Odłożyłem telefon na ziemię, gdy Ricko zakończył połączenie. Nie wiem jak miał zamiar to zrobić, ale ja nigdzie nie zamierzam się ruszać ani teraz, ani potem. Sięgnąłem po butelkę z piwem i upijając kolejny łyk, odstawiłem na stolik. Przewróciłem się na plecy, obserwując świeżo pomalowany biały sufit. Ciekawe, co tak naprawdę zrobił Ricko, że aż sam miałem po niego pójść. Po jego głosie można było osądzić bez dłuższej chwili zastanowienia, że musiało być grubo.
Po chwili telefon, który do tej pory leżał pod łóżkiem znów wydał z siebie denerwujący dźwięk. Warknąłem pod nosem, zakrywając twarz poduszką. Nawet bez patrzenia na wyświetlacz mogłem się domyślić kto ma czelność wydzwaniać do mnie o trzeciej na ranem. Niech się na ławce prześpi, chłód mu nic nie zrobi. W najgorszym scenariuszu zamarznie na śmierć, a po nim nikt nie będzie płakał.
- Jestem chory... - stwierdziłem po chwili, uśmiechając się boleśnie. Na oślep wymacałem butelkę z trunkiem, po czym pociągnąłem ostatni łyk. Skrzywiłem się, gdy doszło do mnie, że więcej już go nie ma i jak na razie nie będzie. Pustą butelką rzuciłem o podłogę, na której o dziwo nie rozbiła się jeszcze. Wstałem i chwiejnym krokiem ruszyłem w stronę okna. W głowie szumiały mi procenty od których chciało mi się rzygać. Otworzyłem okno na oścież, wychylając głowę. Od razu zimny wiatr owiał mi twarz i wplątał się we włosy. Oparłem brodę na ręce, spoglądając na ośnieżony krajobraz za oknem. O tej porze było tak cicho i spokojnie. Padał śnieg. Chociaż teraz nie jestem pewien, czy był to śnieg, czy tylko moje mroczki przed oczami.
- Zjebanie... - prychnąłem pod nosem, zamykając okno. Ponownie powlokłem się do łóżka i rzuciłem na nie pół martwy. Tak bardzo nie wiedziałem co robić....
~Shail~
NARRACJA RICKO:
- Odbierz, odbierz! - wrzeszczałem na całe osiedle, molestując nic nie winny telefon komórkowy. Ciągle miła pani informowała mnie, że "abonent jest czasowo niedostępny". To niech kurwa włączy telefon, bo ja tu marznę! Nie mam się do kogo przytulić, piździ jak w Kieleckim i jakaś starsza pani krzyczy na mnie z trzeciego piętra.
- Marnie... - westchnąłem, chowając komórkę do kieszeni. Nagle znowu poczułem jak w głowie zaczyna mi wirować, a wnętrzności zwijają się w ciasny rulonik. Zachwiałem się niebezpiecznie, jednak w porę złapałem się gałęzi drzewa, które chyba wyrosło mi spod ziemi. Z wielkimi oczami pełnymi łez przytuliłem się do zimnej kory drzewa i zacząłem lamentować nad swoim życiem.
- DLACZEGO DLACZEGO NIKT MNIE NIE KOCHA! CO JA TAKIEGO ZROBIŁEM! MAMUSIU! WIEM, ŻE NIE ŻYJESZ BO JAKIŚ CHUJ CIĘ ZABIŁ, ALE JA CHCĘ ŻYĆ, PROSZĘ! NAZWĘ TO DRZEWO NA TWOJĄ CZEŚĆ! KLEMENTYNO, SKARBIE TY MÓJ! - pocałowałem drzewo, obściskując je mocno. Rękawem otarłem łzy, po czym twarz przytuliłem do śniegu na korze. Stałbym tak jeszcze dobry godziny, gdyby nie znajomy głos, który wyrwał mnie z letargu.
- Ricko? - na ten dźwięk odwróciłem się gwałtownie. Na początku ujrzałem jakiś rudy, rozmazany kształt. Nie wiedziałem kto to był, bo wszystko było jakieś nie na miejscu.
- TO TY! WIEDZIAŁEM, ŻE TY JESTEŚ TĄ RUDĄ SUKĄ SPOD CZWÓRKI! - wrzasnąłem na nią oskarżycielsko, odrywając się od mojej drzewnej kochanki. Po chwili jednak poczułem jak moja szczęka przeskakuje z jednego miejsca na drugie, a plecy spotykają się z ziemią. Nad moją głową przeleciały kucyki pony i dwanaście gwiazd unii.
- Umarłem? - wydukałem po chwili, wpatrując się pusto w granatowe coś u góry.
- Żyjesz, debillu... choć powstrzymuje się przed tym, aby nie skrócić twych cierpień... - ktoś warknął koło mojego ucha i zebrał mnie ze śniegu. Na początek poczułem odór alkoholu i petów, a potem słodki zapach kwiatuszków.
- Aniołku, zabierz mnie do nieba, proszę... - jęknąłem, udając, że płaczę. Dziewczyna westchnęła głęboko, ciągnąc mnie gdzieś nie wiem gdzie. Przez cały czas gadałem o czymś, o czym nie miałem pojęcia i śpiewałem ładne piosenki.
- Panie daj mi cierpliwość, a sił nie dawaj bo go chyba zabiję... - syknęła po chwili przez zęby, wwalając mnie do ciepłego pomieszczenia. Teraz zamiast zimne drzewo, przytulałem ciepłą podłogę.
- A ciebie nazwę Kleofasa.... Piękna jesteś podłodziu.... - przejechałem palcem po wypucowanym drewnie. Po chwili jednak gwałtownie podniosłem się z ziemi i rozejrzałem badawczo po pokoju. Ściana, ściana, ściana. Boże, jakie tu wszystko płaskie! Pamiętam, że ostatnim razem płaską rzeczą jaką przytulałem była moja ciocia. Ciociu pozdrawiam z ziemi <3 Ładnie tu jest.
- Ricko, lepiej się połóż... Jak Shail cię zobaczy w jakim jesteś stanie, to znowu oberwiesz...
- SKARBIE! - rzuciłem się na nią, mocno przytulając - OBROŃ DEBILA!
- Du...sisz.... mnie! - sapnęła, chcąc wydostać się z moich objęć. Przez dobrą chwilę stałem tak, aż w końcu do mojego mózgu coś doszło.
-.... Ty.... Przynajmniej jedno nie jest płaskie... - uśmiechnąłem się jak psychopata do miski mleka, jednak moja twarz w dalszym przebiegu wydarzeń spotkała się z Kleofasą. Znowu? Aszzzz, ciągnie ją do mnie, oj ciągnie.
- Ogarnij się wreszcie...
- Czemu nikt mnie nie kocha? :C - skuliłem się na podłodze w samym, ciemnym kącie pokoju. Rudowłosa chciała do mnie podejść i coś powiedzieć, jednak bezceremonialnie jej przerwałem.
- ODEJDŹ W IMIĘ SZATANA! ja idę spać... - odwróciłem się do niej plecami, zamykając oczy. Naya uniosła ręce w geście poddania, odchodząc na górę.
~Ricko
NARRACJA SHAIL:
Poczułem jak ktoś lekko szturcha mnie w ramię. Otwarłem lekko powieki, spoglądając na przybysza stojącego nade mną. Nie wiem kim był. Wszystko dookoła robiło mi nieprzyjemną karuzele, a obraz przed oczami ukazywał się raz w jasnych, a raz w ciemnych barwach.
- Czego... - warknąłem, masując sobie skronie.
- Widzę, że ty szefie też... - na chwilę zawiesiła się, szukając dobrego określenia - trochę zabalowałes...
- Że co, kurwa?
- Trochę dużo tych butelek...
- Oh, serio? - prychnąłem pod nosem, ponownie zamykając oczy. Czułem się gorzej niż było mnie widać, a łeb nawalał mnie niemiłosiernie. Nawet nie pamiętam co się stało, a co dopiero, ile wypiłem. Niechętnie zwlokłem się z łóżka i założyłem na siebie górną część garderoby. Wcale nie przeszkadzało mi to, że Naya nadal była w pokoju. Z drugiej strony prawie w ogóle już zapomniałem, że tu jest.
- Szefie, nie przejmuj się tak, znajdziemy ją...
- Ja się wcale nie przejmuje... Nie widać?
- Właśnie widać... - westchnęła. Wyminąłem ją szybko i wyszedłem z pokoju. Nie miałem zamiaru z nią o tym rozmawiać. I tak by nic nie zrozumiała.
~Shail~