Naciągnąłem bardziej poduszkę na głowę, gdy tylko usłyszałem niemiły dźwięk telefonu. Spojrzałem na kolorowy wyświetlacz, gdzie widniało imię "Ricko". Warknąłem cicho pod nosem i nacisnąłem zielony przycisk łączenia.
- Czego chcesz? To, że siedzisz piętro niżej nie oznacza, że masz od razu do mnie dzwonić...
- Ej no nie żartuj sobie tak ze mnie! To poważna sprawa! - udał obrażonego. Westchnąłem głęboko, spoglądając w biały sufit.
- Więc co znowu...
- Szlugi się skończyły! Trzeba coś zrobić! Umieram, tlenu! Tlenu!
-... Lecz się... - burknąłem pod nosem, rozłączając się. Rzuciłem telefonem o łóżko, wcześniej go wyciszając. Zrezygnowany walnąłem twarzą w poduszkę. Od tamtego czasu rzadko mam chęć na zrobienie czegokolwiek. Nawet całej reszcie, odkąd ruiny zostały odremontowane, nie chcę się ruszyć dupy. Pretekst: bo za zimno i piździ śnieg. Dlatego właśnie teraz wszyscy narzekają, że brakuje towaru i skończył się klei.
Po chwili bezczynnego leżenia, uznałem, że warto iść rozruszać kości... I przy okazji pozbawić kogoś życia. Takie małe trololo na zakończenie dnia. Muszę oderwać od TEGO myśli, bo chyba zaraz się pożygam. Jak można przejmować się czymś tak banalnym. Przecież nie raz widziałem, jak giną nasi. Dlaczego więc porwanie zwykłej dziewczyny doprowadza mnie do ruiny? Teraz nie powinno mnie obchodzić to w ogóle. Bo niby z jakiej racji ma? Kim ja dla niej jestem? Ojcem? Rodziną? Nikim, żebym mógł ją uratować... Powinienem już dawno przyjąć to sobie do wiadomości. Zginie, to zginie. Nikt nie będzie płakał. Ale est przecież jeszcze to coś, co ma w sobie. Niech Black to sobie bierze w cholere...
Założyłem maskę i wyskoczyłem przez okno. Gładko wylądowałem na śliskim śniegu. Wyprostowałem się i rozejrzałem wokoło, jednak nie zauważyłem ani jednej, żywej duszy. Wypuściłem dotąd trzymane powietrze w płucach, ktore utworzyło charakterystyczną parę. Wolnym krokiem bez sensu ruszyłem przed siebie. Nadal jednak nie opuszczało mnie to dziwne uczucie, które mówiło, że stanie się coś złego. W praktyce zawsze się to sprawdzało. Tylko co mogłoby się teraz stać?
Nagle poczułem nagły powiew wiatru. Zatrzymałem się i powoli odwróciłem za siebie. Przez chwilę poczułem, jakbym byl w zupełnie innym świecie. Uczucie złości pomieszane z głębokim zdziwieniem.
- Proszę, proszę... kogo my tu mamy? - odezwał się ironicznie chłopak stojący z założonymi rękami na przeciwko mnie. - Kochany braciszek jak mnie oczy nie mylą, prawda?
-... Sebastian... Jakim prawem ty żyjesz? - syknąłem.
- No cóż, nie tylko ty jesteś nieśmiertelny.
- Jak widać, nic się nie zmieniłeś... - zlustrowałem go wzrokiem. Miał nieco jaśniejsze włosy ode mnie i piwne oczy. Na twarzy jak zwykle widniał ironiczny uśmiech.
Ten sam kawał chuja, jakim był wcześniej.
- Nie cieszysz się z mojego powrotu?
- Wprost skacze ze szczęścia, nie widać? - prychnąłem pod nosem.
- Ojjj... Bo wiesz, słyszałem, że masz ostatnio problem ze swoją "miłością".... Dlatego postanowiłem skrócić twe cierpienia i przybyłem z pomocą.
- O czym ty pieprzysz?
- Sam zobaczysz, żniwiarzu...
~Shail~
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz