poniedziałek, 30 września 2013

XXXI ~Co robić...

Co ten debil myślał!? Nie, przepraszam - on nie myślał. Zawsze tak się kończy. Zjarany idzie chuj wie gdzie, a potem jak zwykle przez niego kłopoty. Niech tylko dojdzie do siebie, a własna matka go nie pozna, o ile jej jeszcze nie sprzedał.
         Odetchnąłem głęboko, wychodząc z samotni. Naciągnąłem rękawy na bandaże, które lekko przesiąkły krwią. Jakby tego było tu akurat trzeba, to teraz nie mogę znaleźć innego sposobu, aby choć na moment zapomnieć o myśli, która kusi, abym ich wszystkich zabił. Czuję, że coraz trudniej przychodzi mi powstrzymywanie się od sięgnięcia po broń i skrócenia ich żywota. Wszystkich. Bez wyjątku. Może najpierw ja powinienem iść się leczyć. Myśl o białym kaftaniku nie jest aż tak przerażająca, jak powiadają. Może wreszcie będę miał chwilę świętego spokoju.
        Kieruję się na górę po drewnianych schodach, które wydają z siebie nieprzyjemne, trzeszczace dźwięki. Naciskam na klamke i wchodzę do pokoju, w którym panuje pół mrok. Dziewczyna tylko widząc mnie wydaje z siebie cichy pisk i cofa się pod ścianę.
- Darujmy sobie te przywitania... - Wypalam bez mniejszego sensu, siadając jak zwykle na oknie. Brunetka przez chwilę zawiesza na mnie swój wzrok. Spoglądam się na nią, a ona machinalnie patrzy gdzie indziej.
- Wiem co myślisz "co się stało że przyszedł bez maski"
- C-coś w tym stylu... - Szepta cicho, opierając się o ścianę. - Po prostu... Zawsze byłeś w masce i-i teraz tak n-nagle...
- Daruj sobie...Może oczy ci nie wypłyną, chociaż pewności nie mam...
- Przesadzasz trochę... - Odzywa się po chwili. Spoglądam na nią kątem oka, jednak tylko zdążyła się przez to wystraszyć. Widocznie sam mój wzrok budzi grozę. Dawno nie czułem tego uczucia. Tego strachu, który czuję inna osoba. To było tak dawno. Zaledwie parę godzin temu. Czuję się jak narkoman.
- Brałaś leki? - Spytałem po chwili. Alisa spojrzała się na mnie zdzwiona tym, że w ogóle o to zapytałem.
- N-nie. - Przygryza dolną warge i spuszcza głowę. Wzdycham i wolnym krokiem podchodzę do niej. Czekając na najgorsze zasłania się rękami. Ja nie robiąc nic szczególnego, wyciągam z opakowania jedną tabletke i nalewam do szklanki wody.
- C-co ty...
- Nalewam wody. Jak każdy normalny człowiek. Czyli dla mnie to nie jest normalne. Masz, weź to. Tylko się nie zadław. Sądząc po twoim stanie psychicznym to możliwe.
Brunetka posłusznie łyka leki, jednak widzę jak jej spojrzeniu nie umykają moje ręce. Gdy nadchodzi okazja jak najszybciej je cofam. Ponownie podchodzę do okna i siadam na nim. Czuję chłodny podmuch wiatru na skórze. Zakładam kaptur i beznamiętnie wpatruje sie w ciemność za oknem.
        Nagle do pokoju wchodzi rudowłosa. Spoglądam się na nią zdziwiony, na co ona odpowiada:
- Ricko się ocknął. - Po tym wychodzi. Zeskakuję z okna i ostatni raz spoglądam na jej twarz. Wychodze, zamykając za sobą drzwi. Ricko, tak szczerze, to nie jest mi cię szkoda....
~Shail~

XXX ~Zjarany i złapany

Co za idioci...
Siedziałam z laptopem na kolanach. Włamałam się do monitoringu i patrzyłam jak Ricko wariuje. Pewnie zjarał się czymś, jestem prawie pewna, że mają tego masę. Jednak gdy ponownie skierowałam swój wzrok na monitor prawie zakrztusiłam się powietrzem. Dwóch panów mundurowych zakuwało Ricko w kajdanki.

Użytkownik: Alex dołączył do rozmowy...
Ja: Billy.. Pilna sprawa! Wasz gostek od jarania, ten Ricko został złapany i jest wieziony na komendę, nie obchodziłoby mnie to zbytnio gdyby nie to, że może wygadać, gdzie się ukrywacie. I twój komputer, a od niego mogą dojść do mnie....

Usłyszałam jak na dole ktoś się krztusi, jakieś zamieszanie. Ktoś przeklina,ktoś wybiega. Znów włamałam się do kamer patrząc na poczynania naszych dzielnych bohaterów. Biegną między blogami kryjąc się w cieniu. Wpychają biednego hakera pod samochód w którym siedzi Ricko.
-CO DO?! -ryknął jeden z policjantów wychodząc i łapiąc go za szmaty -POWALIŁO CIĘ BACHORZE?!
Billy zbladł, żeby po chwili uśmiechnąć się podle. Naya poderżnęła jednemu gardło, został jeszcze jeden, który celował w dziewczynę. Nagle z cienia wyłonił się on, taaak...psychopata. Zimne ostrze błysnęło zakańczając żywot mundurowego. Rudowłosa wytargała za szmaty Ricko z wozu, który zakrył się rękami. Wiedział, że ma kłopoty i na jego miejscu wolałabym już siedzieć w więzieniu niż mieć doczynienia z NIM. Ciągnęli płaczącego i błagającego Ricko do kryjówki ze śmiertelnie groźnymi minami. Aż ciary mnie nawiedziły. Z kopa weszli do budynku.

-Co ty sobie myślałeś pedale? -Naya wydarła się rzucając go na podłogę - Wiesz co by się stało gdyby ktoś się dowiedział że to tutaj się ukrywamy?!
-Naya....spokojnie...nasz kochany pedofil poniesie konsekfencje....ale dopiero jutro...niech dojdzie do siebie...przez to że jest zjarany jest odporny na ból... Zamknijcie go gdzieś..-psychopata skierował swe kroki na górę zostawiając ich samych...



~Alisa~

XXIX ~Zjarany

Nie wiem sam jak bardzo musiałem być zmęczony, że w końcu zasnąłem. Ocknąłem się dopiero nad ranem, gdy słońce nie zdążyło jeszcze dobrze wzejść na błękitną płaszczyznę. Ziewnąłem ospale i rozejrzałem się po pomieszczeniu, w którym się znajdowałem. Był to ten sam mały pokoik, w którym jakże miło i skromnie gościliśmy naszą "ukochaną" zdobycz stulecia. Teraz spała. Jej twarz zwrócona była w moją stronę. Ciemne kosmyki włosów opadały jej na oczy, jednak ona zdawała się tym teraz nie przejmować. Prawie po sam czubek nosa okryta była szczelnie kocem, który podarował jej Ricko. Wyglądała nieco śmiesznie, jakby była owinięta w jakiś cholerny kokon, aż do wiosny.
Nawet ładna... W jedynym momencie moja ręka wylądowała na twarzy, zdzielając się porządnie z liścia, jak przystało na dobry początek dnia.
Za dużo się oparów nawdychałem... Prychnąłem pod nosem szybko odganiając od siebie myśl o niewinnie śpiącej dziewczynie. Przeniosłem wzrok na swoje ręce, na których od łokci aż po nadgarstki widniały szramy. Niektóre z nich zdążyły się już nawet w połowie zagoić, jednak ślad nadal pozostanie.
        Wyjąłem podręczny bandaż i okręciłem nim parę razy swoje ręce. Po skończonym zajęciu ponownie schowałem go gdzieś w piekielnie odmęty i zlustrowałem ostatni raz dokładnie twarz brunetki. Westchnąłem głęboko i nie żegnając się, wyszedłem z pomieszczenia niczym cień, który znika wraz z pierwszymi promieniami słońca. Coś w tym było...
        Od razu gdy tylko przekroczyłem ten cholerny próg rzeczywistości oczy wszystkich zwróciły się w moją stronę jakby oczekując czegoś.
- Mam coś na twarzy? - Mruknąłem pod nosem, spoglądając na resztę. Wszyscy machinalnie odwrócili wzrok, obdarowując otoczenie głupkowatym uśmiechem.
Z kim ja pracuję...- Shail, widzę, że humorek dzisiaj dopisuje! - Usłyszałem za sobą rozanielony, męski głos. Odwróciłem się niechętnie i ujrzałem wesołą mordę zielonookiego szatyna.
- Za wesoło ci widzę... Może byś się wziął za jakąś robotę, a nie truł dupy od rana? - Przewróciłem oczami.
- Oj przesadzasz, cieciu... Zawsze taki ponury jesteś... - Skrzywił się i tyknął mnie palcem wskazującym w ramię.
- Cieciu? - Odezwał się ktoś.
- Ricko, przesadzasz... - Usłyszałem narastające szepty.
- Ja? Przesadzam? A kto tu jest psychopatą, no powiedzcie mi no kto?! No chyba nie ja! - Prychnął pod nosem i teatralnie odrzucił kudły na bok. Reszta parsknęła cicho śmiechem, który rozniósł się po pomieszczeniu.
- No więc jak, cieciu? Gdzie idziemy? Choć zgwałcimy kogoś! O, wiem! Ostatnio pod przedszkolem widziałem taaakie laski, że mucha nie siada! Ahaha! - Obrócił się raz wokół osi i wybiegł w podskokach na zewnątrz. Obserwowałem jego poczynania przez chwilę z wielką zadumą, aby po chwili rzec:
-.... Nie dawać mu więcej prochów, jasne? Schować, zakopać, a jego w kaftanik, bądź oddać w moje ręce... Ostatnio ostrzyłem noże...
- J-jasne szefie... - Odparła reszta, spoglądając się po sobie.
- Shail, kochanie! Idziesz, czy mam się zestarzeć czekając na ciebie! - Usłyszałem donośne, lecz przepełnione słodyczą wołanie szatyna.
- Idę, idę... - Westchnąłem. - Zaraz będziesz wąchał pedalskie kwiatki od spodu... - Mruknąłem pod nosem, wychodząc.
        Zastałem Ricko jak zaczepiał jakieś dziecko, chcąc wręczyć mu dziwnie wyglądającego lizaka. Oczywiście mądre dzieciątko odmówiło i biorąc dupę w troki zwiało od tego psychopaty.
Mowa o psychopacie? Chętnie może się spotkać ze mną... - Gdzie chcesz mnie znowu wlec? - Spytałem niechętnie. Wiedziałem, że jego wypady zawsze kończą się tym, że i tak później muszę go ratować.
- Kurna ty to wyglądasz jakbyś cyrograf z diabłem podpisał chłopie!
-.... Serio? A no tak... Umówiliśmy się w McDonaldzie i podpisaliśmy umowę krwawym ketchupem na chusteczce...
- Jaaa! Serio?! Woow! - Wyglądał, jakby zaraz zaczynało mu brakować powietrza. Mogę mu przyśpieszyć proces umierania za darmo.
- A, właśnie, jak tam pikantna noc z córką Blacka? - Zarechotał pod nosem.
- Gdzie masz guza? Ty się chyba na serio gdzieś jebnąłeś.
- Ja?! Gdzie tam! Przecież wiem, że siedzisz u niej jak pies. - Przewróciłem oczami, milcząc. Nie miałem najmniejszej ochoty na rozmowę z nim. Na dodatek wtedy, gdy był najarany.
- Nie mam czasu na ciebie, idź pomęcz kogoś innego, a ja się idę rozerwać. - Wyjąłem zimną stal, który błysnęła niebezpiecznie.
- Oj, idziesz czynić mord? No, to ten powodzenia i możesz nie wracać żywy i no to na razie, pa, cześć i...
- Idź że już kurwa! - Syknąłem, unosząc nóż. Szatyn odskoczył ode mnie jak oparzony.
- Do zobaczenia! - Rzucił na pożegnanie i zniknął za murami. Nie mając nic innego do roboty, poszedłem czynić swoje. Wieczorem wrócę na swoje stanowisko.
Zaczynam czuć się jak pies...


~Shail~

XXVIII ~Rozkmina

   Patrzyłam na jego sylwetkę bawiącą się nożem. W każdej chwili moje życie mogło się zakończyć. Muszę czekać do świtu wtedy zniknie jak zły sen. Jak koszmar, który nawiedza mnie co noc. Jego rękawy osunęły się ukazując wiele ran bo nacięciach. Jego ręce tak podobne do moich. Przeniósł swój wzrok na mnie, a gdy zrozumiał gdzie patrzę naciągnął rękawy aż po nadgarstki. Jego maskę oświetlał księżyc, tak jakby chciał zaznaczyć, że on jest dzieckiem nocy. Demonem polującym na dusze innych. Potworem, który tylko czeka aż ktoś popełni błąd. Wiem, domyślam się, że doskonale sobie zdaje sprawę co o nim myślę. Boję się go....
    -Więc...? - na dźwięk jego głosu ciarki przeleciały mi po plecach -powiesz co wiesz...?
-N-nic nie wiem....naprawdę...dajcie mi odejść...-odpowiedziałam cofając się maksymalnie pod ścianę.
-Odejść? Ewentualnie w zaświaty...
Zeskoczył z parapetu i powoli stawiał kroki w moją stronę. Ile musiał przejść żeby stać się TYM czym jest...? Nie ma w nim człowieczeństwa, nie ma współczucia czy czegokolwiek ludzkiego. Jestem dla niego zabawką, kotkiem którego może nastraszyć. Chociaż od zawsze byłam tylko workiem treningowym, teraz tylko z tą różnicą, że stoi przede mną psychopata z nożem. Usiadł naprzeciw mnie patrząc prosto w oczy, tak jakby chciał dowiedzieć się o czym myślę. Ale po co skoro doskonale wie? Oczy zwierciadłami duszy, powiedzą o człowieku wszystko czego chcesz się dowiedzieć. Ale co mogą powiedzieć o mnie? Czego sama o sobie nie wiem? I co on o mnie wie?
    Chce żeby odszedł, ale chcę również żeby został...
Dziewczyno ogarnij się...
Ale ja nie chcę się ogarniać, chcę żeby odszedł, ale chcę również żeby został. Czemu? Być może mój głupiutki mózg stwierdził, że brakuje mi adrenaliny. Głupia ja. Skąd mam wiedzieć czy zaraz mnie nie zabije? Czy nie powinnam teraz płakać i krzyczeć, żeby mnie wypuścili...? Czy nie powinnam teraz rzucić się na niego, wyrwać nóż i poderżnąć gardło? Albo sięgnąć po broń, o której nie mieli pojęcia, wystrzelić i uciec oknem, lub na kamikadze powystrzelać wszystkich. Ale co by ze mną się stało? Zostałabym złapana przez ojca i...pewnie zabita. A tutaj? Mam gdzie spać, mam co jeść i pić. Więc kto czerpie z tego większe korzyści? Ja czy oni?



~Alisa~

środa, 11 września 2013

XXVII ~Zabawa nożami

Wyszedłem z pokoju, jednak drogę zastąpiła mi Naya. Patrzyła na mnie niemal błagalnym wzrokiem, który mówił sam za siebie. Co ona takiego widziała w tej dziewczynie, że ją tak chroniła. Głupi na pewno nie byłem, a to było widać gołym okiem.
- Shail, nie wyżywaj się tak na niej. - Szepnęła, spuszczając głowę. Odsłoniłem zęby w perfidnym uśmiechu.
- Czyżbyś się bała? Pamiętaj, strach ma kształt cieni. - Założyłem ponownie maskę i zeszedłem na dół. Nie słyszałem za sobą kroków dziewczyny, toteż stała teraz pewnie na swoim starym miejscu i wypala mi wzrokiem duszę. Szczerze powiedziawszy, to ani trochę mnie to nie obchodziło.
        Znikając w cieniu pojawiłem się na zewnątrz. Jak zwykle panowała nieprzenikliwa ciemność nocy, która spowijała cały świat. Odetchnąłem głęboko świeżym powietrzem i poczułem pierwszy chłód, który przeszedł mi dreszczem po plecach. Wypuściłem powietrze, które utworzyło charakterystyczną parę. Sprawdziłem, czy na pewno broń jest na swoim miejscu i ruszyłem przed siebie.
        Już z oddali usłyszałem głośne rechotanie jakiś debili. Przewróciłem bezradnie oczami, gdyż wiedziałem o kogo może chodzić.
A gdyby tak zrobić z nimi porządek raz, na zawsze?.... Podła myśl przeszła mi przez głowę. Wyciągnąłem nóż i postanowiłem jednak, że trochę się zabawię. W końcu trzeba się jakoś rozerwać i rozruszać kości. Ruszyłem więc w kierunku, z którego dochodziły głośne odgłosy. Wskoczyłem na dach i  widok, który zobaczyłem, nie zadziwił mnie ani trochę. Ten jebany gang, który zawsze miał z nami na pieńku.
Sukinsyny... ale jak się bawić, to się bawić.
-
Nie za wesoło wam? - Odezwałem się ściszonym głosem. Wszyscy nagle ucichli i zaczęli się panicznie rozglądać. Jedni nawet zdali się na odwagę i wyjęli broń, uroczo...
- Tyle was na mnie jednego? To nie jest za fair... - Obróciłem nóż w dłoni.
- Lepiej się ukaż gnoju, ale ci nogi z dupy powyrywam! - Krzyknął jeden z nich, sącząc panie z gęby.
- Może grzeczniej, co? - Rzuciłem nożem w jednego z nich, powodując iż ostra stal wbiła się w gardło ofiary. Z rany na wszystkie strony rozprysła krew. Reszta cofnęła się o parę kroków od truchła leżącego u ich nóg.
        Zeskoczyłem z dachu, pojawiając się dokładnie przed nimi. Czarny płaszcz zatrzepotał niebezpiecznie na wietrze.
- To ten! Z Gangu Czarnego Orła! - Zauważył jeden, wskazując na mnie palcem.
- Zaskoczeni? - Przekrzywiłem lekko głowę na bok. Wszyscy w mgnieniu oka wycelowali we mnie. Uniosłem ręce w geście poddania.
- Nie mam nic do obrony. - Odparłem. Usłyszałem charakterystyczny dźwięk wystrzeliwanej kuli. Zakryłem się płaszczem i dosłownie znikłem z ich pola widzenia. Zaczęli się ponownie rozglądać. Chyba za często to robią. Powinni zająć się ważniejszymi sprawami. Na przykład nożami, które lecą w ich stronę. Ups? Za późno?
Niezła zabawa, ale strasznie krótka... Schowałem broń z powrotem i odszedłem. Dopiero po chwili zdałem sobie sprawę z tego, że jestem cały ubrudzony we krwi. Westchnąłem ciężko i wróciłem do naszej bazy. Już dokładnie wiedziałem, co zrobię...
        Wszyscy już spali. Cicho, niczym drapieżnik wkradłem się na górę po schodach i wszedłem do jej pokoju. Nie pomyliłem się, że ona również spała, choć mogła mnie tylko nabierać. Podszedłem do jej łóżka i nachyliłem się nad nią, tak, że znowu nasze twarze dzieliło jedynie parę centymetrów. Wtedy ona obróciła się i niespodziewanie otworzyła oczy.
- Bu. - Szepnąłem, na co ona zrobiła wielkie, przerażone oczy i krzyknęła, zasłaniając się rękami. Szybko zasłoniłem jej buzię ręką. Nie chciałem, aby reszta się obudziła.
- Lepiej zamknij mordkę. - Przystawiłem jej nóż do gardła, który ociekał jeszcze krwią. Zadrżała, a po jej policzkach spłynęły łzy.
- Chcesz mnie z-zabić... - Wyjąkała.
-... Nie. - Odparłem po chwili spokojnym głosem, powoli odciągając nóż od jej gardła, zrobiłem na jej skórze niewielkie nacięcie, z którego sączyła się krew.
- Na twoje szczęście zabawiłem się już dzisiaj. - Usiadłem sobie na oknie.
- C-Co masz zamiar zrobić?...
- Pilnować cię... I odgadnąć twoje myśli. Jeśli coś wiesz, prędzej czy później w przypływie emocji i strachu powiesz to. Jeśli nie wiesz jednak nic, zabiję cię, a to coś wyjmę z ciebie siłą bez twojej pomocy. - Uśmiechnąłem się jadowicie. Dziewczyna otuliła się szczelniej kocem.
- Ricko? - Na dźwięk tego imienia kiwnęła powolnie głową.
A to gad... - Więc... Będziesz tu tak siedzieć?
- Owszem. - Oparłem się wygodnie i zacząłem bawić nożem. Dobrze wiedziała, że z przyjściem świtu zniknę stąd, jednak nie wiem, czy umiała wykorzystać to w praktyce.


~Shail~

poniedziałek, 9 września 2013

XXVI ~Bolesna rozmowa

    Słyszałam jak na dole dyskutują, a potem nagle milkną. Zwinięta w kłębek trzymałam się za serce. Tak bardzo bolało. Nagle ktoś otworzył drzwi, do pokoju wparował ten szatyn, z czymś w ręku.
-Masz... popij to... -usiadł na łóżku i podał mi kubek z herbatą, a potem jakąś tabletkę.
-A więc tak zginę... co to...? cyjanek...? -zmrużyłam oczy biorąc kubek i ogrzewając nim skostniałe dłonie.
-Nie... to leki... potrzebujesz ich prawda...?
Drgnęłam. Te leki wydawane były tylko na receptę, w takim razie... musieli je ukraść.... Dla mnie, mogli zostać złapani. Spuściłam głowę speszona i połknęłam tabletkę.
-Bardzo ładnie... na pudełku pisali, że musisz brać je przez tydzień. Nie przemęczaj się... -poprawił mi poduszkę i przykrył kocami- Jesteś Alisa prawda....? - Kiwnęłam głową -Ładnie... jestem Ricko...
Uśmiechnął się lekko. Na mojej twarzy zagościł słaby uśmiech.
-Miło mi...
-Mi również... -uśmiechnął się po raz ostatni i wyszedł.
   Siedziałam z laptopem na kolanach, bez celu przeskakując ze strony na stronę. Mój pokój był zamknięty na klucz. Reszta chyba spała, ale nie dziwię się... była 3 w nocy. Powieki same mi się zamykały, schowałam laptopa do torby i owinęłam się kocem.
-Ty już śpisz...? -ten głos... gęsia skórka przeszła mi po plecach. -Widzę, że Ricko pomylił tabletki... miała być ta z cyjankiem.....
-Cz-czego chcesz...? -zapytałam drżącym głosem.
-Czego...? Oczywiście, że dowiedzieć się co w tobie jest... -szybkim krokiem podszedł do mnie i przycisnął do ściany. -Gadaj... nic cię nie dziwi..? Jakieś wypukłości pod skórą...? -przejechał nożem po policzku nacinając skórę. Miał maskę... z nią czuł się pewniej.
-P..proszę... puść mnie...- łza spłynęła po policzku mieszając się z krwią -Czemu to robisz...?
-Bo jestem psychopatą... - psychiczny uśmieszek zagościł na jego twarzy, po czym obrócił się walnął mną o ścianę i wyszedł. Kątem oka zauważyłam  jak zatrzymuje go rudowłosa. Znów zamknęli mnie na klucz i zeszli na dół. Leżałam patrząc w sufit i czekając na kolejne bolesne spotkanie z psychopatą...

niedziela, 8 września 2013

XXV ~Ratunek

- Ona potrzebuje leków, albo umrze. - Billy, myślący jako tako trzeźwo haker odezwał się jako pierwszy.
- Skąd teraz weźmiemy leki na serducho? - Wtrącił się Ricko. - No szkoda mi dzieweczki, no ale no cóż zrobić? - Podrapał się po głowie, krzywiąc lekko.
- Znajdziemy leki. - Dodała Naya, która weszła do pomieszczenia. - Jeśli wszyscy się połączymy, to damy radę.
- Czemu mamy ratować tyłek córce tego gnoja? Bezsens...
- Właśnie. Mieliśmy ją chyba zabić, nie? Ciekawe co by na to powiedział szef.
- Wasz szef leży na belkach i perfidnie podsluchuje. - Wlaczylem się do zaciętej dyskusji, na co wszyscy wywalili wielke oczy i ucichli. Westchnąłem i zeskoczylem w dół.
- Co tak nagle ucichliście? - Spytałem jakby nigdy nic. - Poza tym, jeśli wam nie umkło na uwadze to, że ona ma coś w sobie, to wam przypomnę. Właśnie dlatego jej jeszcze nie zabilismy. Dziękuję, dobranoc. - Skończyłem, po czym wyszedłem. Wiedziałem, że nie dadzą sobie spokoju i nadal będą dyskutować, a leków nadal nie poszukaja. Może znajdą się nieliczni. Choćby Naya, czy Ricko, których ruszy sumienie. Chociaż wątpię, czy je mają.
        Weszłem w wąska uliczkę idąc z rękami w kieszeni, po chwili wskoczylem na dach. Teraz tylko znaleźć odpowiedni magazyn i po krzyku. Tylko jeszcze wcześniej sprzatanąć ochronę. Czy ja zawsze wszystko muszę załatwiać sam? Przewróciłem oczami, czekając na odpowiedni moment. Wyjąłem nóż i założyłem maskę. Zeskoczyłem z dachu, dokonując pierwszej rzezi. Jest to już tak proste, że aż zaczyna nudzić.
         Po załatwieniu reszty, podeszłem do magazynu i otwarlem masywne drzwi - bingo.
     Wróciłem do naszej kwatery.  Wkradlem się niepostrzeżenie i usiadlem na belkach przysluchujac się nadal dyskusji.
- Nie mamy nadal leków! Ona umrze! Zobaczycie! - Krzyczał w panice Rick. Nie wiem czy panikował na prawdę, czy swoim zachowaniem chciał tylko wszystkich rozbawić. Nagle na jego łeb spadło charakterystyczne pudełko chemicznych tabletek.
- Tego szukacie? - Odezwałem się, uśmiechając szatansko.
~Shail~

XXIV ~Potrzebne leki

    Dlaczego to zrobił? Dlaczego muszę być takim tchórzem? Serce od czasu do czasu jeszcze mnie kuło. Zawdzięczam rudowłosej życie. Zapomniałam o tym pudełeczku. Wodziłam wzrokiem po pokoju, mimo to moje myśli wracały cały czas do spotkania, które miało miejsce przed chwilą. Ponownie zamknęłam oczy, a sen otulił mnie swymi ramionami.
    Obudziło mnie skrzypnięcie drzwi. Lekko otworzyłam oczy spoglądając na szatyna w drzwiach. Podszedł do łóżka i usiadł na skraju.
-Nie wyglądasz za dobrze... Jak się czujesz...?
Ja go obchodzę..? Nie ufam mu...
-Serce mnie boli... -odparłam siadając i owijając się kocem.
-A więc o to chodziło rudzielcowi... od dziecka tak masz...?
Kiwnęłam głową. Urodziłam się z wadą serca.
-Strasznie cicha jesteś.... nie bój się...
-Jestem sama....chora z mordercami... jak mam się nie bać... tu jest zimno...
Zadrżałam bardziej się owijając. Wstał i z szafki wyjął kolejny koc.
-Trzymaj... -podszedł i podał mi koc -już więcej nie mamy...
-D-dziękuje...-uśmiechnęłam się słabo, by po chwili syknąć z bólu i złapać się za serce. -Proszę...zostaw mnie samą...
Kiwnął głową i stawiając na szafce obok wodę wyszedł.
    Znów zostałam sama. Czemu był miły? To takie dziwne... Potrzebuję leków, naprawdę...czuję się coraz gorzej. Czuję się nic niewartym towarem. Pilnują tylko żebym nie zginęła, tyle. Co za bzdury. Z trudem sięgnęłam po komórkę i zalogowałam się na chat.
Użytkownik: Alex dołączył do rozmowy...
Ja: Hejka Billy :D
On: A witam witam :P
Ja: Jak tam? Jakieś ciekawe wiadomości?
On: Duuuużo ciekawych wieści! Po pierwsze Black rozwalił nam siedzibę i musieliśmy się przenieść, po drugie skończyły się parówki i głodny jestem i ostatnia wieść.... MAMY CÓRKĘ BLACKA!! Ogarniasz! Po prostu leży zamknięta na klucz na piętrze. Podobno jest chora, i do tego ma wadę serca. Oby nie zginęła... ona ma coś w sobie czego chce Black...
Ja: Co ma..?
On: Nie wiem... może coś jest w jej krwi... albo coś wie... albo chip... Jakieś ukryte dane... Ciekawe nie?
Ja: Taak.... ciekawe... ale dla niej chyba mniej. Jeśli ma wadę serca potrzebuje NATYCHMIAST leków.
On: Bo...?
Ja: Bo stracicie dane...
Użytkownik: Alex opuścił rozmowę....

XXIII ~Rozmowa

Nie wiedziałem dokładnie, ile już siedziałem w jednym pomieszczeniu w bezruchu, jednak dla mnie była to cała wieczność bez końca.
Ona... Chora?
Tylko tyle zdążyło mi przejść przez głowę. Pewne zwykły strach. Strach, który paraliżuje.
A może jednak a prawdę jest chora?
Przekląłem własną umysł, że podsyła mi takie myśli i rzuciłem maskę gdzieś w kąt. Może nie było tego widać, bo było to maskowane, jak wszystko inne, jednak byłem tym wszystkim cholernie zmęczony. Czułem, jakbym był sam. Siedział w ciemności przy zimnej ścianie. Jestem sam i będę. Nie zmieni tego nic.
       Spojrzałem się przez okno, gdzie ciemność spowiła już wszystko. Nie było świateł latarni, za którymi szło się, gdy zgubiłeś drogę. Tylko pustka i ciemność. Czyli nic nowego. Nic zupełnie odmiennego od reszty.
- Shail? - Z rozmyślań wyrwało mnie ciche pukanie do drzwi. Od razu rozpoznałem ten głos.
- Czego chcesz, Ricko... - Westchnąłem. Szatyn wszedł do pomieszczenia i zlustrował mnie wzrokiem, po chwili siadając obok.
- Marnie wyglądasz, stary. - Skrzywił się.
- Serio? - Spytałem z kpiną. Wlaśnie tak się czułem.
- Taa... Wiem, że...
- Nic nie wiesz... Sorry, nie mam nastroju do gadki... - Przerwałem mu, mijając go i wychodząc. Nawet nie wziąłem ze sobą maski. Sam nie wiem czy zapomniałem, czy zrobiłem to celowo.
         Nagle stanąłem w połowie kroku, i przeniosłem swój wzrok na drzwi od pokoju, w którym znajdowała się córka Blacka. Długo biłem się sam ze sobą, jednak w gruncie rzeczy podążyłem w tamtym kierunku. Bez pukania wszedłem do środka. Dziewczyna spała. Przykryta była dwoma kocami, a pod głową miała ulokowaną poduszkę. Sprawka rudowłosej. Podszedłem do łóżka i spojrzałem w jej bladą, posiniaczoną twarz. W pewnym momencie mawet pomyślałem, że mogła by być dobrym duchem. Westchnąłem i usiadłem na oknie, nadal się w nią wpatrujac. Nie musiałem długo czekać, gdyż po chwili się obudziła. Gdy tylko mnie ujrzała wydała z siebie zduszony pisk i cofnęła się maksymalnie pod ścianę, tulac do siebie koc. No wiem, wiem, jestem straszny. Biorąc pod uwagę mój stan, oraz wygląd, niczym z horroru.
- Przeniosłem zyletki. Jeśli ci to sprawi ulgę, to przed rozmową możesz się pociąć... W sumie też bym to chętnie zrobił. - Powiedziałem od niechcenia. Dziewczyna patrzyła się na mnie ze strachem w oczach, oraz pełnym niezrozumieniem całej tej sytuacji. Pierwszy raz patrzyłem na nią bez maski. Dziwne uczucie być bez drugej twarzy.
- P-po co tu jesteś... - Wyszeptała po dłuższej chwili.
- Bez powodu. - Odparłem. - Chyba mi do reszty odbiło..
- Nie chcesz mnie... Zabić?
- głupie pytanie... Oczywiście, że zabiję cie przy pierwszej lepszej okazji. - Zauważyłem, jak zadrzala.
- Więc.. Czemu tego n-nie zrobisz..
- Nikt nie zasługuje na taką śmierć. - Podszedłem do niej, na co ona cofnęła się jeszcze bardziej. Jakby mogła wywierciła by chyba dziurę w ścianie i się w niej schowała.
- Faktycznie, nie ruszaj się, bo ręką mogę cię zabić. - Pokręciłem głową, dotykając jej czoła. Było ciepłe. W porównaniu z jej twarzą, która nadal była blada. Chyba jeszcze bledsza niż była.
- Boisz się mnie. - Kucnąłem przed nią, bardziej stwierdzając, niż pytając. Niebieskooka przygryzła dolną wargę, próbując się na mnie nie patrzeć, jednak zbytnio jej to nie wychodziło.
- Położ się, sieroto.. - Nakazałem, a dziewczyna posłusznie wykonała rozkaz. Zamoczyłem szmatke w zimnej wodzie i przyłożyłem jej do czoła. Zrobiła wielkie czy z przerażenia, jakbym w nią czymś celował.
- Mam coś na twarzy, że się tak gapisz? Uważaj, bo oślepniesz. - Skończyłem i skierowałem się do wyjścia.
- .... Dziękuję... - Szepnęła. Stanąłem w pół kroku, nie odwracajac się.
- Pamiętaj, twój ojciec nadal cię szuka. Będzie chciał cię odbić i wyciągnąć to coś, co jest w tobie. Nie będę mówił, że mi jest przykro, bo to bez sensu. Człowiek bez uczuć mówi, że mu przykro... Lepiej leż, jesli chcesz żyć... - Dodalem, po czym wyszedłem.
~Shail~

XXII ~Ponowne zaćmienie przytomności...

      Czułam, że ktoś mnie podnosi, wyskakuje przez okno i ląduje na ziemi. Ktoś ze mną na barana biegnie w deszczu, z kopa otwiera drzwi i wchodzi do zimnego budynku. Podaje mnie innej osobie, a po chwili kładą mnie na czymś miękkim, chyba na kanapie. Zarzucają na mnie koc i starają się obudzić. Nie potrafię otworzyć oczu, potrząsają mną, klną. Nic. Nic nie czuję, powoli przestaję oddychać. Otwierają mi usta, podają jakąś tabletkę i wlewają wodę. Połykam, jakbym miała jakieś inne wyjście. Głosy stają się wyraźniejsze...
-Co jej podałaś...?
-Jest chora... ma wrodzoną wadę serca... -odpowiada dziewczyna nade mną- W jej torbie znalazłam zapasowe pudełeczko z tabletkami, pewnie sama o nim zapomniała. Otarła się o śmierć... Macie jej torbę...?
-Tak... Billy ją zabrał...
-Raaaaaany.... -słyszę trzeci głos - Jaaaaki sprzęt! Naya patrz! Dzięki temu można podłączyć się pod każdą sieć! Skąd ona to ma?
-Billy...-Naya przykryła mnie drugim kocem, a pod głowę wsadziła jakąś poduszkę-Nie ładnie grzebać w czyiś rzeczach...
-T-tak...o-oczywiście...p-prze-przepraszam...
Teraz zaczną coś podejrzewać, świetnie. Lekko otworzyłam oczy. Świat wirował, czułam się jakby ktoś mnie przeżuł, wypluł... i jeszcze raz przeżuł. Nagle ktoś z impetem otworzył drzwi. Niech zgadnę.... psychopata?
-Szefie, nic ci nie jest...? -Dziewczyna zamknęła za nim drzwi
-Nie.- odpowiedział chłodno
-Jesteś cały we krwi...
-To nie moja krew.... -burknął. Reszta cofnęła się krok w tył -A jej co...?
-Jest chora... musi odpocząć...
-Chora...? Pewnie zemdlała ze strachu... to żadna choroba...
Nikt nie odpowiedział. Podszedł do mnie. Patrzyłam pusto w sufit. Biała farba im odpada. Przeniosłam na niego nieprzytomny, może troszkę przestraszony wzrok. Zmrużył oczy i odszedł. Czułam, że moje ciało robi się coraz cięższe. Umysł spowija mgła, a świat się rozmazuje. Zakręciło mi się w głowie. Ktoś do mnie podbiegł, coś mówił, potrząsał mną. Ciemność....



~Alisa~

XXI ~Ucieczka

Sam nie wiem, jak mogło do tego dojść, ale było ich za dużo. O wiele za dużo. Dwoma skokami znalazłem się na górze. Odwaliłem drzwi, a widok nawet mnie nie zaskoczył.
- Black... Dawno cię ne widziałem. - Zmrużyłem oczy.
- O, Shail! No widzisz jakie miłe spotkanie. Wybacz, że tak bez uprzedzenia, jednak zabiorę tą oto tu dziewczynę, żeby nie robić wam kłopotu.
- A zapytałeś o pozwolenie? - Wyciagnąlem nóż i zaatakowałem go, jednak zdążył zrobić unik i zasłonił się własną córka.
- Nie radzę, albo ona zginie.
- Nie zależy mi na niej. A tobie zależy na tym, co jest w niej. Mam rację?
- Bystry jesteś, dzeciaku. - Usmiechnął ze podle. Prychnąłem pod nosem i ponowiłem atak. W sekundę pojawiłem się za nim i wbiłem nóż w jego łopatkę. Black wydałz siebie krzyk bólu i odrzucił na bok Alise. Wtedy właśnie odciagnalem go od niej i razem wylecieliśmy z pokoju, tyle, że Charlie wypadł na parter przez barierkę, przywalajac z impetem w ziemię.
- Naya! - Ryknąłem do dziewczyny, znalazwszy ją w tłumie. - Zabierz ją stąd! - Wskazałem na pokój, w którym znajdowałasię Alisa. Rudowłosa kiwnęła głową, dobijajac przeciwnika.
        Zeskoczyłem z góry i ponownie stanąłem twarzą w twarz z Blackiem. Mężczyzna Usmiechnął się jadowicie i wyjął broń. Zrobiłem szybki uskok, zanim kula mnie dosięgła. Pojawiłem się obok Blacka i przywaliłem mu w skroń. Zachwiał się lekko, tracąc na chwilę świadomość. Widziałem, jak przeciwnika przybywa. Przekląłem pod nosem
- Shail! Chodź! - W tlumie zobaczyłem Ricko, machajacego do mnie.
- Idźcie! I weźcie dziewczynę! Dołączę do was! - Odkrzyknąłem, odpychając atak. Ricko jeszcze przez chwilę bił się sam ze swoimi myślami, jednak w końcu on również wybiegł. Kiwnąłem delikatnie głową, a po chwili poczułem mocne uderzenie o ziemię. Syknąłem, mocniej ściskając nóż w ręce. Black przystawił broń do mojej głowy, jednak ponownie go przechytrzylem i wbiłem nóż w jego nogę. Mężczyzna upadł na ziemię, gupiac spluwe. Szybko podniosłem się z ziemi i odskoczyłem d niego. Zlustrowałem ostatni raz pomieszczenie wzrokiem i również wybiegłem na zewnątrz. Nie widziałem, czy mnie gonili, jednak miałem taką pewność. Wskoczyłem na dach, jednocząc się z ciemnością. Teraz tylko znaleźć resztę.
~Shail~

XX ~Siostra

    Co chciał przez to powiedzieć..., ściany mają uszy... czyżby kamery? Rozejrzałam się po pokoju, i rzeczywiście, w kącie była kamera. Nie wierzę w to co się dzieje. Podeszłam do okna i spojrzałam na szary świat. Muszę się stąd wyrwać.. Coraz gorzej się czuję. Znów straciłam poczucie stabilności i osunęłam się na brudną podłogę. Rozmazany świat wirował naokoło. Nagle usłyszałam jakieś głosy z dołu. Strzały, jęki konających. A potem była ciemność.
    Leżałam w wodzie, niebo błyszczało licznymi gwiazdami,. Płatki wiśni wirowały w powietrzu. Słyszałam znajomy śmiech, śmiech mojej mamy. Wstałam, woda sięgała mi do pasa. Na brzegu widziałam ich. Moją rodzinę. Podeszłam do brzegu.
-M-mama....tata....?
W odpowiedzi uśmiechnęli się ciepło.
-Ej! Młoda choć zobaczyć! -ten głos.... zza drzewa wyłoniła się moja starsza o godzinę siostra bliźniaczka. Zginęła 12 lat temu pod kołami samochodu, kiedy wracała z rodzicami z placu zabaw, ja leżałam wtedy w szpitalu, wykryli u mnie wadę serca. Zawsze mówiła na mnie młoda. Uśmiechnęłam się i podbiegłam do dziewczyny. Palcem pokazała na małego śpiącego liska.
-Widzisz Alisa? Został sam... szkoda go prawda?
-Tak... Izzy? - zwróciłam się do dziewczyny
-Hm?
-Czemu musiałaś odejść... potrzebuję cię...
-Ja zawsze jestem.... Chronię cię, choć nawet o tym nie wiesz... -Uśmiechnęła się i rozczochrała mi włosy.-A jak twoje serce...? Nadal bierzesz leki? A astma?
-Astmy już nie mam... a serce jeszcze bije, nie muszę brać regularnie leków, tylko kiedy się zestresuję, ale skończyły mi się...
Westchnęłam ciężko patrząc na zmartwioną twarz Izzy. Rozejrzałam się, dopiero teraz doszło do mnie, że jesteśmy na wyspie, na której kwitną wiśnie, a noc jest jasna jak dzień. Tutaj nie było smutku.. gdyby tylko tak mogło zostać na zawsze. Księżyc odbijał się w tafli wody, tu było tak.... magicznie. Cała utracona energia wracała. Nagle zza drzew wyłonił się cień, tak jakby czarny dym nie przyjmujący konkretnego kształtu. Zostawiał za sobą krew, drzewa usychały, a zwierzęta chowały się. Cień zbliżał się, a ja nie potrafiłam się ruszyć, coś mnie trzymało. Cień mnie pochłonął.....



~Alisa~

XIX ~Nic nowego

Wkurwiony wyszedłem trzaskając za sobą drzwiami. Sam nie wiedziałem dokąd idę, jednak musiałem się uspokoić. Coś podpowiadało mi, że jeśli zostałbym tam jeszcze parę sekund, pozabijał bym wszystkich na miejscu. Jakim cholernym cudem jedna, zwykła dziewczyna może mnie tak wkurzyć.
Fakt... Ona nie jest zwykła...
To córka Blacka. Tylko dlaczego temu debilowi tak na nej zależy. Ma coś cennego, o czym sama nie wie, oraz o czym również nie wiemy my.
        W końcu wyszedłem z naszej dzielnicy, a moja twarz oświetliły pierwsze promienie słoneczne. Zdjąłem maskę bez obawy, że ktoś może mnie zobaczyć i odetchnąłem głęboko. Dopiero teraz zdałem sobie sprawę, że wszystko sie pieprzy. Już nic nie jest takie samo jak kiedyś. Wszystko jest takie dziwne. I ta obawa, że w każdej chwili mogę stracić życie.
         Nagle uslyszałem czyjąś rozmowę. Szybko schowałem się w cieniu uliczki i ponownie włożyłem maskę.
- Gdzie ona jest! Do cholery, mieliście ją znaleźć! Czy to takie trudne dostać się dotych skurwieli orłów!?
- Panie B- Black... Proszę się u-uspokoić... To nie jest takie proste. Oni są o wiele silniejsi i lepiej zorganizowani. Nie damy sobie...
- Glupcze! To my mamy broń, jesteśmy lepiej zorganizowani! To tylko banda gowniarzy, rozumiesz? Zbierz ekipę i znajdź ją jeszcze dziś. - Syknął i odszedł, zostawiając swego biednego sługę samego.
Już mi go żal...
Wyjąłem nóż i powoli wyszedłem ze swego ukrcia. Mężczyzna zadrżał i odwrócił się gwałtownie.
- Akuku. - Posłałem mu psychiczny uśmieszek, zimna stal błysnęła przy jego szyi. Krew trysnęła z rany barwiąc wszystko dookoła. Ciało bezwładnie opadło na ziemię.
- Ehh... Wyjdziesz z domu na sekundę i nie wracasz. Sama przyjemność zabijana. - Schowałem broń i odeszłem. Ponownie skierowałem swój krok w stronę naszej bazy. Kolejne kłopoty.
         Jak zwykle bez opieprzania się wbiłem z buta. Wzrok wszystkich automatycznie spoczął na mnie.
- Gdzie dziewczyna? - Rzuciłem krótko. Rudowłosa wskazała na pierwsze piętro, podając mi kluczę. Wziąłem je i ruszyłem po drewnianych, spruchniałych schodach na górę. Otworzyłem drzwi i wolnym krokiem podszedłem do żywej galarety siedzącej w kącie. Kucnąłem przed nią i ująłem jej podbródek.
- Miałem cię zabić, wiesz? Jednak masz szczęście. - Przejechałem kciukiem po jej bladym, zimnym policzku. Poczułem jak zadrżała.
- Szczęście?...
- Okazałaś się bardzo cennym nabytkiem.
- Pierdol się cieciu... - Syknęła.
- Przykro mi, nie mam z kim. - Jednym, płynnym ruchem złapałem ją za włosy i pociągnąłem w dół.
- Puść.. Mnie...
- Chętnie, jednak zanim to zrobię, powiem ci coś... - Nachyliłem się nad nią i szepnąłem do iej ucha. - Uważaj: ściany mają uszy. Nie jestem zwykłym psychopatą. - Puściłem ją i odeszłem, ponownie zamykając drzwi na klucz.
- Będziemy mieć gości. - Oznajmiłem będąc juz a dole. - Mam nadzieję, że należycie ich przywitacie.
Reszta Uśmiechnęła się szatańsko spoglądając po sobie. Kiwnąłem głową do rudowłosej, a następnie wyszedłem.
~Shail~

XVIII ~Witamy u ptactwa....

        Ciągnął mnie za sobą, kopnął w drzwi i popchnął mnie. Oczywiście będąc kompletną sierotą pojechałam po betonie, zwracając na sobie uwagę wszystkich w budynku. Zamaskowany pedofil usiadł na oknie i zaczął bawić się nożem. Tylko jednego z nich znałam... Billy... gdyby tylko wiedział. Podniosłam się chwiejąc i zmuszając jednego dryblasa do cofnięcia się. Podeszłam do jakiegoś ciemnego miejsca pod ścianą i zwinęłam się w kłębek.
-Kim ona jest...? -jeden z nich pokazał na mnie palcem.
-Córka Blacka... -odparł oschle pedofil - jako karta przetargowa... co ty w sobie masz co...? -podszedł do mnie i kucnął naprzeciwko - nie celował by zabić, tylko zranić...a wątpię, że tak bardzo chce cię ochronić... coś wiesz.. i powiesz nam to...
Wzięłam głęboki wdech, by zaraz odpowiedzieć mu słowami:
-Pieprz się...
Przez resztę przeszedł szmer, jakbym powiedziała coś czego nie powinnam....  może i racja. Złapał mnie za gardło i przycisnął do ściany, zadrżałam.
-Jeśli myślisz, że obchodzi mnie twoje życie to się mylisz... Jesteś dla mnie tylko robactwem... więc nie rzucaj się tak i grzecznie odpowiedz... Co ty wiesz...?
-N-nic...nie-wiem... -wydyszałam z trudem, zaczynało brakować mi powietrza. Świat zaczął wirować wokół mnie. Cofnął rękę, prychnął pod nosem i bez słowa wyszedł. Upadłam na kolana i trzymając się za gardło chciwie łapałam powietrze. On jest psychopatą....
     -Billy... zabierz ją stąd.... Na górze jest stary pokój.... masz tu klucz, nie zapomnij jej zamknąć.. -rudowłosa zwróciła się do blondyna siedzącego przy laptopie. Chłopak zadrżał i szybko biorąc klucz i mnie za ramię, zniknął za drzwiami. Moim oczom ukazały się spróchniałe schody i zniszczone ściany, coś w rodzaju klatki schodowej. Pociągnął mnie w stronę pierwszych drzwi. Jakieś stare łóżko pod ścianą, kraty w oknie i zniszczone szafki.
-Chyba żartujesz.... -zamarłam w półkroku.
-Nie... Idź już bo Naya mnie zabije...
Wepchnął mnie do pokoju i zamknął na klucz. Nie mogłam w to uwierzyć... złapały mnie orły i zamknęły w jakimś pomieszczeniu na klucz. Łzy same popłynęły, upadłam na kolana płacząc. Jeszcze kilka dni temu miałam szczęśliwą rodzinę, miałam wszystko, a teraz siedzę tutaj. Jako Alex chciałam im pomóc, chciałam.... Położyłam się na starym materacu, oczy same mi się zamykały. W końcu od trzech dni nie spałam. W nocy ktoś na mnie patrzył... ten ktoś w masce....


~Alisa~

XVII ~Orły

Siedziałem na dachu jednego z budynków, wpatrując się w bezkresny ocean śpiących dusz, które w swoich domach wyczekiwały kolejnego dnia. Ja byłem zbyt głupi, żeby spać. Prędzej wtedy przywitam się ze śmiercią. Właśnie dlatego siedząc teraz sam, mogę pomyśleć o tym, co nie daje mi spokoju. O wszystkim i o niczym. W sumie mam lepsze zajęcia. Powinienem się za coś zabrać, a ja w tym czasie opieprzam sie, leżąc bezczynnie.
       Walnąłem plecami o zimny beton, spoglądając w rozgwieżdżone niebo. Bez sensu, ale zawsze coś.
- Opieprzamy się? - Nagle usłyszałem dość znajomy głos, który perfidnie rozbrzmiewał za moimi plecami.
- Ricko, ty gnoju... Miło cię widzieć...
- Wiem, że klamiesz. - Usiadł obok mnie. - Co cię tak zmęczyło?
- Dopiero co wróciłem z melanżu. Popiło się troche ze śnieżką i zagrało w pokera z krasnoludkami. Ale skubane oszukują.
- Debil z ciebie. - Parsknął śmiechem.
- Shail jestem. - Odparłem beznamiętnie, na co Ricko ponownie zaniósł się śmiechem.
- Nadal chcesz przejąć władze?
- Owszem. Gdy tylko pokonamy Blacka. - Zmrużył oczy. - Pamiętaj więc stary, nadal jesteśmy wrogami. - Dodał.
- Pamiętam. - Westchnąłem. Co z nim się stało. Pamiętam czasy, gdy Ricko biegał za mną jako maly bachor, a ja potrzebujący od małego ciszy i spokoju chciałem go unikać, jednak nigdy mi się to nie udawało. Tak naprawdę nic w nim złego nie ma. Czasami ma te swoje przeblyski i wtedy właśnie go nienawidzę. Do tej pory jednak w ogole się nie zmienił. Nadal miał te same pół długie , brązowe włosy, oraz intensywnie zielone oczy.
      Na samo wspomnienie o dawnych latach usmiechnalem się delikatnie,co nie uszło uwadzę szatynowi.
- Haaa, wiem o czym myślisz. - Uśmiechnął się.
- Nie wiesz...
- No Shail no pobaw się ze mną no jak możesz być taki sztywny no no Shail nooooo prooooszeeeeee! - Wył w niebogłosy.
- Zamknij się! - Warknąłem, na co Ricko skrzywił się.
- Okej no...
- Eh... Nie o to chodzi... Posłuchaj... - Spojrzałem się na niego, ponownie nadsluchujac. Szatyn również to usłyszał. To charakterystyczne stukanie butów. Ciemna postać, która wyłoniła się z nicości, oraz dziewczyna. Postać od razu została rozpoznana, gdyż był to Black. Dziewczyna wydawała się znajoma.
- Ricko...
- Zrozumiano. - Skinal głową i znikł. Dobrze, że nie trzeba mu powtarzać po dwa razy. Black uniósł broń ku górze, celując w dziewczynę. Jedna sekunda, jeden strzał. Broń została zmuszona do opuszczenia poprzez użycie mojej siły.
- Tyyy! - Syknął Charlie.
- Ja. Zdziwiony? - Jednym, zgrabnym ruchem przekrzywilem mu nieco tą gębę. Black zachwiał się lekko i w mgnieniu oka ponownie uniósł broń, celując we mnie. Byłem o wiele szybszy i zanim kula zdążyła wylecieć, ja wraz z dziewczyną zniklem.
- Puszczaj mnie debilu- Odepchnęła mnie od siebie, sama chwiejac się. Złapałem ją za rękę i przyciągnąłem do siebie. Teraz nasze twarze dzieliło zaledwie kilka centymetrów. Dobrze, że miałem maskę.
- Nie rzucaj się tak. - Powiedziałem spokojnie. - Jeśli będziesz grzeczna, może pozwolę ci żyć.
- Pozwolisz?! Ty decydujesz o moim życiu?! - Spojrzałem się w błękitne oczy, które ciskały we mne błyskawice.
- Nie.. - Odparłem oschle, ruszając przed siebie, oczywiście pociągając dziewczynę za sobą.
- Gdzie mnie prowadzisz... - Syknela.
- Gdzieś, gdzie będziesz bezpieczna.
- Serio?...
- No dobra, robię to tylko dlatego, żebyś nam nie przeszkadzała.. - Przewróciłem oczami.
- Klamiesz... - Odwróciłem się gwałtownie.
- Ricko... Daj spokój.
- Jest okej. Zająłem się nim. Chodźmy stąd. - Kiwnalem głową, ponownie ruszając przed siebie.
- argh... Gdzie znowu mnie prowadzisz! - Warknęła.
- ... Do Orłów.