Zmrużyłem lekko oczy, ziewając leniwie. Odkąd zamieszkałem w psychiatryku (bez podtekstów i skojarzeń) czas dłużył mi się niemiłosiernie. Nie liczyłem już dni, ani godzin. Ani niczego, co stało się dla mnie zbędne. Wszystko stało się zbędne. Puste i pozbawione sensu.
Zerknąłem kątem oka na cień przechadzający się korytarzem szpitala. Podniosłem się z ziemi i rozejrzałem uważnie, poprawiając płaszcz. Przez chwilę zapanowała głucha cisza, którą zakłócał jedynie świst wiatru na zewnątrz. Cisza ta jednak nie trwała długo. Nie było jej to dane, gdyż po krótkim czasie w którym można liczyć sekundy, echem rozniosło się szukanie obcasów. Zza ściany wyłoniła się sylwetka dziewczyny. Na jej głowie spoczywał założony duży kaptur, a twarz zamknięta była za tajemniczą maską. Widzę, że skoro takie widma widzę, to znaczy, że albo LSD jeszcze działa, albo za długo mnie ja tam nie było...
- W końcu się spotykamy... - zaśmiała się dźwięcznie. Nie zdążyłem nawet zareagować, gdy w momencie poczułem silne uderzenie, które powaliło mnie na ziemię. Syknąłem cicho, szybko podnosząc się do pionu i odskakując metr od dziewczyny. Ona jednak najwidoczniej jeszcze się nie nabawiła, bo dostałem kolejny raz wpierdziel po mordzie i po kręgosłupie. Mój własny i osobisty kat złapał mnie za szmatu i kulturlnie przyłożyła do zimnej ściany.
- Możesz czuć się wyróżniony, że cię nie zabije... Jeszcze... - syknęła.
- Wprost skacze z radości... Robił bym to, gdybyś mnie tylko puściła.
Dziewczyna prychnęła pod nosem i na dodatek dostałem w pysk za pyszczenie przy dostojniku. Mam szczęście chyba.
- Żałosny jesteś...
- Mów do ściany... - prychnąłem, ocierając krew z ust.
- Mam nadzieję, że przy następnym spotkaniu nie będziesz już taki pewny... Ups, wybacz.. Ja to wiem..
- O ile będzie drugie spotkanie...
- Nie martw się, stanie we to szybciej, niż myślisz...
Powiedziawszy to, zniknęła...
~Shail~
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz