sobota, 3 sierpnia 2013

IX ~. A ofiar będzie więcej


Poranek pojawił się szybciej, niż mogłem się tego spodziewać. Słońce leniwie wzeszło na błękitne niebo, które skrywało jeszcze oznaki niknącej nocy. Z ziemi, którą gdzie niegdzie jeszcze pokrywała ciemność, znikał powoli szary cień, a zastępowały go ciepłe promienie słoneczne.
Nienawidzę poranków…
Czekam, aż reszta mas ludzkich wkroczy do szkoły, a następnie wraz z brzmieniem ostatniego dzwonka, wchodzę do budynku. Jak zwykle wszystko jest takie puste, pozbawione życia. Jedynie z klas da się słyszeć przytłumione dźwięki.
       Jak zwykle przychodzę spóźniony. Nauczycielka kręci głową ze zrezygnowaniem i wskazuje mi miejsce, w którym mogę usiąść. Wszyscy udają, że wcale się na mnie nie patrzą, jednak marnie im to wychodzi. Siadam na starym krzesełku i wyciągam zeszyt. Staram się wsłuchać w brednie, które pieprzy nauczycielka, aby choć udawać, że się tym interesuje. Dzisiaj nie przyszła. Nie muszę chyba zgadywać dlaczego. Ostrzegli ją.
Ciekawa z niej osóbka…
Mimowolnie na moją twarz wkrada się szatański uśmieszek.
Alisa, ta?
Przez moją głowę przelatuje tysiące obrazów, jak tu by ją pozbawić życia. Można by otruć, powiesić, albo podciąć żyły, może wcześniej zgwałcić.
Wróć: przecież nie jestem gwałcicielem. Kuźwa…
Moja głowa bezwładnie opada na ławkę. Czuję, jak oczy same mi się zamykają. Ziewam, rysując na pustej kartce bezsensowne bazgroły.
Schodzę na psy….
Nagle drzwi do klasy otwierają się pod wpływem mocnego kopnięcia. Wyrwany z mocnego transu, o mało co nie spadam z krzesełka. Wbrew pozorom – nie spałem.
- Znowu mamy atak hakera! – Krzyczy jakaś blond włosa „piękność”. Ta wiadomość wywołuje nagłe poruszenie wszystkich.
Pewnie to znowu on…
- Kto to może być?
- Pewnie Alex! – Słyszę szepty dochodzące zza mnie. Samoistnie moja ręka ląduje na czole.
Naprawdę interesujące…
- Hej, Shiro! Wiesz może coś więcej o tym hakerze?
Wiem w chuja dużo… Naprawdę…
Odwracam się beznamiętnie wpatrując w dwie blade twarzyczki, oraz wielkie brązowe, oraz zielone oczy wpatrujące się we mnie z nadzieją.
- Nie. – Odpowiadam znudzony, na co obie jęczą przeciągle.
- Dziwny jakiś jesteś. – Dodaje jedna z nich.
- Wiem. – Mówię jakby do siebie, a następnie zakładając kaptur, biorę plecak i wychodzę z klasy. Dziewczyny wzruszają ramionami dalej zajmując się sprawą tego hakera.
       Przeciskam się przez tłum kierując do wyjścia. Niezauważony wychodzę ze szkoły. Nagle niebo poszarzało, a wprost na ziemię zleciało kilka mokrych kropel, które po chwili zamieniły się w sporą kałużę.
Deszcz? Teraz?
Wzdycham głęboko, przeklinając w myślach złośliwość rzeczy materialnych. Przemierzam samotnie puste ulicę miasteczka. Nie obchodzą mnie nawet samochody, które gdy tylko napatoczą się na pierwszą lepszą kałużę, ochlapują mnie całego. Nie obchodzi mnie nic. Czuję jednak dziwny niepokój. Jakby miało stać się coś złego, tylko za cholerę nie wiem co.
       Zostawiam plecak gdzieś w krzakach. Może jakiś dzieciak z biednej rodziny się trafi i weźmie. Nakładam czarny płaszcz, oraz maskę i kieruję się w tak dobrze i znane mi miejsce.
       Gdy tylko przekraczam próg ruiny, wszyscy przenoszą swój wzrok na mnie. Widzę w tym spojrzeniu lęk. Rozglądam się. Nagle z cienia wychodzi znana mi sylwetka.
Ricko…
- Shail! Kopę lat! – Uśmiecha się jadowicie w moją stronę.
- Ricko. – Odpalam bez uwalniania większego nadmiaru uczuć. – Coś się dawno nie widzieliśmy.
- Ha! A ty nadal jesteś szefem w tym całym gangu. – Śmieje się pod nosem lustrując wszystkich wzrokiem. – Śmieszne. Nic tu się nie zmieniło, od czasu gdy zostałem wywalony.
- Sam odeszłeś. – Poprawiam go.
- I to była moja najlepsza decyzja w życiu. – Prycha pod nosem przewracając oczami. – Jednak jest jeszcze szansa. – Dodaje z chytrym uśmieszkiem.
- Co masz na myśli? – Pytam, czując jak krew zastyga mi w żyłach.  
- Jeśli odejdziesz teraz, dam ci jeszcze szanse i może nie zabiję. – Wybucham śmiechem.
- Śmieszny jesteś. – Przewracam oczami.
- Pomyśl, jesteś za młody, aby być szefem takiego gangu. Ja lepiej na tym wypadnę, jako ICH SZEF. – Uśmiecha się szyderczo.
- Niech więc oni zdecydują. – Mówię, po czym zwracam się do reszty, która milczy ze zwieszonymi głowami.
- Więc to tak. – Szepta Ricko, szarpiąc Naye za ramię. Dziewczyna traci równowagę, o mało co nie wywracając się.
- Zostaw ją. – Syknąłem. Ricko nie słuchając tego, co mówię, skręcił swojej ofierze kark, porzucając bezwładnie na ziemię. Wszyscy cofają się pod ściany. W oczach panika i przerażenie.
- To jest tylko początek. Wrócę tutaj, a jeśli nie zmienisz decyzji, ofiar będzie więcej. Następny możesz być ty, Shail. – Dodaje na odchodnym, po czym znika. Zaciskam pięści, wpatrując się pusto w ziemię. Po chwili wstaję i mam zamiar wyjść.
- Sz-szefie…
- Nic nie mówcie. Nie pokazujcie się tutaj jak na razie. Rozproszcie się po mieście. Kolejny atak za dwa dni na pociąg, który wyrusza w nocy ze stacji. Wtedy spotkajmy się tu o północy. Uważajcie na siebie. – Dodaję, po czym wychodzę. Nadal pada.
Szlag.
Po chwili orientuję się, jak daleki dystans zdołałem już przebyć. Spoglądam na dom, który znajduję się naprzeciwko. W jednym z okien pali się nikłe światło.
Dom Black’a….
Wskakuję na gałąź na pobliskim drzewie, skrywając się między liśćmi, oraz ciemnością. Tutaj na pewno nikt mnie nie zobaczy.


~Shail~

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz