie myślałam trzeźwo. Co ja chcę przez to osiągnąć?
Spokojnie...
Nie dam rady... Nie chce dac rady... Nie rozetnę sobie ramienia. Co za idiotyzm. Ponownie wrzuciłam scyzoryk do torby.
    Wstałam i ponownie ruszyłam przed siebie, nie mogłam zostawać zbyt długo w jednym miejscu. Kamery były wszędzie... Nagle dźwięk sms'a rozmył ciszę. Sięgnęłam do kieszeni spodni.
1 nowa wiadomość:
Billy: Hey Alex! Wbij na czata musimy pogadać.
Pogadać? Coś się musiało stać. Schowałam się za winklem i wyjęłam laptopa.
Użytkownik: Alex dołączył do rozmowy.
Ja: Hey, co jest?
On: Ktoś poobijał szefa. Naya kazała nie zadawać pytań, ale zżera mnie ciekawość! Wiesz kto mógł to zrobić?
Ja: Black...
On: Jesteś pewien? Przecież Black ma taaaaaki wielki brzuch, a szef... Nie należy do słabych i wolnych...
Ja: Wiem. Wasz szef chodzi pod osłoną nocy, pojawiając się znikąd i znikając tak samo szybko. Ale Black jest sprytniejszy, ma więcej doświadczenia. I broń. Bill... Musicie uważać....
On: Wiem. Córka Blacka się tu kręci. Posobno to ona go uratowała. Nie ufam jej.
Ja: Czemu...?
On: Czy to nie dziwne? Szczęśliwa rodzina, śmierć i pożar z dupy. Nie porwaliśmy jej! Myślę, że chce się so nas dostać by następnie powiedzieć swojemu ojczulkowi gdzie się znajdujemy. Żałosne... Pewnie jej matka żyje i siedzi sobie grzecznie na karaibach...
Ja: W dupie byłeś i gówno widziałeś... Nie wiesz jak było, więc po prostu się zamknij i walnij klawiaturą w łeb... Ale watpię, że to cokolwiek pomoże....
On: ... Widziałeś to? Miałeś na to pogląd?
Ja: Tak. Jakim ostatnim śmieciem trzeba być, żeby zabić własną żonę, na oczach córki? Jak można z triumfalnym uśmiechem patrzyć jak matka umiera na rękach córki...? Jakim skurwysynem i psychopatą trzeba być!?
On: Więc to tak... Idę pogadać z resztą. Narazie i nie daj się złapać.
Ja: Jasne, że nie dam się złapać. Pilnuj aie tam. Narazie...
Użytkownik: Billy zakończył rozmowę.
       Zamknęłam laptopa ocierając łzy. Więc o ro chodziło tej dziewczynie. Dlatego poleciała tekstem "ojczulek cię szuka". Nie ważne co się teraz stanie. Nie interesuje mnie to. Pomogę im, pomogę orłom... Za wszelką cenę...
~Alisa~

czwartek, 21 listopada 2013

XLIV ~Kim jesteś...

Oparłem się w miarę wygodnie jak to możliwe o zimną, betonową ścianę, spoglądając w niebo. Tym razem usłane było licznymi tysiącami gwiazd. Szkoda tylko, że były one fałszywe. Ponoć gdy ktoś raz ujrzy spadającą gwiazdę, to znaczy, że ktoś umarł. Znaczy, że właśnie teraz ktoś kopnął w kalendarz?
- Nad czym tak rozmyślasz? - Z moich własnych myśli wyrwał mnie delikatny głos dochodzący zza moich pleców. Odwróciłem się, posyłając uśmiech w stronę jasnowłosej. Odwzajemniła ona gest, siadając obok mnie.
- W sumie, to o niczym ważnym. - Odparłem po chwili beznamiętnie. - A co z tobą? Nie za zimno na takie nocne wypady?
- Mogłabym o to samo spytać ciebie. - Uśmiechnęła się zadziornie. Pokręciłem tylko głową, obejmując ją ramieniem. (zdradzam cię ahahaha! XD) Dziewczyna zarumieniła się delikatnie, odwracając wzrok.
- Teraz chyba cieplej, co?
- Owszem. - Usmiechnęła się lekko, wtulając w moje ramie. - Rin? Opowiedz mi coś o sobie.
- Szczerze to nie ma zbyt ciekawego nic tu do opowiadania. Przyjechałem tutaj na wymianę studentów, mam zwykłą rodzinę, zwykłe marzenia. Jak każdy.
- Rozumiem. - Zaśmiała się cichutko. - Ja mimo iż miałam zwykłą rodzinę i zwykłe życie, postanowiłam to nieco zmienić. Zostałam więc policjantką. Teraz pracuję w prywatnej firmie pana Blacka. Znasz może?
- Pewnie. Jak to mówią - "człowiek sukcesu z niego"
- Taak. Teraz ma na pieńku z pewnym gangiem. - Westchnęła.
- Gangiem? Hm.. Dziwna sprawa. Nie słyszałem o nim.
- Naprawdę? - Zdziwiła się - A, no tak! Przecież nie jesteś stąd. Gang Czarnego Orła. Jeden z najbardziej niebezpiecznych jakie mogą istnieć. Pan Black chcę ich szybko unicestwić. Ma już nawet pewien plan.
- Plan powiadasz?
- Mhm. Chcę wysłać w ich strony szpiega. Jednak nie będzie on zwykly. Ponoć podszyje się pod jednego z nich, a będzie wyglądał identycznie. Sprytnie, prawda?
- Heh, owszem. Mistrz zła. - Zaśmiałem, się, a wraz ze mną jasnowłosa. Nagle obróciłem dziewczynę do siebie, przyciskając ją za nadgarstki do ściany. Maya wyglądała na nieco przestraszoną. Jej oczy jednak błyszczały się w świetle migoczacych gwiazd. Spojrzałem się prosto w nie, a nastepnie wpiłem łapczywie w jej wargi, niczym wampir. Dziewczyna odwzajemniła gest, przysuwając się bliżej mnie. Po dłuższej chwili odsunąłem się od niej lekko i oparłem brodę na jej ramieniu.
- Maya... Jest coś o czym muszę ci powiedzieć. - Szepnąłem jej do ucha.
- T-tak?
-...Nie umiesz się całować... - W jednej sekundzie zimna stal błysnęła przy szyi rozdygotanej dziewczyny, kończąc jej marny żywot. Słyszałem, jak ostatni raz szepta moje imię, a jej ciało bezwładnie osuwa się na ziemię, drżąc w śmiertelnych konwulsjach. Po chwili z jej ciała wydobywa się jeszcze więcej krwi. Podszedłem do martwej i kucnąłem nad nią, zamykając jej wpół otwarte powieki.
- Żegnaj, Mayu... - Powiedziałem bez cienia uczuć.
- Jaki nonszalancki się znalazł... A już myślałem, że kupisz jej szampana, a ona spotka cię gołego w swojej wannie. Ostatnio to jest dobre. - Kapelusznik wypuścił z ust kłębek dymu, tworząc z niego kółko. Z kamiennym wyrazem twarzy podniosłem się, spoglądając na niego kątem oka.
- Masz wszystko, co chcesz wiedzieć... Prawda, Shail?
- Taa... - Założyłem czarny płaszcz, oraz maskę.
- Więc spieprzaj stąd. Psy zaraz tu będą... Ale przyznaj... Że wolałbyś przeciskać do ściany tę czarnulke Blacka, co? - Zaśmiał się zgryzliwie. Nic nie odpowiedziałem, choć w duchu przeklinałem go nad wszystko. Jebany sukinsyn.
        Podszedłem do czarnego kota, siedzącego na murku. Zwierze wcześniej w ogóle nie zainteresowane moją obecnością, zwróciło teraz swoje fioletowe ślepia w moją stronę, przerywając tym samym swoje dbanie o higienę.
- Kuro... Idź tam.- Powiedziałem po chwili. Dla niektórych mogło by się wydawać dziwne, że gadam do kotem. Ten jednak nie był zwykły. W tym świecie nawet w czarnym kocie można zyskać sojusznika.
       Zwierze zeskoczyło z murku i zniknęło w ciemnościach. Odwróciłem się jeszcze raz w stronę kapelusznika:
- Dzięki...
- Wisisz mi dług, Shail.
-... Nie...
- Hm? Ale...
- Tamtym razem... Jesteśmy już kwita, prawda? - Uśmiechnąłem się pierfidnie, wskakując na dach. Kapelusznik pokręcił tylko głową, sam odchodząc. Teraz tylko musiałem skupić się na szybkim dotarciu do ruin.
  
   Stanąłem na dachu tuż przed dobrze znanym mi budynkiem. Lodowaty wiatr szarpał moje włosy na wszystkie strony i powodował, że po jakimś czasie przestałem czuc jakiekolwiek oznaki, że moje palce jeszcze żyją.
      Zirytowany naciągnąłem kaptur na głowę, wzdychając głęboko. Coś podpowiadało mi, aby czekać. Nie wiem czy była to moja intuicja, jednak posłuchałem. Po chwili w moją stronę zaczęły zbliżać sie fioletowe ślepia. Kuro otarł się o moją nogę, spoglądając na maskę na mojej twarzy.
- Dzięki kocie... - Przejechałem dłonią po miękkim futrze zwierzaka, a on w odpowiedzi zamruczał cicho. Gdy zeskoczyłem z dachu, Kuro zniknął. Jakby był duchem. Po prostu go nie było. Powolnym krokiem zbliżyłem się do drzwi, wpieprzając się z buta do środka. Oczy wszystkich gwałtownie zostały zwrócone w moją stronę. Przez chwilę panowała nieprzenikliwa cisza, którą mogły jedynie przerwać nierówne oddechy.
- Szefie! Ty żyjesz! - Krzyknęli.
- Co za suprise, nie? - Przewróciłem oczami, zajmując swoje miejsce na oknie.
-Dzieżeś był? - Ricko przekrzywił głowę na bok, huśtając się na boki.
- Na spacerze...
-.... Przez tydzień?! To ty szłeś czy się czołgałeś? >.< - Westchnąłem przykładając wymownie rękę do czoła. Wszyscy zachichotali pod nosem.
- Ej Trevis czemu ty jarać nie chcesz? - Nagle dotarły do mnie urywki czyjejś rozmowy.
- Już jarałem...
- Ale przecież ty ciągle byłeś zjarany! Co jest?
- Dajcie spokój... - Mruknąłem pod nosem. Zeskoczyłem z okna, podchodząc do rozgadanego trio. Trevis zlustrował mnie chłodnym wzrokiem od stóp do głów. W sekundę złapałem go za włosy, pociągając w dół przyjebałem z buta w twarz. Wszyscy otwarli szeroko oczy, przyglądając się nam.
- Może po prostu przyznasz się kim naprawdę jesteś, Trevis...
~Shail~

XLVIII ~Koszmar

To było bardzo dziwne. Czy parę dni wcześniej nie mówił, że go nie obchodzę i mnie zabije? A teraz? Co go tak nagle wzięło na "dbanie" o mnie. Chociaż o zwierzaczka trzeba dbać, czuję się jak bezwartościowy futrzak. Na dole ktoś krzyczał, biedny Ricko. Naprawdę go lubię. Jest spoko tylko troszkę się stoczył.
Zawinęłam się kocem, lubię ciepełko. Zamknęłam oczy udając się tam gdzie jestem bezpieczna.
   Siedziałam pod drzewem patrząc na inne bawiące się dzieci. Śmiały się ze mnie i rzucały czymś. Chyba to były kamienie. Krew skapywała na ziemię tworząc na niej szkarłatną kałużę, wstałam i powolnym krokiem skierowałam się w stronę dzieciarni. Wiatr rozwiewał liście, tak jakby chciał je ewakuować i oszczędzić widoku. Wyjęłam broń i skierowałam w stronę dzieciaków, które w oczach urosły. Słodki chudy blondynek z wrednym uśmieszkiem stał się prezesem firmy, rudzielec z nadwagą narkomanem, a brązowowłosy chłopczyk z czapką z daszkiem seryjnym mordercą. Nacisnęłam spust. Trzy kule leciały w stronę żywych lalek. Trzy ciała osunęły się na ziemię. Z oczu zaczęła cieknąć krew, powoli ich mięśnie i kości zmieniały miejsce, zaczęli przeobrażać się w gorsze potwory niż byli. Pomarszczona lub zbyt naciagnieta skóra, gdzieniegdzie wystające kości czy to co tygryski lubią najbardziej, kwas z pyska. Ostre szpony z kości raniły ziemię sprawiając że zaczęła krwawic czarną krwią. Trzy potwory rzuciły się na mnie, a ja tylko stałam i patrzyłam jak wielkie cielska są coraz bliżej i bliżej. Upuściłam broń.
Proszę....niech mnie ktoś obudzi i zaprowadzi do rzeczywistości, do jeszcze gorszego koszmaru....
~Alisa~

niedziela, 17 listopada 2013

XLVII ~Malowanie

Uniosłem lekko brew, spoglądając na poczynania Ricko - sprzątaczki. Rozumiem, że mu odwala, bo to przecież niezmienna część jego natury... Jednak jest dopiero południe...
- Jestę sprzątaczę, o taak! Patrzcie mam swoją szczotkę do kurzy i nie zawaham się jej użyć! - Szatyn wskoczył na stół, tańcząc przy tym i kręcąc biodrami. Wszyscy zwijali się ze śmiechu na swoich miejscach roniąc łzy.
- Dobra ludzie! Bierzemy się do pracy! - Zakomunikowała Naya.
- Aye! - Odparli, migiem wstając z miejsc. Każdy rozbiegł się po pomieszczeniu, zajmując swoją znalezioną pracą. Rozejrzałem się oceniając stan zamku. Ruiny jak ruiny. Nic więcej. Wszystko się waliło.
- Uwaga, deska leci! - Wrzasnął Ricko. W ostatniej chwili uskoczyłem w bok, a na moim miejscu pojawiła się sterta spróchniałych desek z gwoździami.
- Kurwa! Mogłem trochę bardziej w bok, a by cię trafiło! - Wyszczerzył się, wzruszając ramionami. Przewróciłem oczami, wskakując wyżej do szatyna. Na górze nie było bardziej ciekawie, niż na dole.
- Ooo, patrz! Tam Naya idzie! - Uśmiechnął się szatańsko, przygotowując kolejną stertę desek.
- Nie radziłbym...
- Niby czemu? Co ona mi może zrobić?
- Właśnie dużo...
- Ale ty mnie uratujesz prawda? - Spojrzał się na mnie błagalnie. Przez chwilę poczułem się jak pedofil.
-... Spieprzaj... - Odparłem po chwili. Ricko zrobił obrażoną minę odwracając się do mnie tyłem.Westchnąłem głęboko kręcąc głową.
        Po chwili zeskoczyłem w dół lądując gładko na ziemi. Pokierowałem swe kroki na górę, skąd dochodziło głośne przeklinanie. Lekko rozbawiony uchyliłem drzwi od pokoju Alisy. Dziewczyna siedziała na środku pokoju mocując się z porządnym supłem. Tylko po co?
- Może pomóc? - Odezwałem się po chwili. Na dźwięk mojego głosu wzdrygnęła się delikatnie, a po chwili obdarzyła mnie nienawistnym spojrzeniem.
- Nie... dziękuję... poradzę sobie... - Syknęła przez zęby, głośno wypuszczając powietrze z płuc. Uniosłem ręce w geście poddania opierając się o framugę drzwi. Cóż, skoro nie chciała pomocy, to postoję sobie i popatrzę.
- A ty masz zamiar tak stać czy w końcu się ruszysz? - Uniosła lekko brew z dezaprobatą.
- Sama nie chciałaś pomocy ode mnie. Poza tym... Nie mam zamiaru pomagać ci w niczym. - Odparłem z podłym uśmieszkiem.
- Hm? Niby czemu? - Wstała, opierając ręce na biodrach.
-....Następnym razem specjalnie kupię ci różowy mazak... - Zmrużyłem lekko oczy.
-.. Ups no wiesz, nie było nikogo pod ręką a mój talent nie mógł usiedzieć w miejscu. - Zrobiła niewinną minkę. Przewróciłem oczami, rozglądając się po pokoju. Jedyne co trzeba było tu zrobić, to pomalować. Na szczęście okno jest już wymienione...
-... Mogę ci pomalować pokój na różowo? - Wypaliłem po chwili bez większego namysłu. Dziewczyna zbyt zajęta czytaniem napisu na pudełku z farbą pokiwała tylko głową. Parsknąłem śmiechem pod nosem, biorąc pędzel.
- Hm? Co ty robisz? - Spytała po chwili wyrywając się z głębokiego transu. Zlustrowała wzrokiem mnie, oraz pędzel, który trzymałem w ręce. - Mówiłeś, że nie będziesz mi pomagał. - Dodała po chwili podejrzliwie.
- Owszem... Jednak sama się zgodziłaś, abym pomalował ci pokój na różowo. - Na mojej twarzy zakwitł szatański uśmieszek. Alisa otwarła buzię chcąc coś powiedzieć, jednak słowa ugrzęzły jej w gardle. Zrobiła wielkie oczy, a następnie rzuciła się na mnie.
- Oddawaj ten pieprzony pędzel! - Warknęła. Uniosłem wysoko rękę do góry uniemożliwiając jej dostanie go. Dziewczyna stanęła na palcach, jednak tym sposobem tylko zbliżyła się do mojej twarzy. Spojrzałem się na nią, a gdy zorientowała się o co chodzi, jej twarz przybrała piękny, szkarłatny kolor.
- Stało się coś? Nie najlepiej wyglądasz.. - Stwierdziłem, przykładając palec do brody w głębokim namyśle.
- Nic.. - Syknęła, odwracając się do mnie plecami. - Chcesz to maluj już ten pokój... - Zaśmiałem się cicho, kręcąc głową.
-... Jaki chcesz ten kolor pani obrażalska? - Spytałem po chwili, spoglądając na resztę wiaderek z farbami.


~Shail~

czwartek, 14 listopada 2013

XLVI ~Remont

Otworzyłem lekko powieki, gdy poczułem jak coś szorstkiego raz po raz przejeżdża po mojej twarzy. Mruknąłem zirytowany pod nosem podnosząc się. Teraz dopiero dało mi się we znaki spanie przy oknie. Okropny ból pleców przypomniał o sobie, przeszywając cały kręgosłup. Jakby tego było mało, stare rany dały o sobie znać, a moja kurtka i włosy zasypane były cienką warstwą śniegu. Cienką - ale nadal śniegu.
- Cholera jasna.. - Jęknąłem, prostując się. Zmrużyłem lekko oczy, unosząc brew z dezaprobatą. Na stoliku przede mną siedziała puszysta, czarna kulka.
- Co to jest? - Prychnąłem, za futro unosząc futrzaka w powietrze. Czarnuch miauknął płaczliwie, machając łapkami.
- Źle trafiłeś, murzynie... - Powiedziałem obojętnie. Po chwili jednak zdałem sobie sprawę, kim tak naprawdę jest kot.
- Kuro? - Zdziwiłem się, kładąc kota na stoliku z powrotem. - Co tu robisz? - Kot zamiast odpowiedzieć prychnął cicho, odwracajac się do mnie tyłem. Westchnąłem ciężko, przewracając oczami. Jeszcze mi tego brakowało, żeby obrażał się na mnie kot.
        Wstałem z podłogi, przeciagajac się leniwie. Kuro zeskoczył ze stolika i złapał mnie za nogawke, ciągnąc do lustra. Niechętnie podążyłem za nim bez możliwości odmowy. Czarnuch gdy dotarliśmy na miejsce usiadł sobie wygodnie, patrząc na mnie.
- No co? - Wzruszyłem ramionami, spoglądając w swoje odbicie. Na początku myślałem, że chyba... Sam nie wiem co myślałem. Co ja do chuja jasnego robiłem? Czy ja o czymś niepamietam? Zgwałcili mnie? Albo porwali Aborygeni? Z wielką trudnością powstrzymałem wydarcie ryja z tekstem typu "KURWA MAĆ ZAJEBE". Oparłem się o ścianę, bezsilnie wpatrujac w sufit. Naszła mnie nawet nagła myśl, zejścia na dół, jednak szybko odegnałem ją.
        Złapałem szybko jakąś gąbke i zacząłem szorować nią sobie twarz. To wszystko jednak nie przynosiło żadnego skutku.
- Maow... - Miaukął murzyn, wskazując wzrokiem na jakiś dziwnie wyglądający detergent. Spojrzałem się na niego z irytacją.
- Twarz mi się jeszcze przyda. - Warknąłem. Kot przewrócił ślepiami, przysuwajac butelkę z płynem bliżej do mnie. Kątem oka spojrzałem się na jego poczynania i w gruncie rzeczy postanowiłem sprawdzić, co to jest.
- Hmhmhm... Płyn do czegoś tam... Hmhm... Zmywa trudne plamy? - Mruczałem pod nosem. - Myślisz, że to pomoże? - Uniosłem lekko brew. Kuro wbił we mnie swój wzrok, jakby nie chciał znosić sprzeciwu. Westchnąłem ciężko, odkrecając butelkę.
Po jakimś czasie mocowania się ze śladami markera na mojej twarzy, wreszcie czysty zszedłem na dół po starych schodach. Co jak co, jednak przydałby się tu mały remont.
        Kuro stąpał cicho tuż obok mojej nogi, co chwilę zerkając na mnie niepewnie. Sam do końca nie wiedział, czego ma się ode mnie spodziewać.
- Ooo! Poznałeś się już z kotkiem? - Uśmiechnęła się rudowłosa i zawołała Murzyna do siebie. Kuro posłusznie podreptał w stronę dziewczyny i otarł się o jej rękę.
Lizus...
- Taa... My się już poznaliśmy. - Mruknąłem pod nosem, siadając na parapecie. Spiorunowałem wzrokiem Alise, siedzącą koło Ricko, a ta w odpowiedzi uśmiechnęła się pod nosem szatańsko. Prychnąłem bezgłośnie pod nosem, obserwując resztę:
- Przydałby się tu mały remont! - Wykrzyknął Ricko, wstając gwałtownie z miejsca.
- Dokładnie, szefie! - Zawtorował mu Billy. - Pomalujmy specjalnie dla Ricko pokój na różowo!
- Róż- amarand, debile! - Wtrąciła się Naya. - Mówiłam wam, że on jest teraz w modzie na której wy się kompletnie nie znacie...
- Zamilcz kobieto, albowiem ja chcę pościel w poniacze! - Przerwał jej szatyn, na co większość wybuchła śmiechem. Ja siedziałem tylko wsluchamy żywo w dyskusję.
- No, to robimy ten remont, nie? - Tym razem zwrócili się do mnie. Przez chwilę milczałem, aby w końcu kiwnąć lekko głową. Ricko w pełni szczęścia złapał dwie chusteczki. Jedną obwiazal sobie na głowie, drugą wokół twarzy. Do ręki wziął szczotkę i obrócił się wokół własnej osi.
- Ha! No to panie i panowie zaczynamy!
~Shail~

XLV ~Kotek

Uśmiechnęłam się szatansko wyjmując czarny marker z torby.
-Nie było trzeba zasypiać...
Podeszłam cicho do chłopaka i nachylilam się nad nim. Z podłym usmieszkiem dorysowałam mu wąsy i okulary. Nie mogąc się powstrzymać dorysowałam również brodę a na nosie kropkę. Powstrzymałam się jednakże żeby nie narysować mu karniaka na czole. Chociaż...
   Zadowolona z siebie zeszlam na dół cicho zamykając za sobą drzwi. Wszyscy siedzieli skupieni nad jakimiś planami.
-Hej...nad czym siedzicie? -Usiadłam między Billym a Ricko.
-Aaaa....trzeba by wyremontować te ruiny. Sama wiesz najlepiej. W pokoju masz materiał na bałwana.... I nie mam na myśli Shaila...
Wszyscy zachichotali cicho.
-Wiem! Pomalujmy pokój Ricko na różowo! - Billy z entuzjazmem wziął różowy mazak i zabazgrał na planie jedno z pomieszczeń.
-Nieee! Nie znasz się na modzie... Modny jest teraz roż-amarand! -Naya z podlym usmieszkiem spojrzała na Ricko.
-Okej....ale chce pokój w kwiatki! I do tego poduszkę i pościel w poniacze!
Ze śmiechu wszyscy tarzali się po podłodze. Godziny mijały na ustaleniach i kłótniach, gdy nagle coś zaczęło drapać drzwi. W sekundę wszyscy zamilkli spoglądając w kierunku drzwi. Wyjęli broń i powoli podchodzac do drzwi, uchylili je.
-Jaki słodziak! -Naya odrzuciła broń i wzięła czarnego kotka na ręce. -Kto cię tu zostawił słodziaku? Nie martw się, od teraz jesteś jednym z nas...
-A Shail? -Ricko zamknął drzwi krzywiąc się..
-Zgodzi się go zatrzymać. -Dziewczyna usiadła na kanapie dając kota na kolana. -Mnie lubi...a ciebie nie...
Ricko zrobił obrażoną minę i usiadł pod ścianą. Czekam tylko na reakcje Shaila gdy zobaczy swoje odbicie w lustrze...
~Alisa~

środa, 13 listopada 2013

XLIV ~Kara i sen

Złapałem chłopaka za gardło, przyciskając do zimnej, betonowej ściany. Jego źrenice rozszerzyły się, wpatrując we mnie ze strachem. Złapał mnie wolną ręką za nadgarstek, chcąc spróbować uwolnić się ze śmiertelnego uścisku. Na tę chwilę nie miałem najmniejszego zamiaru go puszczać.
- A teraz grzecznie wyśpiewaj jak na kazaniu wszystko co wiesz. - Powiedziałem spokojnym głosem, choć mój wyraz twarzy był stale niezmienny, a lodowatym spojrzeniem przeszywałem go na wylot.
- Ja.. Nic.. Nie wiem... - Syknął, zaciskając z irytacją zęby. Wzmocniłem uścisk, ograniczając mu ilość powietrza. Chłopak nadal uporczywie siłował się z moją ręką, przyciskającą go do ściany. Westchnąłem zrezygnowany.
- Taa... Ty jednak nic nie wiesz. - Stwierdziłem, puszczając go. Usłyszałem narastające szepty i pomruki niezadowolenia ze strony reszty. Zgromiłem ich wzrokiem, odwracając się.
- Możecie go zabić... - Rzuciłem krótko, podchodząc do rudowłosej.
- Na górze... - Odparła, wyprzedzając mnie. - Chyba się czymś martwi...
- Martwi? - Uniosłem do góry lekko brew. Na ustach dziewczyny błąkał się delikatny uśmiech, jednak starała się tego nie okazywać. Mruknąłem coś niezrozumiałego pod nosem, a następnie wspiąłem się po schodach na górę. Otworzyłem drzwi, które uchyliły się z lekkim zgrzytem i wszedłem do środka. Od razu na suprise przywitała mnie poduszka, która przytuliła moją twarz.
- Odejdź Ricko! Mam dość twoich debilnych pogadanek! - Warknęła dziewczyna, z fochem odwracając sie do mnie plecami. Zdjąłem poduszkę z twarzy, cicho podchodząc do Alisy. Następnie położyłem jej rękę na ramieniu.
- A co byś powiedziała na to, że nie jestem Ricko? - Powiedziałem po chwili z perfidnym uśmieszkiem na twarzy. Czarnowłosa odwróciła się gwaltownie, z piskiem przykładając mi z liścia. Tym o to sposobem strąciła mi maskę, która poturlała się pod okno, opadając na ziemię z głuchym łoskotem. Alisa gdy tylko zorientowała się kogo spoliczkowała zakryła dłonią usta, odsuwając się.
- W-wybacz j-ja nie wiedziałam, że ty żyjesz znaczy...
- uspokój się... No ja rozumiem, że mnie nienawidzisz, ale żeby od razu bić?
- Ja.. Przepraszam... Ale w sumie to kara...
- Kara? - Zdziwiłem się.
- Mhm... Za nagłe znikanie. - Zadowolona z siebie spojrzała się na mnie. Pokręciłemz politowaniem głową, opierając się plecami o ścianę.
- A ty znowu twarz sobie masakrujesz? - Westchnęła, spoglądając na nową szramę na policzku.
- To nic...
- Czekaj chwilę... - Szybko wstała z łóżka i przyciągnęła do siebie torbę. Zaczęła w niej energicznie szperać, szukając bóg wie czego.
- Mam! - Rozentuzjazmowana wyciągnęła mały, biały plasterek.
- mówilem, że to nic... Samo się zagoi... - Warknąłem, jednak nic sobie z tego nie zrobiła. Podeszła do mnie i przylepila plaster na szramę.
- Dziękuję...
- Nie ma za co. - Usmiechnęła się, ponownie siadając na łóżku. Uśmiechnąłem się lekko, nagle przypomniawszy sobie o czymś:
- Wzięłaś leki?
- Taaak, tak... - Przewróciła oczami.
- Wiesz, że...
- To ważne... - Przerwała mi, kończąc zdanie. - Wiem, jest okej. - Westchnąłem głęboko, siadając na ziemi nadal oparty o ścianę. Dopiero teraz poczułem skutki niespania przez ostatnie noce. Powieki same opadały, a ja czułem że powoli odpływam.
Super moment...
Przekląłem w myślach. Powiedziałem sobie, że zamknę oczy tylko na chwilę - zamknalem na dobre parę godzin.
~Shail~

niedziela, 10 listopada 2013

XLIII ~Rozmowa

Stanąłem przed drzwiami, na których widniał wyryty numerek 300. Spojrzałem na brudny skrawek karteczki, gdzie widniały dokładnie takie same cyfry.
- A więc to tu... - Mruknąłem pod nosem, przekręcając kluczyk w zamku. Pchnąłem drzwi, które uchyliły się z cichym zgrzytem i weszłem pewnym krokiem do środka. Szału nie ma.. Chociaż nie powinienem tak wybrzydzać, skoro nawet nasze lokum jest w o wiele gorszym stanie. Podeszłem do okna, otwierając je na oścież i pozwalając świeżemu powietrzu ponoszyć się po pomieszczeniu. Odetchnąłem głęboko, siadając na parapecie. Słońce nie zdążyło jeszcze dobrze wychylić się na niebo, kryjąc się za linią horyzontu.
- Trochę za wcześnie tu jestem... - Mruknąłem, krzywiac się lekko. - Ale nic do stracenia... - Dodałem z chytrym uśmieszkiem, zeskakując z parapetu. Założyłem czarną bluzę z kapturem i wyszedłem z mieszkania. Rozejrzałem się badawczo po okolicy, stwierdzając, że reszta ludności zapewne jeszcze śpi. Westchnąłem głęboko, schodząc po metalowych schodkach na dół. W momencie, gdy miałem wchodzić w zakręt, jakaś opatulona postać przeżyła zderzenie czołowe z moją osobą. Zakupy wypadły z papierowej torby i rozsypały się po ziemi.
- Prze-przepraszam! - Wymówiła szybko dziewczyna, pochylając się i zbierając zakupy z powrotem do torby.
- Nic się nie stało... - Odparłem, pomagając jej.
- Dziękuję, ale dam sobie radę... - Uśmiechnęła się deliatnie.
- Mieszkasz gdzieś niedaleko?
- Tutaj za rogiem. Wynajmuje pokój 301.
- Czyli miło mi poznać sąsiadkę. - Uśmiechnąłem się.
- Naprawdę? Nie wiedziałam, że ktoś tutaj się wprowadził.
- Jednak cuda się zdażają... - Dodalem ciszej, pomagając jej wnieść zakupy na górę.
- Dzięki za pomoc. Jak ci na imię dobroduszny sąsiedzie? - Zachichotala pod nosem
- Rei... A jak brzmi imię pięknej pani?
- Maya... - Odparła, rumieniac się delikatnie.
- Mam nadzieję, że się szybko ponownie zobaczymy... Do zobaczenia.. - Uśmiechnąłem się, odchodząc. Czułem jednak na sobie jej wzrok, który przeszywał mnie na wylot. Na mojej twarzy pojawił się podły uśmieszek.
Czyli jednak dobrze trafiłem...
Wyszedłem na już zatłoczone ulicę miasta. Rzadko tutaj bywałem, jednak orientowałem się gdzie co jest. A teraz dokładnie wiedziałem, gdzie iść. Nagle poczułem jak coś łapie mnie za ramię i wciąga w ciemną uliczkę. Sybko wyjalem noz, przykładając go pedofilowi do gardła.
- Ejże, Shail! Spokojnie! - Postać wyjęła peta z ust, wypuszczając dymek. Przewróciłem oczami, chowając niechętnie broń.
- Szukałeś mnie, nie? - Poprawił stary kapelusz na swojej głowie, po czym podał mi białą kopertę. Wyjąłem z niej zdjęcie dziewczyny. Miała krótkie do ramion blond włosy i niebieskie oczy.
- Tak, to ta. - Odparłem po chwili, zwracając mu kopertę. - Wiesz coś o niej więcej?
- Więcej to nic. Raczej tyle, co ty. - Skrzywił się lekko.
- Raczej nie będzie z nią żadnych problemów.
- Uważaj... Black jest podstępny, a on w przeciwieństwie do niej zna twoja twarz...
- Właśnie dlatego muszę to zrobić szybko... I boleśnie...
- Heh, cały ty... Spadam, na razie... - Poklepał mnie po ramieniu, znikając w cieniu.
On ma rację, Black jest nieprzewidywalny...
~Shail~

sobota, 9 listopada 2013

XLII ~Wojna

Spojrzałem po raz ostatni na powoli cichnące niebo. Słońce schowało się uśpione za horyzontem. Na błękicie płonęły pomarańczowe smugi, niknące gdzieś w dali pośród innych kolorów. Odetchnąłem głęboko, kątem oka obserwując jak gałęzie pobliskiego drzewa nagle poruszyły się, a z ich korony wyleciały dwa ptaki. nie było było by w tym nic dziwnego, gdyby nie sam fakt, że oba nie były tego samego gatunku. Jak więc mogły się wzajemnie akceptować? Jeden z nich miał białe upierzenie, a drugi czarne. Spoglądając na siebie wzajemnie poszybowały wysoko, niknąc gdzieś wśród innych barw.
- Niedorzeczne... - Burknąłem pod nosem.
- Co niedorzeczne? - Wtrącił się jakiś pozaplanowy głos.
- Niedorzeczne, że jeszcze się nie schlałeś, albo nie zjarałeś...
- Znowu masz zły humor jak dziołcha, której spóźnia się okres? - Parsknął pod nosem Ricko, siadając obok mnie.Pacnąłem się ręką w czoło, mrucząc coś niezrozumiałego pod nosem.
- A tak na prawdę, po co tu jesteś? Nie słyszałem jeszcze oznak, żeby chcieli się wszyscy pozabijać, więc chyba moja interwencja nie jest konieczna...
- No w sumie to nie, ale mamy co opijać!
- Ekhem.. My ZAWSZE według was mamy co opijać, więc nie rób problemu.
- No, ale tym razem mamy na stówę. Napadliśmy na najbardziej strzeżony "składzik" z bronią w całym mieście!
-... I? - Spojrzałem się na niego znudzony.
- Weźże bądź człowiekiem, stary!
- Błąd.. Nie jestem człowiekiem...
- To chociaż kosmitą i chodź! Raz się zabawmy!
- Macie zamiar urządzać zbiorową orgię z delfinami? - Spytałem z kpiną, na co szatyn widocznie się zirytował.
- Sam się idź gwałcić! Ja idę się zjarać! - Tupnął niczym mała dziewczynka, której zabrano lizaczka, po czym z wielkim fochem oddalił się. Z trudem powstrzymywałem się, żeby nie wybuchnąć śmiechem. Przewróciłem się na plecy, obserwując świat do góry nogami, oraz Ricko, który nadal wraz ze swoim fochem kierował swe kroki do lokum. Pokręciłem z politowaniem głową, ponownie wpatrując się w niebo.
- A może by tak iść? - Pomyślałem, jednak szybko wyrzuciłem ze swojej głowy te plany. - Nie mogę.. Nie chcę... To się może źle skończyć...
        Nagle poczułem jak przez moje ciało przenika paraliżujący chłód. Zatrząsłem się lekko, przeklinając w duchu zimę. Naciągnąłem kaptur na głowę, zasuwając bluzę. Wypuściłem z płuc całe powietrze, jakie dotąd tam trzymałem, a mój oddech utworzył charakterystyczną parę. Pamiętam, gdy byłem mały specjalnie tworzyłem na szybie "mazy", chuchając na nią, a potem tworzyłem "śliczne obrazki". Mama zawsze wyrywała sobie przeze mnie włosy, krzycząc, że na święta przywiąże mnie do choinki. Uśmiechnąłem się lekko na samo to wspomnienie. Choć tak bardzo nie chciałem, aby powróciło, nie mogłem o nim zapomnieć. To była jakby moja nieodłączność, która sprawiała, że czasami mogłem poczuć się jak człowiek.
- Hej...
- Co znowu... - Warknąłem zirytowany, odwracając się w stronę ów właściciela głosu. Złagodniałem nieco, gdy przed sobą ujrzałem postać Alisy opatuloną kocem. Dziewczyna cofnęła się nieco, jednak po chwili z lekkim uśmiechem ponownie rzekła:
- Choć do środka... Na dworze robi się naprawdę zimno.
- Jakoś nie czuję... - Skłamałem, krzywiąc się lekko.
-... Wiesz co? Marny z ciebie kłamca...- Uśmiechnęła się pod nosem triumfalnie. Przewróciłem teatralnie oczami, odwracając się do niej plecami. Widocznie jej się to nie spodobało, gdyż mruknęła coś niezrozumiałego pod nosem, a po chwili poczułem jak zimna i twarda kulka odbija się od moich pleców. Czarnowłosa zachichotała pod nosem, tworząc kolejną kulkę ze śniegu.
- Igrasz z ogniem, wiesz... - Warknąłem z irytacją.
- Serio? - Uniosła lekko brew z dezaprobatą, po czym ponownie skierowała we mnie pocisk z kulki, która celnie trafiła mnie prosto w łeb.
- Oj.. - Powstrzymała śmiech, cofając się szybko.
- Oj? - Odwróciłem się w jej stronę. Powoli wstałem z ziemi, kierując się w jej stronę. - Już cię widzę kostka przestała boleć. - Strzyknąłem kośćmi, mrużąc lekko oczy.
- Em... Znaczy, j-ja.. - W momencie odwróciła się, chcąc jak najszybciej uciec. Byłem jednak szybszy i podbiegając do dziewczyny, złapałem ją w pasie i przełożyłem sobie przez ramię.
- PUŚĆ MNIE PEDOFILU! - Wrzasnęła.
- Cicho tam.. - Powiedziałem znudzony, wzrokiem wyszukując jakiejkolwiek zaspy. Po chwili na moje usta wpłynął szatański uśmieszek, który nie umknął uwadze Alisy. Spojrzała się na mnie, a potem na zaspę przed nami. Jej wzrok przeskakiwał pomiędzy nami.
- Chyba... cię... pojebało...
- Mnie? Niee... - Pokręciłem głową i biorąc zamach wwaliłem dziewczynę w śnieg. Zadowolony z siebie otrzepałem ręce, stając nad ośnieżoną brunetką. Szybko wygramoliła się ze śniegu, piorunując mnie wzrokiem.
- Ups? - Uniosłem ręce w geście poddania. Odwróciłem się na pięcie z zamiarem odejścia, jednak poczułem jak coś łapie mnie za nogę i pociąga do siebie. Zaskoczony straciłem równowagę i runąłem w dół pociągając za sobą tą  sierotę. Oboje w śniegu sturlaliśmy się z górki, ponownie lądując w zaspie.
- Coś ty sobie myślał! - Dziewczyna w nerwach wyszła ze śniegu, strzepując z siebie jego resztki. Co chwilę wyrzucała z siebie jakieś niezrozumiałe słowa, gestykulując rękami. Chyba wyzywała mnie, ale nie mogłem jej zrozumieć. Po chwili już nie mogąc wytrzymać, chyba pierwszy raz od dłuższego czasu (nie mówiąc wcale) wybuchłem śmiechem. Alisa przerwała swój słowotok, wpatrując się we mnie wielkimi oczami.
- Boże.. Ty się... śmiejesz! A nie, sorry... Jestem ateistą...
- Ta, wiem.. To takie nieludzkie, nie? - Podniosłem się z ziemi, ocierając łezki z kącika oka. Otrzepałem włosy i ubranie z białego puchu i rozejrzałem się po okolicy.
- Okej, sieroto. Przez ciebie się tu znaleźliśmy, więc słucham pomysłów na cudowny powrót.
- Słucham? Przeze mnie? To ty wepchnąłeś mnie do tej zaspy!
-... A ty pociągnęłaś mnie za sobą. Gdybyś tego nie zrobiła, nic by się nie stało... - Uśmiechnąłem się podle.
- Idiota... - Mruknęłam pod nosem.
- Słucham? Mówiłaś coś?
- Że nic! - Westchnęła zrezygnowana. - Nie wiem, gdzie iść...
- Super, ja też nie. A może by tak zrobić kółku i przejść bezpieczniejszą drogą w górę... Z twoją.. ekhem... "kontuzją" raczej w górę nie wejdziemy...
- Świetnie..
- Świetnie... to idziemy... - Pociągnąłem ją za sobą.
- Aleś ty delikatny... - Jęknęła niezadowolona.
-... Chcesz na barana, czy na księżniczkę?
-... Wal się! - Warknęła, szybkim krokiem wyprzedzając mnie. Przewróciłem bezradnie oczami, patrząc jak kuśtyka. Po chwili poczułem jak coś nagle skacze mi na plecy. Odwróciłem się zdezorientowany i ujrzałem nie kto innego jak tę sierotę.
- Tak, tak, nie krępuj się... - Warknąłem zirytowany, jednak ona to olała w stu procentach.
- No to teraz na górę! - Uśmiechnęła się triumfalnie, opierając łokciami na moim ramieniu.
- Nie za wygodnie ci?...
- Ani trochę... - Zaśmiała się cicho pod nosem. Westchnąłem ciężko, stawiając powoli kroki przed siebie. Śnieg powoli spadał z nieba, okrywając ziemię białą, puchową powłoką.
- Wiesz co? - Mruknęła cicho Alisa po dłuższej chwili milczenia. - Może nie jesteś aż taki zły... - Spojrzałem na nią lekko zdziwiony. Może i ta sierota miała rację. Ta... Wiem, jak to jest ukrywać swoje prawdziwe "JA" przed samym sobą przez tyle lat.
- Czasami mi się uda... - Odparłem po chwili. Nie mogłem jej okłamać, że cały czas tryskam radością do innych, bo nawet ona sama wiedziała jaka jest prawda. Coś we mnie cały czas podpowiadało  mi, aby zabijać. Ja bez zmrużenia oka to robiłem. Dlaczego? Taki się stałem... Gdyby pomyśleć, że jeszcze jakiś czas temu wyżywałem się na niej i chciałem pozbawić życia, sam nie mogę uwierzyć w to, że przed chwilą stoczyliśmy bitwę na śnieżki jak jakieś dwa rozwydrzone bachory. Dlaczego...
        Po jakimś dłuższym czasie dotarłem wraz ze zbędnym balastem do starych ruin. Widok nieprzytomnych ciał nie zaskoczył mnie ani trochę.
- Naya... - Powiedziałem, a dziewczyna od razu zjawiła się przy mnie. - Weź to coś i zabierz na górę. Trochę jej się przysnęło.
- Mhm... - Kiwnęła głową, biorąc za ramię śpiącą Alise. Zmrużyłem lekko oczy, zapalając peta.
- Muszę zniknąć na pewien czas.
- Zniknąć?...
- Taa... Chodzi tu bardziej o dowiedzenie się, co knuje Black. Mam pewien bardzo ciekawy sposób na zdobycie informacji. Więcej nie musisz wiedzieć.
- Rozumiem... - Westchnęła.
- I nie mów nic reszcie... Niech żyją w tej nieświadomości, będzie zabawniej... Wyłącznie nie mów tej sierocie...
- A Ricko?
- Ten debil nawet nie spróbuje ruszyć tym czymś co ma na szyi, więc o to mogę być spokojny. Bądź czujna, nie daj się w nic wrobić... Ufam ci... - Mówiąc to, obdarzyłem ją chłodnym spojrzeniem, po czym mijając dziewczynę wyszedłem z pomieszczenia. Wracam do dawnego siebie. Przebywanie z tą sierotą szkodzi mi... Ale sam nie wiem, czy to źle, czy dobrze...

~Shail~

piątek, 18 października 2013

XLI ~Cień

Omiotłem chłodnym spojrzeniem całą resztę, która z przypływu adrenaliny nie mogła już ustać w miejscu. Ich podręczne skrytki przepełnione były amunicją i różnego rodzaju bronią. Przelotne uśmieszki utkwiły na ich twarzach i jakoś nie chciały z nich zejść.
- Billy... - Odezwałem się, na co on momentalnie wzdrygnął się i odwrócił w moją stronę.
- Słucham?
- Ty zostań... Przypilnuj jej... - Spojrzałem się w stronę opatulonej Alisy. - Jakby co, będziemy w kontakcie... - Każdy wie, co ma robić?
- Ta jess! - Zasalutowali, po czym wszyscy opuściliśmy pomieszczenie.
        Na zewnątrz panował pół mrok. Jasna tarcza księżyca oświetlała warstwę śniegu, która przykrywała ziemię i połyskiwała jak dzisiejsze gwiazdy. Kierowaliśmy się do fabryki broni, która była jednym z najnowszych nabytkow ostatniego czasu. Jej skarby były skrzętnie ukryte w środku, gdzie tylko nieliczni mogli dostać się ze względu na tysiące facetów w mundurach chroniących tego mejsca.
- Rozdzielamy się... Najpierw porządkujemy tamtych... Potem wy zajmiecie się pozostałą częścią, a ja z resztą wkradniemy się do środka... - Wszyscy kiwnęli głowami i zajęli swoje pozycje. Wyjąłem noże i po cichu niczym kot zakradlem się do pierwszej grupki, która niczego nie spodziewająca się, pełniła wartę.
        Po chwili ich zakrwawione ciała bezwladnie osunęły się na ziemię. Poprawiłem maskę i dałem znak reszcie. Znaleźliśmy wejście od tyłu, gdzie strażnicy już dawno zostali załatwieni. Wślizgnęliśmy sie niepostrzeżenie jak cienie, zlewajac się z ponurą rzeczywistością jaka panowała w środku. Omiotłem wzrokiem pomieszczenie, stwierdzając, że jeśli nawet są tu strażnicy, to dobrze musieli się poukrywać.
        Nagle cichy szept odbił sie echem od zimnych ścian. Instynktownie odwróciłem głowę w stronę nadchodzących dziwięków, które skradały się w naszą stronę.
- Idźcie... - Wydałem krótką komendę. Nie sprzeciwiając się, skierowali swe kroki w stronę drzwi do składowni.
       Skoczłem w górę na metalowy, gruby pręt i przykucnąłem na nim obserwując wszystko z góry. Pierwszą postacią, jaką zauważyłem był to nie kto inny jak Black. Od razu przed oczami ponownie pojawił się obraz zakrwawionej Alisy, związanej na śniegu. Jego zachowanie mnie nie dziwiło. Przeciez był jebanym skurwielem. Ale przecież to jego córka.
- Teraz nie możemy zaatakować... Wiedzą na pewno, jakie są nasze zamiary. Powuerzam ta sprawę w twoje ręce. - Spojrzal się w stronę Bloody Moona, która stał oparty o ścianę.
- Oczywiscie, panie Black. Nie zawiódę pana.
A ja nie mogę zawieść tej sieroty...
~Shail~

XL ~Pielgrzymka

  To...ciepło, które od niego biło sprawiało, że czułam się bezpieczna, ale i speszona. Nie potrafilam uwierzyć, że ten skurwiel skręcił mi kostkę. Ale co ja się dziwię, wypchnął mnie z okna na lód, a oczywiście z moim wrodzonym sieroctwem musialam się uszkodzić. Westchnelam ciężko przewracajac się na drugi bok i owijajac się szczelniej kocem. Przez ojca nie miałam teraz okna i całe zimno wpraszalo się do pokoju. Przed oknem uzbierala się nawet spora kupka śniegu... Usłyszałam skrzypniecie drzwiami.
-Huh...zimnawo tu troszku... -Billy naciągnął rękawy bluzy.-choć...na dole jest troszkę ciepłej..
-A..ale..psychopata...-wydukalam z siebie siadajac
-On mnie przysłał... -pomógł mi wstać i biorąc moja torbę odeskortowal na dół. Wszyscy na coś się szykowali, znów zaatakują..czy oni zawsze muszą zabijać? Czy ich aż tak to bawi...
Billy posadził mnie na kanapie i podał koce, którymi od razu się opatuliłam, a on zostawiając moją torbę przy kanapie usiadł do komputera.
-Nie zapomnij wyłączyć kamer...-powiedziała Naya ostrzac noże.
-Spokojna głowa, wyłącze od razu alarmy orazo ogrodzenie pod napięciem.
-W..takim r...razie..gdzie się wlamujecie, że mają ogrodzenie pod napięciem...?-spytalam niepewnie bawiąc się własnymi palcami.
Chwilę milczeli.
-Potrzebujemy broni...-Ricko westchnął ciężko oczekując ciosu od psychopaty, jednak ten tylko mruknął coś pod nosem i schował ostrza pod płaszcz.
-Zaczynamy panie, panowie i Ricko...-powiedział, po czym cała pielgrzymka wyszła z budynku...
~Alisa~