poniedziałek, 30 września 2013

XXIX ~Zjarany

Nie wiem sam jak bardzo musiałem być zmęczony, że w końcu zasnąłem. Ocknąłem się dopiero nad ranem, gdy słońce nie zdążyło jeszcze dobrze wzejść na błękitną płaszczyznę. Ziewnąłem ospale i rozejrzałem się po pomieszczeniu, w którym się znajdowałem. Był to ten sam mały pokoik, w którym jakże miło i skromnie gościliśmy naszą "ukochaną" zdobycz stulecia. Teraz spała. Jej twarz zwrócona była w moją stronę. Ciemne kosmyki włosów opadały jej na oczy, jednak ona zdawała się tym teraz nie przejmować. Prawie po sam czubek nosa okryta była szczelnie kocem, który podarował jej Ricko. Wyglądała nieco śmiesznie, jakby była owinięta w jakiś cholerny kokon, aż do wiosny.
Nawet ładna... W jedynym momencie moja ręka wylądowała na twarzy, zdzielając się porządnie z liścia, jak przystało na dobry początek dnia.
Za dużo się oparów nawdychałem... Prychnąłem pod nosem szybko odganiając od siebie myśl o niewinnie śpiącej dziewczynie. Przeniosłem wzrok na swoje ręce, na których od łokci aż po nadgarstki widniały szramy. Niektóre z nich zdążyły się już nawet w połowie zagoić, jednak ślad nadal pozostanie.
        Wyjąłem podręczny bandaż i okręciłem nim parę razy swoje ręce. Po skończonym zajęciu ponownie schowałem go gdzieś w piekielnie odmęty i zlustrowałem ostatni raz dokładnie twarz brunetki. Westchnąłem głęboko i nie żegnając się, wyszedłem z pomieszczenia niczym cień, który znika wraz z pierwszymi promieniami słońca. Coś w tym było...
        Od razu gdy tylko przekroczyłem ten cholerny próg rzeczywistości oczy wszystkich zwróciły się w moją stronę jakby oczekując czegoś.
- Mam coś na twarzy? - Mruknąłem pod nosem, spoglądając na resztę. Wszyscy machinalnie odwrócili wzrok, obdarowując otoczenie głupkowatym uśmiechem.
Z kim ja pracuję...- Shail, widzę, że humorek dzisiaj dopisuje! - Usłyszałem za sobą rozanielony, męski głos. Odwróciłem się niechętnie i ujrzałem wesołą mordę zielonookiego szatyna.
- Za wesoło ci widzę... Może byś się wziął za jakąś robotę, a nie truł dupy od rana? - Przewróciłem oczami.
- Oj przesadzasz, cieciu... Zawsze taki ponury jesteś... - Skrzywił się i tyknął mnie palcem wskazującym w ramię.
- Cieciu? - Odezwał się ktoś.
- Ricko, przesadzasz... - Usłyszałem narastające szepty.
- Ja? Przesadzam? A kto tu jest psychopatą, no powiedzcie mi no kto?! No chyba nie ja! - Prychnął pod nosem i teatralnie odrzucił kudły na bok. Reszta parsknęła cicho śmiechem, który rozniósł się po pomieszczeniu.
- No więc jak, cieciu? Gdzie idziemy? Choć zgwałcimy kogoś! O, wiem! Ostatnio pod przedszkolem widziałem taaakie laski, że mucha nie siada! Ahaha! - Obrócił się raz wokół osi i wybiegł w podskokach na zewnątrz. Obserwowałem jego poczynania przez chwilę z wielką zadumą, aby po chwili rzec:
-.... Nie dawać mu więcej prochów, jasne? Schować, zakopać, a jego w kaftanik, bądź oddać w moje ręce... Ostatnio ostrzyłem noże...
- J-jasne szefie... - Odparła reszta, spoglądając się po sobie.
- Shail, kochanie! Idziesz, czy mam się zestarzeć czekając na ciebie! - Usłyszałem donośne, lecz przepełnione słodyczą wołanie szatyna.
- Idę, idę... - Westchnąłem. - Zaraz będziesz wąchał pedalskie kwiatki od spodu... - Mruknąłem pod nosem, wychodząc.
        Zastałem Ricko jak zaczepiał jakieś dziecko, chcąc wręczyć mu dziwnie wyglądającego lizaka. Oczywiście mądre dzieciątko odmówiło i biorąc dupę w troki zwiało od tego psychopaty.
Mowa o psychopacie? Chętnie może się spotkać ze mną... - Gdzie chcesz mnie znowu wlec? - Spytałem niechętnie. Wiedziałem, że jego wypady zawsze kończą się tym, że i tak później muszę go ratować.
- Kurna ty to wyglądasz jakbyś cyrograf z diabłem podpisał chłopie!
-.... Serio? A no tak... Umówiliśmy się w McDonaldzie i podpisaliśmy umowę krwawym ketchupem na chusteczce...
- Jaaa! Serio?! Woow! - Wyglądał, jakby zaraz zaczynało mu brakować powietrza. Mogę mu przyśpieszyć proces umierania za darmo.
- A, właśnie, jak tam pikantna noc z córką Blacka? - Zarechotał pod nosem.
- Gdzie masz guza? Ty się chyba na serio gdzieś jebnąłeś.
- Ja?! Gdzie tam! Przecież wiem, że siedzisz u niej jak pies. - Przewróciłem oczami, milcząc. Nie miałem najmniejszej ochoty na rozmowę z nim. Na dodatek wtedy, gdy był najarany.
- Nie mam czasu na ciebie, idź pomęcz kogoś innego, a ja się idę rozerwać. - Wyjąłem zimną stal, który błysnęła niebezpiecznie.
- Oj, idziesz czynić mord? No, to ten powodzenia i możesz nie wracać żywy i no to na razie, pa, cześć i...
- Idź że już kurwa! - Syknąłem, unosząc nóż. Szatyn odskoczył ode mnie jak oparzony.
- Do zobaczenia! - Rzucił na pożegnanie i zniknął za murami. Nie mając nic innego do roboty, poszedłem czynić swoje. Wieczorem wrócę na swoje stanowisko.
Zaczynam czuć się jak pies...


~Shail~

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz