„Gdzie ja jestem?”
Otwarłem niepewnie oczy. Znajdowałem się w nieprzenikliwej ciemności, która spowijała mnie całego. Czerń w tym momencie wygrywała nad wszystkimi możliwymi kolorami. Gdybym nie znał innych kolorów, pomyślałbym w tym momencie, że nie istnieją.
Oparłem rękę o śliską ścianę, aby móc się podnieść. Nie wiem, czy była to ściana, jednak wszystko co zdołałbyś tutaj napotkać jest śliskie i mokre. W tym momencie nawet buty i nogawki od spodni mam mokre od wody, która sięgała mi do kostek.
Skąd tutaj ta woda?
Słyszałem urywane bicie mojego serca. Na pewno musiało być moje, gdyż nikogo innego tutaj nie było, choć mogłem się mylić. Chciałem przejść choć jeden krok, jednak przenikliwy ból w boku nie dał mi wykonać tej czynności. Przejechałem instynktownie opuszkami palców po ów bolącym miejscu.
Krew? Moja?
Zmrużyłem lekko oczy w niemym skupieniu. Próbowałem przywołać obrazy, które pomogą ustalić mi, gdzie jestem i skąd się tu wziąłem, jednak moja pamięć i tym razem nawaliła.
Ponownie zrobiłem krok. Z niemałym zdziwieniem stwierdziłem, że bok już nie boli. Nie czułem już obecności żadnego bólu. Westchnąłem głęboko i ruszyłem dalej przed siebie, pokonując coraz to nowe zakamarki nicości.
„Zabiłeś… Krew… Morderca…”
Zatrzymałem się gwałtownie. Szum wody rozniósł się po całym pomieszczeniu.
- Kim jesteś? – Spytałem. Choć to pytanie mogło być bardziej kierowane do mnie, niż do tego czegoś, co przemawiało w mojej głowie.
„Jestem tobą, Shail”
- Mną? – Spytałem zbity z tropu. Odpowiedź otrzymałem dopiero po chwili, jednak bardzo specyficzną, bowiem rozległa się cicha melodia rozgrywana przez pozytywkę. Dokładnie słyszałem ten smutek, to cierpienie, które z każdą nutką coraz bardziej osiadało w mojej psychice. Ponownie oparłem dłoń o pseudo ścianę. Tym razem nie była to woda. Poczułem coś innego.
Znowu krew...
Gwałtownie cofnąłem rękę. Nagle usłyszałem szum wody tuż obok. Ktoś zaczął śpiewać. Słodki głosik wyłapujący pieśń pozytywki.
- Pobawisz się ze mną? – Chuda rączka wyciągnięta w moją stronę była cała poraniona. Biała zbyt długa sukieneczka dziewczynki potargana i brudna. W drugiej rączce dzierżyła brązowego, pluszowego misia bez oczu i z oderwanymi łapkami. Twarz dziewczynki zakryta była czarnymi, potarganymi włosami. Nim ta zdążyła podnieść główkę, poczułem gwałtowne szarpnięcie i ponownie tą wszechogarniającą pustkę.
„Następny możesz być ty…”
Gdy otworzyłem oczy, tym razem przywitało mnie słońce, które wpadało przez szpary w belkach. Dźwignąłem się na łokciach, jednak po chwili tego pożałowałem, gdyż kłujący ból ponownie przygwoździł mnie do ziemi.
- Obudziłeś się. – Usłyszałem głos tuż za swojemu plecami i bez problemu nawet znalazłem jego właściciela.
- Naya… Gdzie…
- W naszej dzielnicy. – Wyprzedziła mnie. – Wiem, co się stało. – Dodała ze stoickim spokojem.
- Byłem nieostrożny. – Westchnąłem.
- Każdemu się może zdarzyć, Shail. Ważne, że żyjesz.
- Kto mnie tu… przyniósł?
- …. Ja. A uratowała cię córka Black’a. – Spojrzałem się na nią, chcąc potwierdzić, czy aby na pewno mówiła prawdę.
- Faktycznie, byłem bez maski. – Stwierdziłem, po chwili wstając.
- Nie powinieneś… - Zatrzymałem ją w połowie.
- Nic mi nie będzie. Muszę coś załatwić. – Mówiąc to, założyłem maskę i wyszedłem. Wiedziałem, że to co robię jest chore, jednak przyzwyczaiłem się już, że większość rzeczy, które robię jest chora.
Przeszedłem parę kroków, gdy nagle ni z tond ni zowąd odezwał się glos.
- Proszę, proszę. Wyciągamy rękę do wroga?
- Ricko… - Syknąłem. – Jaki niemiły zbieg okoliczności, właśnie ci szukałem. – Uraczyłem go swoim chłodnym spojrzeniem.
- Mnie szukałeś? No jaki mnie kurna zaszczyt kopnął. A dziecku co się stało? – Wskazał na moją ranę. – Ktoś cię z piaskownicy wyrzucił?
- Stul pysk. Wiesz dobrze, że mamy ten sam problem. – Oparłem się o zimną ścianę.
- Ha! Agencik Black, jak mnie dobrze słuch nie myli? No dobra szczeniaku, pomogę ci. – Zeskoczył z dachu stając naprzeciwko mnie.
- Nie proszę cię o pomoc. – Prychnąłem pod nosem. – A i jeszcze jedno. Jego córkę, zostaw mi.
- Miłosny romansik się szykuje? – Zaśmiał się.
- Krwawy romans, a żebyś wiedział. – Dodałem, po czym zniknąłem z jego oczu.
Ehh.. Black… Długo korony nie ponosisz….
~Shail~
Otwarłem niepewnie oczy. Znajdowałem się w nieprzenikliwej ciemności, która spowijała mnie całego. Czerń w tym momencie wygrywała nad wszystkimi możliwymi kolorami. Gdybym nie znał innych kolorów, pomyślałbym w tym momencie, że nie istnieją.
Oparłem rękę o śliską ścianę, aby móc się podnieść. Nie wiem, czy była to ściana, jednak wszystko co zdołałbyś tutaj napotkać jest śliskie i mokre. W tym momencie nawet buty i nogawki od spodni mam mokre od wody, która sięgała mi do kostek.
Skąd tutaj ta woda?
Słyszałem urywane bicie mojego serca. Na pewno musiało być moje, gdyż nikogo innego tutaj nie było, choć mogłem się mylić. Chciałem przejść choć jeden krok, jednak przenikliwy ból w boku nie dał mi wykonać tej czynności. Przejechałem instynktownie opuszkami palców po ów bolącym miejscu.
Krew? Moja?
Zmrużyłem lekko oczy w niemym skupieniu. Próbowałem przywołać obrazy, które pomogą ustalić mi, gdzie jestem i skąd się tu wziąłem, jednak moja pamięć i tym razem nawaliła.
Ponownie zrobiłem krok. Z niemałym zdziwieniem stwierdziłem, że bok już nie boli. Nie czułem już obecności żadnego bólu. Westchnąłem głęboko i ruszyłem dalej przed siebie, pokonując coraz to nowe zakamarki nicości.
„Zabiłeś… Krew… Morderca…”
Zatrzymałem się gwałtownie. Szum wody rozniósł się po całym pomieszczeniu.
- Kim jesteś? – Spytałem. Choć to pytanie mogło być bardziej kierowane do mnie, niż do tego czegoś, co przemawiało w mojej głowie.
„Jestem tobą, Shail”
- Mną? – Spytałem zbity z tropu. Odpowiedź otrzymałem dopiero po chwili, jednak bardzo specyficzną, bowiem rozległa się cicha melodia rozgrywana przez pozytywkę. Dokładnie słyszałem ten smutek, to cierpienie, które z każdą nutką coraz bardziej osiadało w mojej psychice. Ponownie oparłem dłoń o pseudo ścianę. Tym razem nie była to woda. Poczułem coś innego.
Znowu krew...
Gwałtownie cofnąłem rękę. Nagle usłyszałem szum wody tuż obok. Ktoś zaczął śpiewać. Słodki głosik wyłapujący pieśń pozytywki.
- Pobawisz się ze mną? – Chuda rączka wyciągnięta w moją stronę była cała poraniona. Biała zbyt długa sukieneczka dziewczynki potargana i brudna. W drugiej rączce dzierżyła brązowego, pluszowego misia bez oczu i z oderwanymi łapkami. Twarz dziewczynki zakryta była czarnymi, potarganymi włosami. Nim ta zdążyła podnieść główkę, poczułem gwałtowne szarpnięcie i ponownie tą wszechogarniającą pustkę.
„Następny możesz być ty…”
Gdy otworzyłem oczy, tym razem przywitało mnie słońce, które wpadało przez szpary w belkach. Dźwignąłem się na łokciach, jednak po chwili tego pożałowałem, gdyż kłujący ból ponownie przygwoździł mnie do ziemi.
- Obudziłeś się. – Usłyszałem głos tuż za swojemu plecami i bez problemu nawet znalazłem jego właściciela.
- Naya… Gdzie…
- W naszej dzielnicy. – Wyprzedziła mnie. – Wiem, co się stało. – Dodała ze stoickim spokojem.
- Byłem nieostrożny. – Westchnąłem.
- Każdemu się może zdarzyć, Shail. Ważne, że żyjesz.
- Kto mnie tu… przyniósł?
- …. Ja. A uratowała cię córka Black’a. – Spojrzałem się na nią, chcąc potwierdzić, czy aby na pewno mówiła prawdę.
- Faktycznie, byłem bez maski. – Stwierdziłem, po chwili wstając.
- Nie powinieneś… - Zatrzymałem ją w połowie.
- Nic mi nie będzie. Muszę coś załatwić. – Mówiąc to, założyłem maskę i wyszedłem. Wiedziałem, że to co robię jest chore, jednak przyzwyczaiłem się już, że większość rzeczy, które robię jest chora.
Przeszedłem parę kroków, gdy nagle ni z tond ni zowąd odezwał się glos.
- Proszę, proszę. Wyciągamy rękę do wroga?
- Ricko… - Syknąłem. – Jaki niemiły zbieg okoliczności, właśnie ci szukałem. – Uraczyłem go swoim chłodnym spojrzeniem.
- Mnie szukałeś? No jaki mnie kurna zaszczyt kopnął. A dziecku co się stało? – Wskazał na moją ranę. – Ktoś cię z piaskownicy wyrzucił?
- Stul pysk. Wiesz dobrze, że mamy ten sam problem. – Oparłem się o zimną ścianę.
- Ha! Agencik Black, jak mnie dobrze słuch nie myli? No dobra szczeniaku, pomogę ci. – Zeskoczył z dachu stając naprzeciwko mnie.
- Nie proszę cię o pomoc. – Prychnąłem pod nosem. – A i jeszcze jedno. Jego córkę, zostaw mi.
- Miłosny romansik się szykuje? – Zaśmiał się.
- Krwawy romans, a żebyś wiedział. – Dodałem, po czym zniknąłem z jego oczu.
Ehh.. Black… Długo korony nie ponosisz….
~Shail~
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz