Jebany skurwysyn...
Stoję na jednej z gałęzi drzew, tuż przy domu Black'a. Kłęby dymu unoszą się wysoko do nieba, zasłaniając słońce. Złote, ogniste języki liżą szkielet domu, który tak niedawno jeszcze oglądałem siedząc w tym samym miejscu. To wszystko się już skończyło.
Patrzę beznamiętnie, jak na miejsce przyjechało jeszcze więcej straży pożarnych i policji. Teraz to nie jest już dom, tylko ruina. Zeskakuje z drzewa, jednak nie nakładam maski. Chowam ją głęboko pod płaszcz, aby nikt nie mógł jej ujrzeć. Wkurwiony kieruję się na obrzeża miasta. Tak, w to samo miejsce. Oczywiście tradycyjnie wjeżdżam z buta.
- Ma was tutaj od tej chwili nie być, zrozumiano? - Mój ton głosu mówi sam za siebie, że lepiej mi się nie sprzeciwiać. Wszyscy kiwają głowami.
- A co dalej? - Pyta ktoś.
- To się okaże. Ponosicie odpowiedzialność za własne życia. Jeśli nagle ktoś je wam odbierze, nie będę was opłakiwał. - Dodaję, po czym wychodzę nikogo nie racząc swoim spojrzeniem.
Dopiero teraz zacznie się prawdziwa wojna... Cholerny dziad..
Nagle słyszę szelest. Staję w miejscu, nadsluchujac. Odgłos szurania staje się coraz bardziej intensywniejszy, aż w końcu zza zarośli wychyla się znajoma mi postać..
- Black...
- Ha! Myślałeś, że cię nie poznam, szczurze? - Zadrwił, jednak ja pozostałem nadal spokojny bez cienia uczuć.
- Chhba nie muszę zgadywać, po co tu jesteś?
- Oczywiście, że nie. - Wyciągnął broń, celujac prosto we mnie. Jednak nim on zdążył nacisnąć spust, ja zrobiłem szybki uskok. Odbiłem się od drzewa, chcąc go zaatakować. Był szybszy, niż mi sie wydawało. W mgnieniu oka pojawił się obok mnie z nożem, który otarł się o mój policzek, nim ja zdążyłem go odepchnąć.
- Mówiłem, że mi nie uciekniesz, Shail.- Jego głos odbił sie echem w mojej głowie. Nie był w zasięgu mojego wzroku. Nie było go w ogóle. Jakby zapadł się magle pod ziemię.
W ten poczułem niewyobrażalny ból w prawym boku. Szybko odzyskujac trzeźwy rozum, nie pozostalem dłużny i wbilem mu ostre narzędzie w udo. Syknal i odepchnął mnie od siebie, co ja wykorzystałem, celujac w niego. Zasmial się tylko jadowicie.
- Ja nadal będę żył i zatruwal wasze życia. - Nagle zakrecilo mi sie w głowie. Musiałem szybko złapać się czegoś, aby utrzymać w pionie. Gdy po chwili ponownie spojrzałem na miejsce, w którym znajdował się Black, jego już nie było. Westchnąłem ciężko zsuwajac się na ziemię, która po woli przybierala szkarlatny kolor.
Dłuższą chwilę zajęło mi chociaż w połowie dojście do siebie. Z trudem dzwignalem się z ziemi, od razu łapiąc za nadal krwawiącą ranę.
Kurwa...
Rozdarłem trochę płaszcza, dociskając go do zranionego miejsca. Płaszcz szybko nasiąkł krwią. Obwiazałem sobie go w pasie zaciskajac mocno. Oparłem glowe o pień drzewa. Świat na chwilę zwariował
Tylko nie usnij...
~Shail~
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz