piątek, 2 sierpnia 2013

VII ~Kim ja w ogóle jestem...


Strachliwe szczenię…
Stoję jeszcze przez chwilę, wpatrując się w rozmazaną sylwetkę dziewczyny za oknem. Krople deszczu spływają strumieniem po szybie. Zawiesiła swoje spojrzenie na mnie. Znowu wstrzyknąłem w jej żyły truciznę. Uśmiecham się pod nosem. Znikam wraz z kolejnym błyskiem.
       Nadal nie przestaje padać. Podążam w kierunku tak dobrze znanego mi miejsca na uboczach miasta. Instynktownie wymijam wszystkie przeszkody, które stoją na mojej drodze. W końcu docieram do walących się ruin. Jak zwykle wjeżdżam z buta.
- Wróciłem. – Oznajmiam siadając na oknie. Widzę rozproszone spojrzenia innych, którzy niepewnie spoglądają się na mnie.
- Czy aby na pewno to jest dobry pomysł? – W końcu ktoś zdaje się na odwagę i pyta. – A co jeśli domyślą się, że to ty?
- Wiem, co robię, a nawet jeśli coś pójdzie nie tak, to ja poniosę tego konsekwencje, nie wy, tchórze. - Przewracam bezradnie oczami, jednak oni tego nie widzą. Widzą jedynie moją drugą twarz, która zakrywa moją prawdziwą.
- Szefie, a co teraz?
- Jak to „co?” Szykujemy się do następnej rzezi. – Oznajmiłem splatając palce. Zauważyłem na twarzach wszystkich przelotnie uśmieszki. Jeśli chodzi o nasze nocne wypady, to zawsze to poprawia wszystkim humor.
- Szykujcie się. – Zeskakuję z okna i kieruję się do wyjścia. – Za godzinę. – Dodaję przelotnie i w końcu znikam. Czuję na sobie wzrok pozostałych. Chociaż nic mnie to nie obchodzi, zżerają mnie samym spojrzeniem. Wzdycham ciężko i wskakuję na dach jednych z opuszczonych budynków. Zdejmuję maskę i obracam ją w dłoniach dokładnie przypatrując się czerwonym znakom.
Kim ja w ogóle jestem…
Czym.. Ja jestem…
- Jestem niczym. – Szeptam sam do siebie zwieszając lekko głowę. Wiejący wiatr wplątuje mi się w półdługie kosmyki czarnych włosów, mierzwiąc je na wszystkie strony świata. Gdybym mógł, już bym go zabił.
       W ten czuję coś dziwnego. Coś, co nakazuje mi z powrotem włożyć maskę. Nakładam ją bez większych rozmyśleń. Gwałtownie obracam się za siebie. Widzę ciemną postać, przechadzającą się po ciemnych uliczkach. Mrużę lekko oczy, chcąc przyjrzeć się jej lepiej.
Chyba mnie mózg kurwa boli… Agencik Black?
Najlepszy z agentów, szycha FBI rozgląda się uważnie na boki, czy aby na pewno nikt go nie śledzi.
Lub nie widzi…
Przeskakuję zwinnie z jednego dachu na drugi, skryty w ciemności lepiej niż drapieżca czyhający na swą ofiarę. Black nagle zatrzymuje się. Zimna stał, która została przytwierdzona do jego szyi migocze swym metalicznym blaskiem.
- Ty… - Zaciska pięści.
- Nie radzę ci się ruszać. – Ostrzegam, jednak mój ton głosu jest spokojny i opanowany. Spogląda on ma mnie wzrokiem pełnym pogardy i nienawiści. Bardziej chcę mi się z tego śmiać, niż płakać ze strachu.
- Czego znowu chcesz, śmieciu. – Syknął.
- A gdzie to się chodzi samemu, o tak późnej godzinie w takim miejscu? Nie lepiej pilnować swojej córeczki? Przykro by było, gdyby nagle ktoś inny ją przypilnował…
- Nawet o  tym nie my…! – Odwraca się gwałtownie, jednak łapię go za nadgarstek, wykręcając go. Nóż nadal błyszczy się przy jego szyi.
- Spokojnie. Tylko pogorszysz sprawę. – Wzdycham. – Lepiej stąd spieprzaj. – Chowam nóż. – Albo twoja rodzina na tym mocno ucierpi. – Dodaję na odchodnym, ponownie jednocząc się z nocą, pozostawiając go samego.


~Shail~

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz