Prychnęłam pod nosem pokazując na wiaderko niebieskiej a potem czarnej farby. Psychopata skinął głową i biorąc czerwoną farbę... Wylał mi ją na głowę.
-....sploniesz za to?!- krzyknęłam szybko wstajac- Jesteś już kurwa martwy! Będziesz cały w karniakach!
Biorąc mazak podbieglam do niego, zamachnęłam się i jego policzek zdobiła różowa smuga. Złapał mnie za rękę i przycisnął do ściany.
-Ja będę w karniakach? Zobaczymy....
Wyrwał mi mazak z ręki i zbliżył do twarzy.
-Ha! I co teraz?
-To!
Kopnelam go i popchnelam na łóżko. Wzięłam różową farbę i z szatanskim uśmiechem wylalam ją na niego.
-No! Teraz wygladasz jak człowiek!
Zasmialam się szatansko i zaczęłam zmywac z siebie czerwoną farbę.
-Idiotka....
-Psychopata.... -Wyszłam z pokoju i mijając resztę wyszłam na zewnątrz. Zimny wiatr ze śniegiem wplątał mi się we włosy. Słońce powoli chowało się za blokami. Nagle poczułam uderzenie...
piątek, 29 listopada 2013
Wpis taki krótki wow
piątek, 22 listopada 2013
XVI ~Zabawa rozpoczęta
Pieprzony debil. Chociaż nie... pieprzona debilka ze mnie! Po co mu
pomagałam. Jaki szatan mną kierował. Wściekła przemiarzałam ciemne,
kręte uliczki. Jakiś menel po prawej, gdzieś tam jakiś narkoman gadający
sam ze sobą. Istny raj dla takich idiotów jak orły. Uratowałam kogoś
kto mnie zabije! Albo ta dziewczyna. Jakby ktoś jej kij pod napięciem
wsadził w dupę. Kiedy tylko mnie zobaczyła wyciągnęła nóż i kazała się
wynosić. A może jakieś : "Dzięki, że uratowałaś jednego z nas.", nie po
co, najlepiej polecieć tekstem "Ty? Świetnie... Spieprzaj stąd lepiej,
bo tatuś cię szuka...". Chyba jedyne słowa, które na prawdę mogą mnie
wkurzyć...
Kolejne krople deszczu kapnęły na ziemie. Chodniki były mokre, a po budynkach strugami skapywała woda. Świetnie... zaraz mi laptop zamoknie.... Zeszłam z deski i schowałam się pod jakimś drzewem. Nagle poczułam ogromny ból. Tak jakby coś wwiercało mi się w prawe ramię. Zdjęłam bluzę. Nic. Nie ma śladu, ale ból został. Przejechałam palcem po skórze. Coś tam było! Skamieniałam.... miałam coś pod skórą. to nie mogła być kość. Zastygłam z ręką na ramieniu patrząc w jakiś odległy niewidoczny punkt.
Spokojnie...
Może jednak to kość...ale nie pamiętam, żebym kiedykolwiek coś sobie złamała. Ogarnęła mnie lekka panika. Cała drżałam, trzęsły mi się ręce, a zimny pot lał się po plecach. Z trudem rozpinając zamek w torbie sięgnęłam po scyzoryk. Nie myślałam trzeźwo. Co ja chcę przez to osiągnąć?
Spokojnie...
Nie dam rady... Nie chce dac rady... Nie rozetnę sobie ramienia. Co za idiotyzm. Ponownie wrzuciłam scyzoryk do torby.
Wstałam i ponownie ruszyłam przed siebie, nie mogłam zostawać zbyt długo w jednym miejscu. Kamery były wszędzie... Nagle dźwięk sms'a rozmył ciszę. Sięgnęłam do kieszeni spodni.
1 nowa wiadomość:
Billy: Hey Alex! Wbij na czata musimy pogadać.
Pogadać? Coś się musiało stać. Schowałam się za winklem i wyjęłam laptopa.
Użytkownik: Alex dołączył do rozmowy.
Ja: Hey, co jest?
On: Ktoś poobijał szefa. Naya kazała nie zadawać pytań, ale zżera mnie ciekawość! Wiesz kto mógł to zrobić?
Ja: Black...
On: Jesteś pewien? Przecież Black ma taaaaaki wielki brzuch, a szef... Nie należy do słabych i wolnych...
Ja: Wiem. Wasz szef chodzi pod osłoną nocy, pojawiając się znikąd i znikając tak samo szybko. Ale Black jest sprytniejszy, ma więcej doświadczenia. I broń. Bill... Musicie uważać....
On: Wiem. Córka Blacka się tu kręci. Posobno to ona go uratowała. Nie ufam jej.
Ja: Czemu...?
On: Czy to nie dziwne? Szczęśliwa rodzina, śmierć i pożar z dupy. Nie porwaliśmy jej! Myślę, że chce się so nas dostać by następnie powiedzieć swojemu ojczulkowi gdzie się znajdujemy. Żałosne... Pewnie jej matka żyje i siedzi sobie grzecznie na karaibach...
Ja: W dupie byłeś i gówno widziałeś... Nie wiesz jak było, więc po prostu się zamknij i walnij klawiaturą w łeb... Ale watpię, że to cokolwiek pomoże....
On: ... Widziałeś to? Miałeś na to pogląd?
Ja: Tak. Jakim ostatnim śmieciem trzeba być, żeby zabić własną żonę, na oczach córki? Jak można z triumfalnym uśmiechem patrzyć jak matka umiera na rękach córki...? Jakim skurwysynem i psychopatą trzeba być!?
On: Więc to tak... Idę pogadać z resztą. Narazie i nie daj się złapać.
Ja: Jasne, że nie dam się złapać. Pilnuj aie tam. Narazie...
Użytkownik: Billy zakończył rozmowę.
Zamknęłam laptopa ocierając łzy. Więc o ro chodziło tej dziewczynie. Dlatego poleciała tekstem "ojczulek cię szuka". Nie ważne co się teraz stanie. Nie interesuje mnie to. Pomogę im, pomogę orłom... Za wszelką cenę...
~Alisa~
Kolejne krople deszczu kapnęły na ziemie. Chodniki były mokre, a po budynkach strugami skapywała woda. Świetnie... zaraz mi laptop zamoknie.... Zeszłam z deski i schowałam się pod jakimś drzewem. Nagle poczułam ogromny ból. Tak jakby coś wwiercało mi się w prawe ramię. Zdjęłam bluzę. Nic. Nie ma śladu, ale ból został. Przejechałam palcem po skórze. Coś tam było! Skamieniałam.... miałam coś pod skórą. to nie mogła być kość. Zastygłam z ręką na ramieniu patrząc w jakiś odległy niewidoczny punkt.
Spokojnie...
Może jednak to kość...ale nie pamiętam, żebym kiedykolwiek coś sobie złamała. Ogarnęła mnie lekka panika. Cała drżałam, trzęsły mi się ręce, a zimny pot lał się po plecach. Z trudem rozpinając zamek w torbie sięgnęłam po scyzoryk. Nie myślałam trzeźwo. Co ja chcę przez to osiągnąć?
Spokojnie...
Nie dam rady... Nie chce dac rady... Nie rozetnę sobie ramienia. Co za idiotyzm. Ponownie wrzuciłam scyzoryk do torby.
Wstałam i ponownie ruszyłam przed siebie, nie mogłam zostawać zbyt długo w jednym miejscu. Kamery były wszędzie... Nagle dźwięk sms'a rozmył ciszę. Sięgnęłam do kieszeni spodni.
1 nowa wiadomość:
Billy: Hey Alex! Wbij na czata musimy pogadać.
Pogadać? Coś się musiało stać. Schowałam się za winklem i wyjęłam laptopa.
Użytkownik: Alex dołączył do rozmowy.
Ja: Hey, co jest?
On: Ktoś poobijał szefa. Naya kazała nie zadawać pytań, ale zżera mnie ciekawość! Wiesz kto mógł to zrobić?
Ja: Black...
On: Jesteś pewien? Przecież Black ma taaaaaki wielki brzuch, a szef... Nie należy do słabych i wolnych...
Ja: Wiem. Wasz szef chodzi pod osłoną nocy, pojawiając się znikąd i znikając tak samo szybko. Ale Black jest sprytniejszy, ma więcej doświadczenia. I broń. Bill... Musicie uważać....
On: Wiem. Córka Blacka się tu kręci. Posobno to ona go uratowała. Nie ufam jej.
Ja: Czemu...?
On: Czy to nie dziwne? Szczęśliwa rodzina, śmierć i pożar z dupy. Nie porwaliśmy jej! Myślę, że chce się so nas dostać by następnie powiedzieć swojemu ojczulkowi gdzie się znajdujemy. Żałosne... Pewnie jej matka żyje i siedzi sobie grzecznie na karaibach...
Ja: W dupie byłeś i gówno widziałeś... Nie wiesz jak było, więc po prostu się zamknij i walnij klawiaturą w łeb... Ale watpię, że to cokolwiek pomoże....
On: ... Widziałeś to? Miałeś na to pogląd?
Ja: Tak. Jakim ostatnim śmieciem trzeba być, żeby zabić własną żonę, na oczach córki? Jak można z triumfalnym uśmiechem patrzyć jak matka umiera na rękach córki...? Jakim skurwysynem i psychopatą trzeba być!?
On: Więc to tak... Idę pogadać z resztą. Narazie i nie daj się złapać.
Ja: Jasne, że nie dam się złapać. Pilnuj aie tam. Narazie...
Użytkownik: Billy zakończył rozmowę.
Zamknęłam laptopa ocierając łzy. Więc o ro chodziło tej dziewczynie. Dlatego poleciała tekstem "ojczulek cię szuka". Nie ważne co się teraz stanie. Nie interesuje mnie to. Pomogę im, pomogę orłom... Za wszelką cenę...
~Alisa~
czwartek, 21 listopada 2013
XLIV ~Kim jesteś...
Oparłem się w miarę wygodnie jak to możliwe o zimną, betonową ścianę, spoglądając w niebo. Tym razem usłane było licznymi tysiącami gwiazd. Szkoda tylko, że były one fałszywe. Ponoć gdy ktoś raz ujrzy spadającą gwiazdę, to znaczy, że ktoś umarł. Znaczy, że właśnie teraz ktoś kopnął w kalendarz?
- Nad czym tak rozmyślasz? - Z moich własnych myśli wyrwał mnie delikatny głos dochodzący zza moich pleców. Odwróciłem się, posyłając uśmiech w stronę jasnowłosej. Odwzajemniła ona gest, siadając obok mnie.
- W sumie, to o niczym ważnym. - Odparłem po chwili beznamiętnie. - A co z tobą? Nie za zimno na takie nocne wypady?
- Mogłabym o to samo spytać ciebie. - Uśmiechnęła się zadziornie. Pokręciłem tylko głową, obejmując ją ramieniem. (zdradzam cię ahahaha! XD) Dziewczyna zarumieniła się delikatnie, odwracając wzrok.
- Teraz chyba cieplej, co?
- Owszem. - Usmiechnęła się lekko, wtulając w moje ramie. - Rin? Opowiedz mi coś o sobie.
- Szczerze to nie ma zbyt ciekawego nic tu do opowiadania. Przyjechałem tutaj na wymianę studentów, mam zwykłą rodzinę, zwykłe marzenia. Jak każdy.
- Rozumiem. - Zaśmiała się cichutko. - Ja mimo iż miałam zwykłą rodzinę i zwykłe życie, postanowiłam to nieco zmienić. Zostałam więc policjantką. Teraz pracuję w prywatnej firmie pana Blacka. Znasz może?
- Pewnie. Jak to mówią - "człowiek sukcesu z niego"
- Taak. Teraz ma na pieńku z pewnym gangiem. - Westchnęła.
- Gangiem? Hm.. Dziwna sprawa. Nie słyszałem o nim.
- Naprawdę? - Zdziwiła się - A, no tak! Przecież nie jesteś stąd. Gang Czarnego Orła. Jeden z najbardziej niebezpiecznych jakie mogą istnieć. Pan Black chcę ich szybko unicestwić. Ma już nawet pewien plan.
- Plan powiadasz?
- Mhm. Chcę wysłać w ich strony szpiega. Jednak nie będzie on zwykly. Ponoć podszyje się pod jednego z nich, a będzie wyglądał identycznie. Sprytnie, prawda?
- Heh, owszem. Mistrz zła. - Zaśmiałem, się, a wraz ze mną jasnowłosa. Nagle obróciłem dziewczynę do siebie, przyciskając ją za nadgarstki do ściany. Maya wyglądała na nieco przestraszoną. Jej oczy jednak błyszczały się w świetle migoczacych gwiazd. Spojrzałem się prosto w nie, a nastepnie wpiłem łapczywie w jej wargi, niczym wampir. Dziewczyna odwzajemniła gest, przysuwając się bliżej mnie. Po dłuższej chwili odsunąłem się od niej lekko i oparłem brodę na jej ramieniu.
- Maya... Jest coś o czym muszę ci powiedzieć. - Szepnąłem jej do ucha.
- T-tak?
-...Nie umiesz się całować... - W jednej sekundzie zimna stal błysnęła przy szyi rozdygotanej dziewczyny, kończąc jej marny żywot. Słyszałem, jak ostatni raz szepta moje imię, a jej ciało bezwładnie osuwa się na ziemię, drżąc w śmiertelnych konwulsjach. Po chwili z jej ciała wydobywa się jeszcze więcej krwi. Podszedłem do martwej i kucnąłem nad nią, zamykając jej wpół otwarte powieki.
- Żegnaj, Mayu... - Powiedziałem bez cienia uczuć.
- Jaki nonszalancki się znalazł... A już myślałem, że kupisz jej szampana, a ona spotka cię gołego w swojej wannie. Ostatnio to jest dobre. - Kapelusznik wypuścił z ust kłębek dymu, tworząc z niego kółko. Z kamiennym wyrazem twarzy podniosłem się, spoglądając na niego kątem oka.
- Masz wszystko, co chcesz wiedzieć... Prawda, Shail?
- Taa... - Założyłem czarny płaszcz, oraz maskę.
- Więc spieprzaj stąd. Psy zaraz tu będą... Ale przyznaj... Że wolałbyś przeciskać do ściany tę czarnulke Blacka, co? - Zaśmiał się zgryzliwie. Nic nie odpowiedziałem, choć w duchu przeklinałem go nad wszystko. Jebany sukinsyn.
Podszedłem do czarnego kota, siedzącego na murku. Zwierze wcześniej w ogóle nie zainteresowane moją obecnością, zwróciło teraz swoje fioletowe ślepia w moją stronę, przerywając tym samym swoje dbanie o higienę.
- Kuro... Idź tam.- Powiedziałem po chwili. Dla niektórych mogło by się wydawać dziwne, że gadam do kotem. Ten jednak nie był zwykły. W tym świecie nawet w czarnym kocie można zyskać sojusznika.
Zwierze zeskoczyło z murku i zniknęło w ciemnościach. Odwróciłem się jeszcze raz w stronę kapelusznika:
- Dzięki...
- Wisisz mi dług, Shail.
-... Nie...
- Hm? Ale...
- Tamtym razem... Jesteśmy już kwita, prawda? - Uśmiechnąłem się pierfidnie, wskakując na dach. Kapelusznik pokręcił tylko głową, sam odchodząc. Teraz tylko musiałem skupić się na szybkim dotarciu do ruin.
Stanąłem na dachu tuż przed dobrze znanym mi budynkiem. Lodowaty wiatr szarpał moje włosy na wszystkie strony i powodował, że po jakimś czasie przestałem czuc jakiekolwiek oznaki, że moje palce jeszcze żyją.
Zirytowany naciągnąłem kaptur na głowę, wzdychając głęboko. Coś podpowiadało mi, aby czekać. Nie wiem czy była to moja intuicja, jednak posłuchałem. Po chwili w moją stronę zaczęły zbliżać sie fioletowe ślepia. Kuro otarł się o moją nogę, spoglądając na maskę na mojej twarzy.
- Dzięki kocie... - Przejechałem dłonią po miękkim futrze zwierzaka, a on w odpowiedzi zamruczał cicho. Gdy zeskoczyłem z dachu, Kuro zniknął. Jakby był duchem. Po prostu go nie było. Powolnym krokiem zbliżyłem się do drzwi, wpieprzając się z buta do środka. Oczy wszystkich gwałtownie zostały zwrócone w moją stronę. Przez chwilę panowała nieprzenikliwa cisza, którą mogły jedynie przerwać nierówne oddechy.
- Szefie! Ty żyjesz! - Krzyknęli.
- Co za suprise, nie? - Przewróciłem oczami, zajmując swoje miejsce na oknie.
-Dzieżeś był? - Ricko przekrzywił głowę na bok, huśtając się na boki.
- Na spacerze...
-.... Przez tydzień?! To ty szłeś czy się czołgałeś? >.< - Westchnąłem przykładając wymownie rękę do czoła. Wszyscy zachichotali pod nosem.
- Ej Trevis czemu ty jarać nie chcesz? - Nagle dotarły do mnie urywki czyjejś rozmowy.
- Już jarałem...
- Ale przecież ty ciągle byłeś zjarany! Co jest?
- Dajcie spokój... - Mruknąłem pod nosem. Zeskoczyłem z okna, podchodząc do rozgadanego trio. Trevis zlustrował mnie chłodnym wzrokiem od stóp do głów. W sekundę złapałem go za włosy, pociągając w dół przyjebałem z buta w twarz. Wszyscy otwarli szeroko oczy, przyglądając się nam.
- Może po prostu przyznasz się kim naprawdę jesteś, Trevis...
~Shail~
- Nad czym tak rozmyślasz? - Z moich własnych myśli wyrwał mnie delikatny głos dochodzący zza moich pleców. Odwróciłem się, posyłając uśmiech w stronę jasnowłosej. Odwzajemniła ona gest, siadając obok mnie.
- W sumie, to o niczym ważnym. - Odparłem po chwili beznamiętnie. - A co z tobą? Nie za zimno na takie nocne wypady?
- Mogłabym o to samo spytać ciebie. - Uśmiechnęła się zadziornie. Pokręciłem tylko głową, obejmując ją ramieniem. (zdradzam cię ahahaha! XD) Dziewczyna zarumieniła się delikatnie, odwracając wzrok.
- Teraz chyba cieplej, co?
- Owszem. - Usmiechnęła się lekko, wtulając w moje ramie. - Rin? Opowiedz mi coś o sobie.
- Szczerze to nie ma zbyt ciekawego nic tu do opowiadania. Przyjechałem tutaj na wymianę studentów, mam zwykłą rodzinę, zwykłe marzenia. Jak każdy.
- Rozumiem. - Zaśmiała się cichutko. - Ja mimo iż miałam zwykłą rodzinę i zwykłe życie, postanowiłam to nieco zmienić. Zostałam więc policjantką. Teraz pracuję w prywatnej firmie pana Blacka. Znasz może?
- Pewnie. Jak to mówią - "człowiek sukcesu z niego"
- Taak. Teraz ma na pieńku z pewnym gangiem. - Westchnęła.
- Gangiem? Hm.. Dziwna sprawa. Nie słyszałem o nim.
- Naprawdę? - Zdziwiła się - A, no tak! Przecież nie jesteś stąd. Gang Czarnego Orła. Jeden z najbardziej niebezpiecznych jakie mogą istnieć. Pan Black chcę ich szybko unicestwić. Ma już nawet pewien plan.
- Plan powiadasz?
- Mhm. Chcę wysłać w ich strony szpiega. Jednak nie będzie on zwykly. Ponoć podszyje się pod jednego z nich, a będzie wyglądał identycznie. Sprytnie, prawda?
- Heh, owszem. Mistrz zła. - Zaśmiałem, się, a wraz ze mną jasnowłosa. Nagle obróciłem dziewczynę do siebie, przyciskając ją za nadgarstki do ściany. Maya wyglądała na nieco przestraszoną. Jej oczy jednak błyszczały się w świetle migoczacych gwiazd. Spojrzałem się prosto w nie, a nastepnie wpiłem łapczywie w jej wargi, niczym wampir. Dziewczyna odwzajemniła gest, przysuwając się bliżej mnie. Po dłuższej chwili odsunąłem się od niej lekko i oparłem brodę na jej ramieniu.
- Maya... Jest coś o czym muszę ci powiedzieć. - Szepnąłem jej do ucha.
- T-tak?
-...Nie umiesz się całować... - W jednej sekundzie zimna stal błysnęła przy szyi rozdygotanej dziewczyny, kończąc jej marny żywot. Słyszałem, jak ostatni raz szepta moje imię, a jej ciało bezwładnie osuwa się na ziemię, drżąc w śmiertelnych konwulsjach. Po chwili z jej ciała wydobywa się jeszcze więcej krwi. Podszedłem do martwej i kucnąłem nad nią, zamykając jej wpół otwarte powieki.
- Żegnaj, Mayu... - Powiedziałem bez cienia uczuć.
- Jaki nonszalancki się znalazł... A już myślałem, że kupisz jej szampana, a ona spotka cię gołego w swojej wannie. Ostatnio to jest dobre. - Kapelusznik wypuścił z ust kłębek dymu, tworząc z niego kółko. Z kamiennym wyrazem twarzy podniosłem się, spoglądając na niego kątem oka.
- Masz wszystko, co chcesz wiedzieć... Prawda, Shail?
- Taa... - Założyłem czarny płaszcz, oraz maskę.
- Więc spieprzaj stąd. Psy zaraz tu będą... Ale przyznaj... Że wolałbyś przeciskać do ściany tę czarnulke Blacka, co? - Zaśmiał się zgryzliwie. Nic nie odpowiedziałem, choć w duchu przeklinałem go nad wszystko. Jebany sukinsyn.
Podszedłem do czarnego kota, siedzącego na murku. Zwierze wcześniej w ogóle nie zainteresowane moją obecnością, zwróciło teraz swoje fioletowe ślepia w moją stronę, przerywając tym samym swoje dbanie o higienę.
- Kuro... Idź tam.- Powiedziałem po chwili. Dla niektórych mogło by się wydawać dziwne, że gadam do kotem. Ten jednak nie był zwykły. W tym świecie nawet w czarnym kocie można zyskać sojusznika.
Zwierze zeskoczyło z murku i zniknęło w ciemnościach. Odwróciłem się jeszcze raz w stronę kapelusznika:
- Dzięki...
- Wisisz mi dług, Shail.
-... Nie...
- Hm? Ale...
- Tamtym razem... Jesteśmy już kwita, prawda? - Uśmiechnąłem się pierfidnie, wskakując na dach. Kapelusznik pokręcił tylko głową, sam odchodząc. Teraz tylko musiałem skupić się na szybkim dotarciu do ruin.
Stanąłem na dachu tuż przed dobrze znanym mi budynkiem. Lodowaty wiatr szarpał moje włosy na wszystkie strony i powodował, że po jakimś czasie przestałem czuc jakiekolwiek oznaki, że moje palce jeszcze żyją.
Zirytowany naciągnąłem kaptur na głowę, wzdychając głęboko. Coś podpowiadało mi, aby czekać. Nie wiem czy była to moja intuicja, jednak posłuchałem. Po chwili w moją stronę zaczęły zbliżać sie fioletowe ślepia. Kuro otarł się o moją nogę, spoglądając na maskę na mojej twarzy.
- Dzięki kocie... - Przejechałem dłonią po miękkim futrze zwierzaka, a on w odpowiedzi zamruczał cicho. Gdy zeskoczyłem z dachu, Kuro zniknął. Jakby był duchem. Po prostu go nie było. Powolnym krokiem zbliżyłem się do drzwi, wpieprzając się z buta do środka. Oczy wszystkich gwałtownie zostały zwrócone w moją stronę. Przez chwilę panowała nieprzenikliwa cisza, którą mogły jedynie przerwać nierówne oddechy.
- Szefie! Ty żyjesz! - Krzyknęli.
- Co za suprise, nie? - Przewróciłem oczami, zajmując swoje miejsce na oknie.
-Dzieżeś był? - Ricko przekrzywił głowę na bok, huśtając się na boki.
- Na spacerze...
-.... Przez tydzień?! To ty szłeś czy się czołgałeś? >.< - Westchnąłem przykładając wymownie rękę do czoła. Wszyscy zachichotali pod nosem.
- Ej Trevis czemu ty jarać nie chcesz? - Nagle dotarły do mnie urywki czyjejś rozmowy.
- Już jarałem...
- Ale przecież ty ciągle byłeś zjarany! Co jest?
- Dajcie spokój... - Mruknąłem pod nosem. Zeskoczyłem z okna, podchodząc do rozgadanego trio. Trevis zlustrował mnie chłodnym wzrokiem od stóp do głów. W sekundę złapałem go za włosy, pociągając w dół przyjebałem z buta w twarz. Wszyscy otwarli szeroko oczy, przyglądając się nam.
- Może po prostu przyznasz się kim naprawdę jesteś, Trevis...
~Shail~
XLVIII ~Koszmar
To było bardzo dziwne. Czy parę dni wcześniej nie mówił, że go nie obchodzę i mnie zabije? A teraz? Co go tak nagle wzięło na "dbanie" o mnie. Chociaż o zwierzaczka trzeba dbać, czuję się jak bezwartościowy futrzak. Na dole ktoś krzyczał, biedny Ricko. Naprawdę go lubię. Jest spoko tylko troszkę się stoczył.
Zawinęłam się kocem, lubię ciepełko. Zamknęłam oczy udając się tam gdzie jestem bezpieczna.
Siedziałam pod drzewem patrząc na inne bawiące się dzieci. Śmiały się ze mnie i rzucały czymś. Chyba to były kamienie. Krew skapywała na ziemię tworząc na niej szkarłatną kałużę, wstałam i powolnym krokiem skierowałam się w stronę dzieciarni. Wiatr rozwiewał liście, tak jakby chciał je ewakuować i oszczędzić widoku. Wyjęłam broń i skierowałam w stronę dzieciaków, które w oczach urosły. Słodki chudy blondynek z wrednym uśmieszkiem stał się prezesem firmy, rudzielec z nadwagą narkomanem, a brązowowłosy chłopczyk z czapką z daszkiem seryjnym mordercą. Nacisnęłam spust. Trzy kule leciały w stronę żywych lalek. Trzy ciała osunęły się na ziemię. Z oczu zaczęła cieknąć krew, powoli ich mięśnie i kości zmieniały miejsce, zaczęli przeobrażać się w gorsze potwory niż byli. Pomarszczona lub zbyt naciagnieta skóra, gdzieniegdzie wystające kości czy to co tygryski lubią najbardziej, kwas z pyska. Ostre szpony z kości raniły ziemię sprawiając że zaczęła krwawic czarną krwią. Trzy potwory rzuciły się na mnie, a ja tylko stałam i patrzyłam jak wielkie cielska są coraz bliżej i bliżej. Upuściłam broń.
Proszę....niech mnie ktoś obudzi i zaprowadzi do rzeczywistości, do jeszcze gorszego koszmaru....
~Alisa~
Zawinęłam się kocem, lubię ciepełko. Zamknęłam oczy udając się tam gdzie jestem bezpieczna.
Siedziałam pod drzewem patrząc na inne bawiące się dzieci. Śmiały się ze mnie i rzucały czymś. Chyba to były kamienie. Krew skapywała na ziemię tworząc na niej szkarłatną kałużę, wstałam i powolnym krokiem skierowałam się w stronę dzieciarni. Wiatr rozwiewał liście, tak jakby chciał je ewakuować i oszczędzić widoku. Wyjęłam broń i skierowałam w stronę dzieciaków, które w oczach urosły. Słodki chudy blondynek z wrednym uśmieszkiem stał się prezesem firmy, rudzielec z nadwagą narkomanem, a brązowowłosy chłopczyk z czapką z daszkiem seryjnym mordercą. Nacisnęłam spust. Trzy kule leciały w stronę żywych lalek. Trzy ciała osunęły się na ziemię. Z oczu zaczęła cieknąć krew, powoli ich mięśnie i kości zmieniały miejsce, zaczęli przeobrażać się w gorsze potwory niż byli. Pomarszczona lub zbyt naciagnieta skóra, gdzieniegdzie wystające kości czy to co tygryski lubią najbardziej, kwas z pyska. Ostre szpony z kości raniły ziemię sprawiając że zaczęła krwawic czarną krwią. Trzy potwory rzuciły się na mnie, a ja tylko stałam i patrzyłam jak wielkie cielska są coraz bliżej i bliżej. Upuściłam broń.
Proszę....niech mnie ktoś obudzi i zaprowadzi do rzeczywistości, do jeszcze gorszego koszmaru....
~Alisa~
niedziela, 17 listopada 2013
XLVII ~Malowanie
Uniosłem lekko brew, spoglądając na poczynania Ricko - sprzątaczki. Rozumiem, że mu odwala, bo to przecież niezmienna część jego natury... Jednak jest dopiero południe...
- Jestę sprzątaczę, o taak! Patrzcie mam swoją szczotkę do kurzy i nie zawaham się jej użyć! - Szatyn wskoczył na stół, tańcząc przy tym i kręcąc biodrami. Wszyscy zwijali się ze śmiechu na swoich miejscach roniąc łzy.
- Dobra ludzie! Bierzemy się do pracy! - Zakomunikowała Naya.
- Aye! - Odparli, migiem wstając z miejsc. Każdy rozbiegł się po pomieszczeniu, zajmując swoją znalezioną pracą. Rozejrzałem się oceniając stan zamku. Ruiny jak ruiny. Nic więcej. Wszystko się waliło.
- Uwaga, deska leci! - Wrzasnął Ricko. W ostatniej chwili uskoczyłem w bok, a na moim miejscu pojawiła się sterta spróchniałych desek z gwoździami.
- Kurwa! Mogłem trochę bardziej w bok, a by cię trafiło! - Wyszczerzył się, wzruszając ramionami. Przewróciłem oczami, wskakując wyżej do szatyna. Na górze nie było bardziej ciekawie, niż na dole.
- Ooo, patrz! Tam Naya idzie! - Uśmiechnął się szatańsko, przygotowując kolejną stertę desek.
- Nie radziłbym...
- Niby czemu? Co ona mi może zrobić?
- Właśnie dużo...
- Ale ty mnie uratujesz prawda? - Spojrzał się na mnie błagalnie. Przez chwilę poczułem się jak pedofil.
-... Spieprzaj... - Odparłem po chwili. Ricko zrobił obrażoną minę odwracając się do mnie tyłem.Westchnąłem głęboko kręcąc głową.
Po chwili zeskoczyłem w dół lądując gładko na ziemi. Pokierowałem swe kroki na górę, skąd dochodziło głośne przeklinanie. Lekko rozbawiony uchyliłem drzwi od pokoju Alisy. Dziewczyna siedziała na środku pokoju mocując się z porządnym supłem. Tylko po co?
- Może pomóc? - Odezwałem się po chwili. Na dźwięk mojego głosu wzdrygnęła się delikatnie, a po chwili obdarzyła mnie nienawistnym spojrzeniem.
- Nie... dziękuję... poradzę sobie... - Syknęła przez zęby, głośno wypuszczając powietrze z płuc. Uniosłem ręce w geście poddania opierając się o framugę drzwi. Cóż, skoro nie chciała pomocy, to postoję sobie i popatrzę.
- A ty masz zamiar tak stać czy w końcu się ruszysz? - Uniosła lekko brew z dezaprobatą.
- Sama nie chciałaś pomocy ode mnie. Poza tym... Nie mam zamiaru pomagać ci w niczym. - Odparłem z podłym uśmieszkiem.
- Hm? Niby czemu? - Wstała, opierając ręce na biodrach.
-....Następnym razem specjalnie kupię ci różowy mazak... - Zmrużyłem lekko oczy.
-.. Ups no wiesz, nie było nikogo pod ręką a mój talent nie mógł usiedzieć w miejscu. - Zrobiła niewinną minkę. Przewróciłem oczami, rozglądając się po pokoju. Jedyne co trzeba było tu zrobić, to pomalować. Na szczęście okno jest już wymienione...
-... Mogę ci pomalować pokój na różowo? - Wypaliłem po chwili bez większego namysłu. Dziewczyna zbyt zajęta czytaniem napisu na pudełku z farbą pokiwała tylko głową. Parsknąłem śmiechem pod nosem, biorąc pędzel.
- Hm? Co ty robisz? - Spytała po chwili wyrywając się z głębokiego transu. Zlustrowała wzrokiem mnie, oraz pędzel, który trzymałem w ręce. - Mówiłeś, że nie będziesz mi pomagał. - Dodała po chwili podejrzliwie.
- Owszem... Jednak sama się zgodziłaś, abym pomalował ci pokój na różowo. - Na mojej twarzy zakwitł szatański uśmieszek. Alisa otwarła buzię chcąc coś powiedzieć, jednak słowa ugrzęzły jej w gardle. Zrobiła wielkie oczy, a następnie rzuciła się na mnie.
- Oddawaj ten pieprzony pędzel! - Warknęła. Uniosłem wysoko rękę do góry uniemożliwiając jej dostanie go. Dziewczyna stanęła na palcach, jednak tym sposobem tylko zbliżyła się do mojej twarzy. Spojrzałem się na nią, a gdy zorientowała się o co chodzi, jej twarz przybrała piękny, szkarłatny kolor.
- Stało się coś? Nie najlepiej wyglądasz.. - Stwierdziłem, przykładając palec do brody w głębokim namyśle.
- Nic.. - Syknęła, odwracając się do mnie plecami. - Chcesz to maluj już ten pokój... - Zaśmiałem się cicho, kręcąc głową.
-... Jaki chcesz ten kolor pani obrażalska? - Spytałem po chwili, spoglądając na resztę wiaderek z farbami.
~Shail~
- Jestę sprzątaczę, o taak! Patrzcie mam swoją szczotkę do kurzy i nie zawaham się jej użyć! - Szatyn wskoczył na stół, tańcząc przy tym i kręcąc biodrami. Wszyscy zwijali się ze śmiechu na swoich miejscach roniąc łzy.
- Dobra ludzie! Bierzemy się do pracy! - Zakomunikowała Naya.
- Aye! - Odparli, migiem wstając z miejsc. Każdy rozbiegł się po pomieszczeniu, zajmując swoją znalezioną pracą. Rozejrzałem się oceniając stan zamku. Ruiny jak ruiny. Nic więcej. Wszystko się waliło.
- Uwaga, deska leci! - Wrzasnął Ricko. W ostatniej chwili uskoczyłem w bok, a na moim miejscu pojawiła się sterta spróchniałych desek z gwoździami.
- Kurwa! Mogłem trochę bardziej w bok, a by cię trafiło! - Wyszczerzył się, wzruszając ramionami. Przewróciłem oczami, wskakując wyżej do szatyna. Na górze nie było bardziej ciekawie, niż na dole.
- Ooo, patrz! Tam Naya idzie! - Uśmiechnął się szatańsko, przygotowując kolejną stertę desek.
- Nie radziłbym...
- Niby czemu? Co ona mi może zrobić?
- Właśnie dużo...
- Ale ty mnie uratujesz prawda? - Spojrzał się na mnie błagalnie. Przez chwilę poczułem się jak pedofil.
-... Spieprzaj... - Odparłem po chwili. Ricko zrobił obrażoną minę odwracając się do mnie tyłem.Westchnąłem głęboko kręcąc głową.
Po chwili zeskoczyłem w dół lądując gładko na ziemi. Pokierowałem swe kroki na górę, skąd dochodziło głośne przeklinanie. Lekko rozbawiony uchyliłem drzwi od pokoju Alisy. Dziewczyna siedziała na środku pokoju mocując się z porządnym supłem. Tylko po co?
- Może pomóc? - Odezwałem się po chwili. Na dźwięk mojego głosu wzdrygnęła się delikatnie, a po chwili obdarzyła mnie nienawistnym spojrzeniem.
- Nie... dziękuję... poradzę sobie... - Syknęła przez zęby, głośno wypuszczając powietrze z płuc. Uniosłem ręce w geście poddania opierając się o framugę drzwi. Cóż, skoro nie chciała pomocy, to postoję sobie i popatrzę.
- A ty masz zamiar tak stać czy w końcu się ruszysz? - Uniosła lekko brew z dezaprobatą.
- Sama nie chciałaś pomocy ode mnie. Poza tym... Nie mam zamiaru pomagać ci w niczym. - Odparłem z podłym uśmieszkiem.
- Hm? Niby czemu? - Wstała, opierając ręce na biodrach.
-....Następnym razem specjalnie kupię ci różowy mazak... - Zmrużyłem lekko oczy.
-.. Ups no wiesz, nie było nikogo pod ręką a mój talent nie mógł usiedzieć w miejscu. - Zrobiła niewinną minkę. Przewróciłem oczami, rozglądając się po pokoju. Jedyne co trzeba było tu zrobić, to pomalować. Na szczęście okno jest już wymienione...
-... Mogę ci pomalować pokój na różowo? - Wypaliłem po chwili bez większego namysłu. Dziewczyna zbyt zajęta czytaniem napisu na pudełku z farbą pokiwała tylko głową. Parsknąłem śmiechem pod nosem, biorąc pędzel.
- Hm? Co ty robisz? - Spytała po chwili wyrywając się z głębokiego transu. Zlustrowała wzrokiem mnie, oraz pędzel, który trzymałem w ręce. - Mówiłeś, że nie będziesz mi pomagał. - Dodała po chwili podejrzliwie.
- Owszem... Jednak sama się zgodziłaś, abym pomalował ci pokój na różowo. - Na mojej twarzy zakwitł szatański uśmieszek. Alisa otwarła buzię chcąc coś powiedzieć, jednak słowa ugrzęzły jej w gardle. Zrobiła wielkie oczy, a następnie rzuciła się na mnie.
- Oddawaj ten pieprzony pędzel! - Warknęła. Uniosłem wysoko rękę do góry uniemożliwiając jej dostanie go. Dziewczyna stanęła na palcach, jednak tym sposobem tylko zbliżyła się do mojej twarzy. Spojrzałem się na nią, a gdy zorientowała się o co chodzi, jej twarz przybrała piękny, szkarłatny kolor.
- Stało się coś? Nie najlepiej wyglądasz.. - Stwierdziłem, przykładając palec do brody w głębokim namyśle.
- Nic.. - Syknęła, odwracając się do mnie plecami. - Chcesz to maluj już ten pokój... - Zaśmiałem się cicho, kręcąc głową.
-... Jaki chcesz ten kolor pani obrażalska? - Spytałem po chwili, spoglądając na resztę wiaderek z farbami.
~Shail~
czwartek, 14 listopada 2013
XLVI ~Remont
Otworzyłem lekko powieki, gdy poczułem jak coś szorstkiego raz po raz przejeżdża po mojej twarzy. Mruknąłem zirytowany pod nosem podnosząc się. Teraz dopiero dało mi się we znaki spanie przy oknie. Okropny ból pleców przypomniał o sobie, przeszywając cały kręgosłup. Jakby tego było mało, stare rany dały o sobie znać, a moja kurtka i włosy zasypane były cienką warstwą śniegu. Cienką - ale nadal śniegu.
- Cholera jasna.. - Jęknąłem, prostując się. Zmrużyłem lekko oczy, unosząc brew z dezaprobatą. Na stoliku przede mną siedziała puszysta, czarna kulka.
- Co to jest? - Prychnąłem, za futro unosząc futrzaka w powietrze. Czarnuch miauknął płaczliwie, machając łapkami.
- Źle trafiłeś, murzynie... - Powiedziałem obojętnie. Po chwili jednak zdałem sobie sprawę, kim tak naprawdę jest kot.
- Kuro? - Zdziwiłem się, kładąc kota na stoliku z powrotem. - Co tu robisz? - Kot zamiast odpowiedzieć prychnął cicho, odwracajac się do mnie tyłem. Westchnąłem ciężko, przewracając oczami. Jeszcze mi tego brakowało, żeby obrażał się na mnie kot.
Wstałem z podłogi, przeciagajac się leniwie. Kuro zeskoczył ze stolika i złapał mnie za nogawke, ciągnąc do lustra. Niechętnie podążyłem za nim bez możliwości odmowy. Czarnuch gdy dotarliśmy na miejsce usiadł sobie wygodnie, patrząc na mnie.
- No co? - Wzruszyłem ramionami, spoglądając w swoje odbicie. Na początku myślałem, że chyba... Sam nie wiem co myślałem. Co ja do chuja jasnego robiłem? Czy ja o czymś niepamietam? Zgwałcili mnie? Albo porwali Aborygeni? Z wielką trudnością powstrzymałem wydarcie ryja z tekstem typu "KURWA MAĆ ZAJEBE". Oparłem się o ścianę, bezsilnie wpatrujac w sufit. Naszła mnie nawet nagła myśl, zejścia na dół, jednak szybko odegnałem ją.
Złapałem szybko jakąś gąbke i zacząłem szorować nią sobie twarz. To wszystko jednak nie przynosiło żadnego skutku.
- Maow... - Miaukął murzyn, wskazując wzrokiem na jakiś dziwnie wyglądający detergent. Spojrzałem się na niego z irytacją.
- Twarz mi się jeszcze przyda. - Warknąłem. Kot przewrócił ślepiami, przysuwajac butelkę z płynem bliżej do mnie. Kątem oka spojrzałem się na jego poczynania i w gruncie rzeczy postanowiłem sprawdzić, co to jest.
- Hmhmhm... Płyn do czegoś tam... Hmhm... Zmywa trudne plamy? - Mruczałem pod nosem. - Myślisz, że to pomoże? - Uniosłem lekko brew. Kuro wbił we mnie swój wzrok, jakby nie chciał znosić sprzeciwu. Westchnąłem ciężko, odkrecając butelkę.
Po jakimś czasie mocowania się ze śladami markera na mojej twarzy, wreszcie czysty zszedłem na dół po starych schodach. Co jak co, jednak przydałby się tu mały remont.
Kuro stąpał cicho tuż obok mojej nogi, co chwilę zerkając na mnie niepewnie. Sam do końca nie wiedział, czego ma się ode mnie spodziewać.
- Ooo! Poznałeś się już z kotkiem? - Uśmiechnęła się rudowłosa i zawołała Murzyna do siebie. Kuro posłusznie podreptał w stronę dziewczyny i otarł się o jej rękę.
Lizus...
- Taa... My się już poznaliśmy. - Mruknąłem pod nosem, siadając na parapecie. Spiorunowałem wzrokiem Alise, siedzącą koło Ricko, a ta w odpowiedzi uśmiechnęła się pod nosem szatańsko. Prychnąłem bezgłośnie pod nosem, obserwując resztę:
- Przydałby się tu mały remont! - Wykrzyknął Ricko, wstając gwałtownie z miejsca.
- Dokładnie, szefie! - Zawtorował mu Billy. - Pomalujmy specjalnie dla Ricko pokój na różowo!
- Róż- amarand, debile! - Wtrąciła się Naya. - Mówiłam wam, że on jest teraz w modzie na której wy się kompletnie nie znacie...
- Zamilcz kobieto, albowiem ja chcę pościel w poniacze! - Przerwał jej szatyn, na co większość wybuchła śmiechem. Ja siedziałem tylko wsluchamy żywo w dyskusję.
- No, to robimy ten remont, nie? - Tym razem zwrócili się do mnie. Przez chwilę milczałem, aby w końcu kiwnąć lekko głową. Ricko w pełni szczęścia złapał dwie chusteczki. Jedną obwiazal sobie na głowie, drugą wokół twarzy. Do ręki wziął szczotkę i obrócił się wokół własnej osi.
- Ha! No to panie i panowie zaczynamy!
~Shail~
- Cholera jasna.. - Jęknąłem, prostując się. Zmrużyłem lekko oczy, unosząc brew z dezaprobatą. Na stoliku przede mną siedziała puszysta, czarna kulka.
- Co to jest? - Prychnąłem, za futro unosząc futrzaka w powietrze. Czarnuch miauknął płaczliwie, machając łapkami.
- Źle trafiłeś, murzynie... - Powiedziałem obojętnie. Po chwili jednak zdałem sobie sprawę, kim tak naprawdę jest kot.
- Kuro? - Zdziwiłem się, kładąc kota na stoliku z powrotem. - Co tu robisz? - Kot zamiast odpowiedzieć prychnął cicho, odwracajac się do mnie tyłem. Westchnąłem ciężko, przewracając oczami. Jeszcze mi tego brakowało, żeby obrażał się na mnie kot.
Wstałem z podłogi, przeciagajac się leniwie. Kuro zeskoczył ze stolika i złapał mnie za nogawke, ciągnąc do lustra. Niechętnie podążyłem za nim bez możliwości odmowy. Czarnuch gdy dotarliśmy na miejsce usiadł sobie wygodnie, patrząc na mnie.
- No co? - Wzruszyłem ramionami, spoglądając w swoje odbicie. Na początku myślałem, że chyba... Sam nie wiem co myślałem. Co ja do chuja jasnego robiłem? Czy ja o czymś niepamietam? Zgwałcili mnie? Albo porwali Aborygeni? Z wielką trudnością powstrzymałem wydarcie ryja z tekstem typu "KURWA MAĆ ZAJEBE". Oparłem się o ścianę, bezsilnie wpatrujac w sufit. Naszła mnie nawet nagła myśl, zejścia na dół, jednak szybko odegnałem ją.
Złapałem szybko jakąś gąbke i zacząłem szorować nią sobie twarz. To wszystko jednak nie przynosiło żadnego skutku.
- Maow... - Miaukął murzyn, wskazując wzrokiem na jakiś dziwnie wyglądający detergent. Spojrzałem się na niego z irytacją.
- Twarz mi się jeszcze przyda. - Warknąłem. Kot przewrócił ślepiami, przysuwajac butelkę z płynem bliżej do mnie. Kątem oka spojrzałem się na jego poczynania i w gruncie rzeczy postanowiłem sprawdzić, co to jest.
- Hmhmhm... Płyn do czegoś tam... Hmhm... Zmywa trudne plamy? - Mruczałem pod nosem. - Myślisz, że to pomoże? - Uniosłem lekko brew. Kuro wbił we mnie swój wzrok, jakby nie chciał znosić sprzeciwu. Westchnąłem ciężko, odkrecając butelkę.
Po jakimś czasie mocowania się ze śladami markera na mojej twarzy, wreszcie czysty zszedłem na dół po starych schodach. Co jak co, jednak przydałby się tu mały remont.
Kuro stąpał cicho tuż obok mojej nogi, co chwilę zerkając na mnie niepewnie. Sam do końca nie wiedział, czego ma się ode mnie spodziewać.
- Ooo! Poznałeś się już z kotkiem? - Uśmiechnęła się rudowłosa i zawołała Murzyna do siebie. Kuro posłusznie podreptał w stronę dziewczyny i otarł się o jej rękę.
Lizus...
- Taa... My się już poznaliśmy. - Mruknąłem pod nosem, siadając na parapecie. Spiorunowałem wzrokiem Alise, siedzącą koło Ricko, a ta w odpowiedzi uśmiechnęła się pod nosem szatańsko. Prychnąłem bezgłośnie pod nosem, obserwując resztę:
- Przydałby się tu mały remont! - Wykrzyknął Ricko, wstając gwałtownie z miejsca.
- Dokładnie, szefie! - Zawtorował mu Billy. - Pomalujmy specjalnie dla Ricko pokój na różowo!
- Róż- amarand, debile! - Wtrąciła się Naya. - Mówiłam wam, że on jest teraz w modzie na której wy się kompletnie nie znacie...
- Zamilcz kobieto, albowiem ja chcę pościel w poniacze! - Przerwał jej szatyn, na co większość wybuchła śmiechem. Ja siedziałem tylko wsluchamy żywo w dyskusję.
- No, to robimy ten remont, nie? - Tym razem zwrócili się do mnie. Przez chwilę milczałem, aby w końcu kiwnąć lekko głową. Ricko w pełni szczęścia złapał dwie chusteczki. Jedną obwiazal sobie na głowie, drugą wokół twarzy. Do ręki wziął szczotkę i obrócił się wokół własnej osi.
- Ha! No to panie i panowie zaczynamy!
~Shail~
XLV ~Kotek
Uśmiechnęłam się szatansko wyjmując czarny marker z torby.
-Nie było trzeba zasypiać...
Podeszłam cicho do chłopaka i nachylilam się nad nim. Z podłym usmieszkiem dorysowałam mu wąsy i okulary. Nie mogąc się powstrzymać dorysowałam również brodę a na nosie kropkę. Powstrzymałam się jednakże żeby nie narysować mu karniaka na czole. Chociaż...
Zadowolona z siebie zeszlam na dół cicho zamykając za sobą drzwi. Wszyscy siedzieli skupieni nad jakimiś planami.
-Hej...nad czym siedzicie? -Usiadłam między Billym a Ricko.
-Aaaa....trzeba by wyremontować te ruiny. Sama wiesz najlepiej. W pokoju masz materiał na bałwana.... I nie mam na myśli Shaila...
Wszyscy zachichotali cicho.
-Wiem! Pomalujmy pokój Ricko na różowo! - Billy z entuzjazmem wziął różowy mazak i zabazgrał na planie jedno z pomieszczeń.
-Nieee! Nie znasz się na modzie... Modny jest teraz roż-amarand! -Naya z podlym usmieszkiem spojrzała na Ricko.
-Okej....ale chce pokój w kwiatki! I do tego poduszkę i pościel w poniacze!
Ze śmiechu wszyscy tarzali się po podłodze. Godziny mijały na ustaleniach i kłótniach, gdy nagle coś zaczęło drapać drzwi. W sekundę wszyscy zamilkli spoglądając w kierunku drzwi. Wyjęli broń i powoli podchodzac do drzwi, uchylili je.
-Jaki słodziak! -Naya odrzuciła broń i wzięła czarnego kotka na ręce. -Kto cię tu zostawił słodziaku? Nie martw się, od teraz jesteś jednym z nas...
-A Shail? -Ricko zamknął drzwi krzywiąc się..
-Zgodzi się go zatrzymać. -Dziewczyna usiadła na kanapie dając kota na kolana. -Mnie lubi...a ciebie nie...
Ricko zrobił obrażoną minę i usiadł pod ścianą. Czekam tylko na reakcje Shaila gdy zobaczy swoje odbicie w lustrze...
~Alisa~
-Nie było trzeba zasypiać...
Podeszłam cicho do chłopaka i nachylilam się nad nim. Z podłym usmieszkiem dorysowałam mu wąsy i okulary. Nie mogąc się powstrzymać dorysowałam również brodę a na nosie kropkę. Powstrzymałam się jednakże żeby nie narysować mu karniaka na czole. Chociaż...
Zadowolona z siebie zeszlam na dół cicho zamykając za sobą drzwi. Wszyscy siedzieli skupieni nad jakimiś planami.
-Hej...nad czym siedzicie? -Usiadłam między Billym a Ricko.
-Aaaa....trzeba by wyremontować te ruiny. Sama wiesz najlepiej. W pokoju masz materiał na bałwana.... I nie mam na myśli Shaila...
Wszyscy zachichotali cicho.
-Wiem! Pomalujmy pokój Ricko na różowo! - Billy z entuzjazmem wziął różowy mazak i zabazgrał na planie jedno z pomieszczeń.
-Nieee! Nie znasz się na modzie... Modny jest teraz roż-amarand! -Naya z podlym usmieszkiem spojrzała na Ricko.
-Okej....ale chce pokój w kwiatki! I do tego poduszkę i pościel w poniacze!
Ze śmiechu wszyscy tarzali się po podłodze. Godziny mijały na ustaleniach i kłótniach, gdy nagle coś zaczęło drapać drzwi. W sekundę wszyscy zamilkli spoglądając w kierunku drzwi. Wyjęli broń i powoli podchodzac do drzwi, uchylili je.
-Jaki słodziak! -Naya odrzuciła broń i wzięła czarnego kotka na ręce. -Kto cię tu zostawił słodziaku? Nie martw się, od teraz jesteś jednym z nas...
-A Shail? -Ricko zamknął drzwi krzywiąc się..
-Zgodzi się go zatrzymać. -Dziewczyna usiadła na kanapie dając kota na kolana. -Mnie lubi...a ciebie nie...
Ricko zrobił obrażoną minę i usiadł pod ścianą. Czekam tylko na reakcje Shaila gdy zobaczy swoje odbicie w lustrze...
~Alisa~
środa, 13 listopada 2013
XLIV ~Kara i sen
Złapałem chłopaka za gardło, przyciskając do zimnej, betonowej ściany. Jego źrenice rozszerzyły się, wpatrując we mnie ze strachem. Złapał mnie wolną ręką za nadgarstek, chcąc spróbować uwolnić się ze śmiertelnego uścisku. Na tę chwilę nie miałem najmniejszego zamiaru go puszczać.
- A teraz grzecznie wyśpiewaj jak na kazaniu wszystko co wiesz. - Powiedziałem spokojnym głosem, choć mój wyraz twarzy był stale niezmienny, a lodowatym spojrzeniem przeszywałem go na wylot.
- Ja.. Nic.. Nie wiem... - Syknął, zaciskając z irytacją zęby. Wzmocniłem uścisk, ograniczając mu ilość powietrza. Chłopak nadal uporczywie siłował się z moją ręką, przyciskającą go do ściany. Westchnąłem zrezygnowany.
- Taa... Ty jednak nic nie wiesz. - Stwierdziłem, puszczając go. Usłyszałem narastające szepty i pomruki niezadowolenia ze strony reszty. Zgromiłem ich wzrokiem, odwracając się.
- Możecie go zabić... - Rzuciłem krótko, podchodząc do rudowłosej.
- Na górze... - Odparła, wyprzedzając mnie. - Chyba się czymś martwi...
- Martwi? - Uniosłem do góry lekko brew. Na ustach dziewczyny błąkał się delikatny uśmiech, jednak starała się tego nie okazywać. Mruknąłem coś niezrozumiałego pod nosem, a następnie wspiąłem się po schodach na górę. Otworzyłem drzwi, które uchyliły się z lekkim zgrzytem i wszedłem do środka. Od razu na suprise przywitała mnie poduszka, która przytuliła moją twarz.
- Odejdź Ricko! Mam dość twoich debilnych pogadanek! - Warknęła dziewczyna, z fochem odwracając sie do mnie plecami. Zdjąłem poduszkę z twarzy, cicho podchodząc do Alisy. Następnie położyłem jej rękę na ramieniu.
- A co byś powiedziała na to, że nie jestem Ricko? - Powiedziałem po chwili z perfidnym uśmieszkiem na twarzy. Czarnowłosa odwróciła się gwaltownie, z piskiem przykładając mi z liścia. Tym o to sposobem strąciła mi maskę, która poturlała się pod okno, opadając na ziemię z głuchym łoskotem. Alisa gdy tylko zorientowała się kogo spoliczkowała zakryła dłonią usta, odsuwając się.
- W-wybacz j-ja nie wiedziałam, że ty żyjesz znaczy...
- uspokój się... No ja rozumiem, że mnie nienawidzisz, ale żeby od razu bić?
- Ja.. Przepraszam... Ale w sumie to kara...
- Kara? - Zdziwiłem się.
- Mhm... Za nagłe znikanie. - Zadowolona z siebie spojrzała się na mnie. Pokręciłemz politowaniem głową, opierając się plecami o ścianę.
- A ty znowu twarz sobie masakrujesz? - Westchnęła, spoglądając na nową szramę na policzku.
- To nic...
- Czekaj chwilę... - Szybko wstała z łóżka i przyciągnęła do siebie torbę. Zaczęła w niej energicznie szperać, szukając bóg wie czego.
- Mam! - Rozentuzjazmowana wyciągnęła mały, biały plasterek.
- mówilem, że to nic... Samo się zagoi... - Warknąłem, jednak nic sobie z tego nie zrobiła. Podeszła do mnie i przylepila plaster na szramę.
- Dziękuję...
- Nie ma za co. - Usmiechnęła się, ponownie siadając na łóżku. Uśmiechnąłem się lekko, nagle przypomniawszy sobie o czymś:
- Wzięłaś leki?
- Taaak, tak... - Przewróciła oczami.
- Wiesz, że...
- To ważne... - Przerwała mi, kończąc zdanie. - Wiem, jest okej. - Westchnąłem głęboko, siadając na ziemi nadal oparty o ścianę. Dopiero teraz poczułem skutki niespania przez ostatnie noce. Powieki same opadały, a ja czułem że powoli odpływam.
Super moment...
Przekląłem w myślach. Powiedziałem sobie, że zamknę oczy tylko na chwilę - zamknalem na dobre parę godzin.
~Shail~
- A teraz grzecznie wyśpiewaj jak na kazaniu wszystko co wiesz. - Powiedziałem spokojnym głosem, choć mój wyraz twarzy był stale niezmienny, a lodowatym spojrzeniem przeszywałem go na wylot.
- Ja.. Nic.. Nie wiem... - Syknął, zaciskając z irytacją zęby. Wzmocniłem uścisk, ograniczając mu ilość powietrza. Chłopak nadal uporczywie siłował się z moją ręką, przyciskającą go do ściany. Westchnąłem zrezygnowany.
- Taa... Ty jednak nic nie wiesz. - Stwierdziłem, puszczając go. Usłyszałem narastające szepty i pomruki niezadowolenia ze strony reszty. Zgromiłem ich wzrokiem, odwracając się.
- Możecie go zabić... - Rzuciłem krótko, podchodząc do rudowłosej.
- Na górze... - Odparła, wyprzedzając mnie. - Chyba się czymś martwi...
- Martwi? - Uniosłem do góry lekko brew. Na ustach dziewczyny błąkał się delikatny uśmiech, jednak starała się tego nie okazywać. Mruknąłem coś niezrozumiałego pod nosem, a następnie wspiąłem się po schodach na górę. Otworzyłem drzwi, które uchyliły się z lekkim zgrzytem i wszedłem do środka. Od razu na suprise przywitała mnie poduszka, która przytuliła moją twarz.
- Odejdź Ricko! Mam dość twoich debilnych pogadanek! - Warknęła dziewczyna, z fochem odwracając sie do mnie plecami. Zdjąłem poduszkę z twarzy, cicho podchodząc do Alisy. Następnie położyłem jej rękę na ramieniu.
- A co byś powiedziała na to, że nie jestem Ricko? - Powiedziałem po chwili z perfidnym uśmieszkiem na twarzy. Czarnowłosa odwróciła się gwaltownie, z piskiem przykładając mi z liścia. Tym o to sposobem strąciła mi maskę, która poturlała się pod okno, opadając na ziemię z głuchym łoskotem. Alisa gdy tylko zorientowała się kogo spoliczkowała zakryła dłonią usta, odsuwając się.
- W-wybacz j-ja nie wiedziałam, że ty żyjesz znaczy...
- uspokój się... No ja rozumiem, że mnie nienawidzisz, ale żeby od razu bić?
- Ja.. Przepraszam... Ale w sumie to kara...
- Kara? - Zdziwiłem się.
- Mhm... Za nagłe znikanie. - Zadowolona z siebie spojrzała się na mnie. Pokręciłemz politowaniem głową, opierając się plecami o ścianę.
- A ty znowu twarz sobie masakrujesz? - Westchnęła, spoglądając na nową szramę na policzku.
- To nic...
- Czekaj chwilę... - Szybko wstała z łóżka i przyciągnęła do siebie torbę. Zaczęła w niej energicznie szperać, szukając bóg wie czego.
- Mam! - Rozentuzjazmowana wyciągnęła mały, biały plasterek.
- mówilem, że to nic... Samo się zagoi... - Warknąłem, jednak nic sobie z tego nie zrobiła. Podeszła do mnie i przylepila plaster na szramę.
- Dziękuję...
- Nie ma za co. - Usmiechnęła się, ponownie siadając na łóżku. Uśmiechnąłem się lekko, nagle przypomniawszy sobie o czymś:
- Wzięłaś leki?
- Taaak, tak... - Przewróciła oczami.
- Wiesz, że...
- To ważne... - Przerwała mi, kończąc zdanie. - Wiem, jest okej. - Westchnąłem głęboko, siadając na ziemi nadal oparty o ścianę. Dopiero teraz poczułem skutki niespania przez ostatnie noce. Powieki same opadały, a ja czułem że powoli odpływam.
Super moment...
Przekląłem w myślach. Powiedziałem sobie, że zamknę oczy tylko na chwilę - zamknalem na dobre parę godzin.
~Shail~
niedziela, 10 listopada 2013
XLIII ~Rozmowa
Stanąłem przed drzwiami, na których widniał wyryty numerek 300. Spojrzałem na brudny skrawek karteczki, gdzie widniały dokładnie takie same cyfry.
- A więc to tu... - Mruknąłem pod nosem, przekręcając kluczyk w zamku. Pchnąłem drzwi, które uchyliły się z cichym zgrzytem i weszłem pewnym krokiem do środka. Szału nie ma.. Chociaż nie powinienem tak wybrzydzać, skoro nawet nasze lokum jest w o wiele gorszym stanie. Podeszłem do okna, otwierając je na oścież i pozwalając świeżemu powietrzu ponoszyć się po pomieszczeniu. Odetchnąłem głęboko, siadając na parapecie. Słońce nie zdążyło jeszcze dobrze wychylić się na niebo, kryjąc się za linią horyzontu.
- Trochę za wcześnie tu jestem... - Mruknąłem, krzywiac się lekko. - Ale nic do stracenia... - Dodałem z chytrym uśmieszkiem, zeskakując z parapetu. Założyłem czarną bluzę z kapturem i wyszedłem z mieszkania. Rozejrzałem się badawczo po okolicy, stwierdzając, że reszta ludności zapewne jeszcze śpi. Westchnąłem głęboko, schodząc po metalowych schodkach na dół. W momencie, gdy miałem wchodzić w zakręt, jakaś opatulona postać przeżyła zderzenie czołowe z moją osobą. Zakupy wypadły z papierowej torby i rozsypały się po ziemi.
- Prze-przepraszam! - Wymówiła szybko dziewczyna, pochylając się i zbierając zakupy z powrotem do torby.
- Nic się nie stało... - Odparłem, pomagając jej.
- Dziękuję, ale dam sobie radę... - Uśmiechnęła się deliatnie.
- Mieszkasz gdzieś niedaleko?
- Tutaj za rogiem. Wynajmuje pokój 301.
- Czyli miło mi poznać sąsiadkę. - Uśmiechnąłem się.
- Naprawdę? Nie wiedziałam, że ktoś tutaj się wprowadził.
- Jednak cuda się zdażają... - Dodalem ciszej, pomagając jej wnieść zakupy na górę.
- Dzięki za pomoc. Jak ci na imię dobroduszny sąsiedzie? - Zachichotala pod nosem
- Rei... A jak brzmi imię pięknej pani?
- Maya... - Odparła, rumieniac się delikatnie.
- Mam nadzieję, że się szybko ponownie zobaczymy... Do zobaczenia.. - Uśmiechnąłem się, odchodząc. Czułem jednak na sobie jej wzrok, który przeszywał mnie na wylot. Na mojej twarzy pojawił się podły uśmieszek.
Czyli jednak dobrze trafiłem...
Wyszedłem na już zatłoczone ulicę miasta. Rzadko tutaj bywałem, jednak orientowałem się gdzie co jest. A teraz dokładnie wiedziałem, gdzie iść. Nagle poczułem jak coś łapie mnie za ramię i wciąga w ciemną uliczkę. Sybko wyjalem noz, przykładając go pedofilowi do gardła.
- Ejże, Shail! Spokojnie! - Postać wyjęła peta z ust, wypuszczając dymek. Przewróciłem oczami, chowając niechętnie broń.
- Szukałeś mnie, nie? - Poprawił stary kapelusz na swojej głowie, po czym podał mi białą kopertę. Wyjąłem z niej zdjęcie dziewczyny. Miała krótkie do ramion blond włosy i niebieskie oczy.
- Tak, to ta. - Odparłem po chwili, zwracając mu kopertę. - Wiesz coś o niej więcej?
- Więcej to nic. Raczej tyle, co ty. - Skrzywił się lekko.
- Raczej nie będzie z nią żadnych problemów.
- Uważaj... Black jest podstępny, a on w przeciwieństwie do niej zna twoja twarz...
- Właśnie dlatego muszę to zrobić szybko... I boleśnie...
- Heh, cały ty... Spadam, na razie... - Poklepał mnie po ramieniu, znikając w cieniu.
On ma rację, Black jest nieprzewidywalny...
~Shail~
- A więc to tu... - Mruknąłem pod nosem, przekręcając kluczyk w zamku. Pchnąłem drzwi, które uchyliły się z cichym zgrzytem i weszłem pewnym krokiem do środka. Szału nie ma.. Chociaż nie powinienem tak wybrzydzać, skoro nawet nasze lokum jest w o wiele gorszym stanie. Podeszłem do okna, otwierając je na oścież i pozwalając świeżemu powietrzu ponoszyć się po pomieszczeniu. Odetchnąłem głęboko, siadając na parapecie. Słońce nie zdążyło jeszcze dobrze wychylić się na niebo, kryjąc się za linią horyzontu.
- Trochę za wcześnie tu jestem... - Mruknąłem, krzywiac się lekko. - Ale nic do stracenia... - Dodałem z chytrym uśmieszkiem, zeskakując z parapetu. Założyłem czarną bluzę z kapturem i wyszedłem z mieszkania. Rozejrzałem się badawczo po okolicy, stwierdzając, że reszta ludności zapewne jeszcze śpi. Westchnąłem głęboko, schodząc po metalowych schodkach na dół. W momencie, gdy miałem wchodzić w zakręt, jakaś opatulona postać przeżyła zderzenie czołowe z moją osobą. Zakupy wypadły z papierowej torby i rozsypały się po ziemi.
- Prze-przepraszam! - Wymówiła szybko dziewczyna, pochylając się i zbierając zakupy z powrotem do torby.
- Nic się nie stało... - Odparłem, pomagając jej.
- Dziękuję, ale dam sobie radę... - Uśmiechnęła się deliatnie.
- Mieszkasz gdzieś niedaleko?
- Tutaj za rogiem. Wynajmuje pokój 301.
- Czyli miło mi poznać sąsiadkę. - Uśmiechnąłem się.
- Naprawdę? Nie wiedziałam, że ktoś tutaj się wprowadził.
- Jednak cuda się zdażają... - Dodalem ciszej, pomagając jej wnieść zakupy na górę.
- Dzięki za pomoc. Jak ci na imię dobroduszny sąsiedzie? - Zachichotala pod nosem
- Rei... A jak brzmi imię pięknej pani?
- Maya... - Odparła, rumieniac się delikatnie.
- Mam nadzieję, że się szybko ponownie zobaczymy... Do zobaczenia.. - Uśmiechnąłem się, odchodząc. Czułem jednak na sobie jej wzrok, który przeszywał mnie na wylot. Na mojej twarzy pojawił się podły uśmieszek.
Czyli jednak dobrze trafiłem...
Wyszedłem na już zatłoczone ulicę miasta. Rzadko tutaj bywałem, jednak orientowałem się gdzie co jest. A teraz dokładnie wiedziałem, gdzie iść. Nagle poczułem jak coś łapie mnie za ramię i wciąga w ciemną uliczkę. Sybko wyjalem noz, przykładając go pedofilowi do gardła.
- Ejże, Shail! Spokojnie! - Postać wyjęła peta z ust, wypuszczając dymek. Przewróciłem oczami, chowając niechętnie broń.
- Szukałeś mnie, nie? - Poprawił stary kapelusz na swojej głowie, po czym podał mi białą kopertę. Wyjąłem z niej zdjęcie dziewczyny. Miała krótkie do ramion blond włosy i niebieskie oczy.
- Tak, to ta. - Odparłem po chwili, zwracając mu kopertę. - Wiesz coś o niej więcej?
- Więcej to nic. Raczej tyle, co ty. - Skrzywił się lekko.
- Raczej nie będzie z nią żadnych problemów.
- Uważaj... Black jest podstępny, a on w przeciwieństwie do niej zna twoja twarz...
- Właśnie dlatego muszę to zrobić szybko... I boleśnie...
- Heh, cały ty... Spadam, na razie... - Poklepał mnie po ramieniu, znikając w cieniu.
On ma rację, Black jest nieprzewidywalny...
~Shail~
sobota, 9 listopada 2013
XLII ~Wojna
Spojrzałem po raz ostatni na powoli cichnące niebo. Słońce schowało się uśpione za horyzontem. Na błękicie płonęły pomarańczowe smugi, niknące gdzieś w dali pośród innych kolorów. Odetchnąłem głęboko, kątem oka obserwując jak gałęzie pobliskiego drzewa nagle poruszyły się, a z ich korony wyleciały dwa ptaki. nie było było by w tym nic dziwnego, gdyby nie sam fakt, że oba nie były tego samego gatunku. Jak więc mogły się wzajemnie akceptować? Jeden z nich miał białe upierzenie, a drugi czarne. Spoglądając na siebie wzajemnie poszybowały wysoko, niknąc gdzieś wśród innych barw.
- Niedorzeczne... - Burknąłem pod nosem.
- Co niedorzeczne? - Wtrącił się jakiś pozaplanowy głos.
- Niedorzeczne, że jeszcze się nie schlałeś, albo nie zjarałeś...
- Znowu masz zły humor jak dziołcha, której spóźnia się okres? - Parsknął pod nosem Ricko, siadając obok mnie.Pacnąłem się ręką w czoło, mrucząc coś niezrozumiałego pod nosem.
- A tak na prawdę, po co tu jesteś? Nie słyszałem jeszcze oznak, żeby chcieli się wszyscy pozabijać, więc chyba moja interwencja nie jest konieczna...
- No w sumie to nie, ale mamy co opijać!
- Ekhem.. My ZAWSZE według was mamy co opijać, więc nie rób problemu.
- No, ale tym razem mamy na stówę. Napadliśmy na najbardziej strzeżony "składzik" z bronią w całym mieście!
-... I? - Spojrzałem się na niego znudzony.
- Weźże bądź człowiekiem, stary!
- Błąd.. Nie jestem człowiekiem...
- To chociaż kosmitą i chodź! Raz się zabawmy!
- Macie zamiar urządzać zbiorową orgię z delfinami? - Spytałem z kpiną, na co szatyn widocznie się zirytował.
- Sam się idź gwałcić! Ja idę się zjarać! - Tupnął niczym mała dziewczynka, której zabrano lizaczka, po czym z wielkim fochem oddalił się. Z trudem powstrzymywałem się, żeby nie wybuchnąć śmiechem. Przewróciłem się na plecy, obserwując świat do góry nogami, oraz Ricko, który nadal wraz ze swoim fochem kierował swe kroki do lokum. Pokręciłem z politowaniem głową, ponownie wpatrując się w niebo.
- A może by tak iść? - Pomyślałem, jednak szybko wyrzuciłem ze swojej głowy te plany. - Nie mogę.. Nie chcę... To się może źle skończyć...
Nagle poczułem jak przez moje ciało przenika paraliżujący chłód. Zatrząsłem się lekko, przeklinając w duchu zimę. Naciągnąłem kaptur na głowę, zasuwając bluzę. Wypuściłem z płuc całe powietrze, jakie dotąd tam trzymałem, a mój oddech utworzył charakterystyczną parę. Pamiętam, gdy byłem mały specjalnie tworzyłem na szybie "mazy", chuchając na nią, a potem tworzyłem "śliczne obrazki". Mama zawsze wyrywała sobie przeze mnie włosy, krzycząc, że na święta przywiąże mnie do choinki. Uśmiechnąłem się lekko na samo to wspomnienie. Choć tak bardzo nie chciałem, aby powróciło, nie mogłem o nim zapomnieć. To była jakby moja nieodłączność, która sprawiała, że czasami mogłem poczuć się jak człowiek.
- Hej...
- Co znowu... - Warknąłem zirytowany, odwracając się w stronę ów właściciela głosu. Złagodniałem nieco, gdy przed sobą ujrzałem postać Alisy opatuloną kocem. Dziewczyna cofnęła się nieco, jednak po chwili z lekkim uśmiechem ponownie rzekła:
- Choć do środka... Na dworze robi się naprawdę zimno.
- Jakoś nie czuję... - Skłamałem, krzywiąc się lekko.
-... Wiesz co? Marny z ciebie kłamca...- Uśmiechnęła się pod nosem triumfalnie. Przewróciłem teatralnie oczami, odwracając się do niej plecami. Widocznie jej się to nie spodobało, gdyż mruknęła coś niezrozumiałego pod nosem, a po chwili poczułem jak zimna i twarda kulka odbija się od moich pleców. Czarnowłosa zachichotała pod nosem, tworząc kolejną kulkę ze śniegu.
- Igrasz z ogniem, wiesz... - Warknąłem z irytacją.
- Serio? - Uniosła lekko brew z dezaprobatą, po czym ponownie skierowała we mnie pocisk z kulki, która celnie trafiła mnie prosto w łeb.
- Oj.. - Powstrzymała śmiech, cofając się szybko.
- Oj? - Odwróciłem się w jej stronę. Powoli wstałem z ziemi, kierując się w jej stronę. - Już cię widzę kostka przestała boleć. - Strzyknąłem kośćmi, mrużąc lekko oczy.
- Em... Znaczy, j-ja.. - W momencie odwróciła się, chcąc jak najszybciej uciec. Byłem jednak szybszy i podbiegając do dziewczyny, złapałem ją w pasie i przełożyłem sobie przez ramię.
- PUŚĆ MNIE PEDOFILU! - Wrzasnęła.
- Cicho tam.. - Powiedziałem znudzony, wzrokiem wyszukując jakiejkolwiek zaspy. Po chwili na moje usta wpłynął szatański uśmieszek, który nie umknął uwadze Alisy. Spojrzała się na mnie, a potem na zaspę przed nami. Jej wzrok przeskakiwał pomiędzy nami.
- Chyba... cię... pojebało...
- Mnie? Niee... - Pokręciłem głową i biorąc zamach wwaliłem dziewczynę w śnieg. Zadowolony z siebie otrzepałem ręce, stając nad ośnieżoną brunetką. Szybko wygramoliła się ze śniegu, piorunując mnie wzrokiem.
- Ups? - Uniosłem ręce w geście poddania. Odwróciłem się na pięcie z zamiarem odejścia, jednak poczułem jak coś łapie mnie za nogę i pociąga do siebie. Zaskoczony straciłem równowagę i runąłem w dół pociągając za sobą tą sierotę. Oboje w śniegu sturlaliśmy się z górki, ponownie lądując w zaspie.
- Coś ty sobie myślał! - Dziewczyna w nerwach wyszła ze śniegu, strzepując z siebie jego resztki. Co chwilę wyrzucała z siebie jakieś niezrozumiałe słowa, gestykulując rękami. Chyba wyzywała mnie, ale nie mogłem jej zrozumieć. Po chwili już nie mogąc wytrzymać, chyba pierwszy raz od dłuższego czasu (nie mówiąc wcale) wybuchłem śmiechem. Alisa przerwała swój słowotok, wpatrując się we mnie wielkimi oczami.
- Boże.. Ty się... śmiejesz! A nie, sorry... Jestem ateistą...
- Ta, wiem.. To takie nieludzkie, nie? - Podniosłem się z ziemi, ocierając łezki z kącika oka. Otrzepałem włosy i ubranie z białego puchu i rozejrzałem się po okolicy.
- Okej, sieroto. Przez ciebie się tu znaleźliśmy, więc słucham pomysłów na cudowny powrót.
- Słucham? Przeze mnie? To ty wepchnąłeś mnie do tej zaspy!
-... A ty pociągnęłaś mnie za sobą. Gdybyś tego nie zrobiła, nic by się nie stało... - Uśmiechnąłem się podle.
- Idiota... - Mruknęłam pod nosem.
- Słucham? Mówiłaś coś?
- Że nic! - Westchnęła zrezygnowana. - Nie wiem, gdzie iść...
- Super, ja też nie. A może by tak zrobić kółku i przejść bezpieczniejszą drogą w górę... Z twoją.. ekhem... "kontuzją" raczej w górę nie wejdziemy...
- Świetnie..
- Świetnie... to idziemy... - Pociągnąłem ją za sobą.
- Aleś ty delikatny... - Jęknęła niezadowolona.
-... Chcesz na barana, czy na księżniczkę?
-... Wal się! - Warknęła, szybkim krokiem wyprzedzając mnie. Przewróciłem bezradnie oczami, patrząc jak kuśtyka. Po chwili poczułem jak coś nagle skacze mi na plecy. Odwróciłem się zdezorientowany i ujrzałem nie kto innego jak tę sierotę.
- Tak, tak, nie krępuj się... - Warknąłem zirytowany, jednak ona to olała w stu procentach.
- No to teraz na górę! - Uśmiechnęła się triumfalnie, opierając łokciami na moim ramieniu.
- Nie za wygodnie ci?...
- Ani trochę... - Zaśmiała się cicho pod nosem. Westchnąłem ciężko, stawiając powoli kroki przed siebie. Śnieg powoli spadał z nieba, okrywając ziemię białą, puchową powłoką.
- Wiesz co? - Mruknęła cicho Alisa po dłuższej chwili milczenia. - Może nie jesteś aż taki zły... - Spojrzałem na nią lekko zdziwiony. Może i ta sierota miała rację. Ta... Wiem, jak to jest ukrywać swoje prawdziwe "JA" przed samym sobą przez tyle lat.
- Czasami mi się uda... - Odparłem po chwili. Nie mogłem jej okłamać, że cały czas tryskam radością do innych, bo nawet ona sama wiedziała jaka jest prawda. Coś we mnie cały czas podpowiadało mi, aby zabijać. Ja bez zmrużenia oka to robiłem. Dlaczego? Taki się stałem... Gdyby pomyśleć, że jeszcze jakiś czas temu wyżywałem się na niej i chciałem pozbawić życia, sam nie mogę uwierzyć w to, że przed chwilą stoczyliśmy bitwę na śnieżki jak jakieś dwa rozwydrzone bachory. Dlaczego...
Po jakimś dłuższym czasie dotarłem wraz ze zbędnym balastem do starych ruin. Widok nieprzytomnych ciał nie zaskoczył mnie ani trochę.
- Naya... - Powiedziałem, a dziewczyna od razu zjawiła się przy mnie. - Weź to coś i zabierz na górę. Trochę jej się przysnęło.
- Mhm... - Kiwnęła głową, biorąc za ramię śpiącą Alise. Zmrużyłem lekko oczy, zapalając peta.
- Muszę zniknąć na pewien czas.
- Zniknąć?...
- Taa... Chodzi tu bardziej o dowiedzenie się, co knuje Black. Mam pewien bardzo ciekawy sposób na zdobycie informacji. Więcej nie musisz wiedzieć.
- Rozumiem... - Westchnęła.
- I nie mów nic reszcie... Niech żyją w tej nieświadomości, będzie zabawniej... Wyłącznie nie mów tej sierocie...
- A Ricko?
- Ten debil nawet nie spróbuje ruszyć tym czymś co ma na szyi, więc o to mogę być spokojny. Bądź czujna, nie daj się w nic wrobić... Ufam ci... - Mówiąc to, obdarzyłem ją chłodnym spojrzeniem, po czym mijając dziewczynę wyszedłem z pomieszczenia. Wracam do dawnego siebie. Przebywanie z tą sierotą szkodzi mi... Ale sam nie wiem, czy to źle, czy dobrze...
~Shail~
- Niedorzeczne... - Burknąłem pod nosem.
- Co niedorzeczne? - Wtrącił się jakiś pozaplanowy głos.
- Niedorzeczne, że jeszcze się nie schlałeś, albo nie zjarałeś...
- Znowu masz zły humor jak dziołcha, której spóźnia się okres? - Parsknął pod nosem Ricko, siadając obok mnie.Pacnąłem się ręką w czoło, mrucząc coś niezrozumiałego pod nosem.
- A tak na prawdę, po co tu jesteś? Nie słyszałem jeszcze oznak, żeby chcieli się wszyscy pozabijać, więc chyba moja interwencja nie jest konieczna...
- No w sumie to nie, ale mamy co opijać!
- Ekhem.. My ZAWSZE według was mamy co opijać, więc nie rób problemu.
- No, ale tym razem mamy na stówę. Napadliśmy na najbardziej strzeżony "składzik" z bronią w całym mieście!
-... I? - Spojrzałem się na niego znudzony.
- Weźże bądź człowiekiem, stary!
- Błąd.. Nie jestem człowiekiem...
- To chociaż kosmitą i chodź! Raz się zabawmy!
- Macie zamiar urządzać zbiorową orgię z delfinami? - Spytałem z kpiną, na co szatyn widocznie się zirytował.
- Sam się idź gwałcić! Ja idę się zjarać! - Tupnął niczym mała dziewczynka, której zabrano lizaczka, po czym z wielkim fochem oddalił się. Z trudem powstrzymywałem się, żeby nie wybuchnąć śmiechem. Przewróciłem się na plecy, obserwując świat do góry nogami, oraz Ricko, który nadal wraz ze swoim fochem kierował swe kroki do lokum. Pokręciłem z politowaniem głową, ponownie wpatrując się w niebo.
- A może by tak iść? - Pomyślałem, jednak szybko wyrzuciłem ze swojej głowy te plany. - Nie mogę.. Nie chcę... To się może źle skończyć...
Nagle poczułem jak przez moje ciało przenika paraliżujący chłód. Zatrząsłem się lekko, przeklinając w duchu zimę. Naciągnąłem kaptur na głowę, zasuwając bluzę. Wypuściłem z płuc całe powietrze, jakie dotąd tam trzymałem, a mój oddech utworzył charakterystyczną parę. Pamiętam, gdy byłem mały specjalnie tworzyłem na szybie "mazy", chuchając na nią, a potem tworzyłem "śliczne obrazki". Mama zawsze wyrywała sobie przeze mnie włosy, krzycząc, że na święta przywiąże mnie do choinki. Uśmiechnąłem się lekko na samo to wspomnienie. Choć tak bardzo nie chciałem, aby powróciło, nie mogłem o nim zapomnieć. To była jakby moja nieodłączność, która sprawiała, że czasami mogłem poczuć się jak człowiek.
- Hej...
- Co znowu... - Warknąłem zirytowany, odwracając się w stronę ów właściciela głosu. Złagodniałem nieco, gdy przed sobą ujrzałem postać Alisy opatuloną kocem. Dziewczyna cofnęła się nieco, jednak po chwili z lekkim uśmiechem ponownie rzekła:
- Choć do środka... Na dworze robi się naprawdę zimno.
- Jakoś nie czuję... - Skłamałem, krzywiąc się lekko.
-... Wiesz co? Marny z ciebie kłamca...- Uśmiechnęła się pod nosem triumfalnie. Przewróciłem teatralnie oczami, odwracając się do niej plecami. Widocznie jej się to nie spodobało, gdyż mruknęła coś niezrozumiałego pod nosem, a po chwili poczułem jak zimna i twarda kulka odbija się od moich pleców. Czarnowłosa zachichotała pod nosem, tworząc kolejną kulkę ze śniegu.
- Igrasz z ogniem, wiesz... - Warknąłem z irytacją.
- Serio? - Uniosła lekko brew z dezaprobatą, po czym ponownie skierowała we mnie pocisk z kulki, która celnie trafiła mnie prosto w łeb.
- Oj.. - Powstrzymała śmiech, cofając się szybko.
- Oj? - Odwróciłem się w jej stronę. Powoli wstałem z ziemi, kierując się w jej stronę. - Już cię widzę kostka przestała boleć. - Strzyknąłem kośćmi, mrużąc lekko oczy.
- Em... Znaczy, j-ja.. - W momencie odwróciła się, chcąc jak najszybciej uciec. Byłem jednak szybszy i podbiegając do dziewczyny, złapałem ją w pasie i przełożyłem sobie przez ramię.
- PUŚĆ MNIE PEDOFILU! - Wrzasnęła.
- Cicho tam.. - Powiedziałem znudzony, wzrokiem wyszukując jakiejkolwiek zaspy. Po chwili na moje usta wpłynął szatański uśmieszek, który nie umknął uwadze Alisy. Spojrzała się na mnie, a potem na zaspę przed nami. Jej wzrok przeskakiwał pomiędzy nami.
- Chyba... cię... pojebało...
- Mnie? Niee... - Pokręciłem głową i biorąc zamach wwaliłem dziewczynę w śnieg. Zadowolony z siebie otrzepałem ręce, stając nad ośnieżoną brunetką. Szybko wygramoliła się ze śniegu, piorunując mnie wzrokiem.
- Ups? - Uniosłem ręce w geście poddania. Odwróciłem się na pięcie z zamiarem odejścia, jednak poczułem jak coś łapie mnie za nogę i pociąga do siebie. Zaskoczony straciłem równowagę i runąłem w dół pociągając za sobą tą sierotę. Oboje w śniegu sturlaliśmy się z górki, ponownie lądując w zaspie.
- Coś ty sobie myślał! - Dziewczyna w nerwach wyszła ze śniegu, strzepując z siebie jego resztki. Co chwilę wyrzucała z siebie jakieś niezrozumiałe słowa, gestykulując rękami. Chyba wyzywała mnie, ale nie mogłem jej zrozumieć. Po chwili już nie mogąc wytrzymać, chyba pierwszy raz od dłuższego czasu (nie mówiąc wcale) wybuchłem śmiechem. Alisa przerwała swój słowotok, wpatrując się we mnie wielkimi oczami.
- Boże.. Ty się... śmiejesz! A nie, sorry... Jestem ateistą...
- Ta, wiem.. To takie nieludzkie, nie? - Podniosłem się z ziemi, ocierając łezki z kącika oka. Otrzepałem włosy i ubranie z białego puchu i rozejrzałem się po okolicy.
- Okej, sieroto. Przez ciebie się tu znaleźliśmy, więc słucham pomysłów na cudowny powrót.
- Słucham? Przeze mnie? To ty wepchnąłeś mnie do tej zaspy!
-... A ty pociągnęłaś mnie za sobą. Gdybyś tego nie zrobiła, nic by się nie stało... - Uśmiechnąłem się podle.
- Idiota... - Mruknęłam pod nosem.
- Słucham? Mówiłaś coś?
- Że nic! - Westchnęła zrezygnowana. - Nie wiem, gdzie iść...
- Super, ja też nie. A może by tak zrobić kółku i przejść bezpieczniejszą drogą w górę... Z twoją.. ekhem... "kontuzją" raczej w górę nie wejdziemy...
- Świetnie..
- Świetnie... to idziemy... - Pociągnąłem ją za sobą.
- Aleś ty delikatny... - Jęknęła niezadowolona.
-... Chcesz na barana, czy na księżniczkę?
-... Wal się! - Warknęła, szybkim krokiem wyprzedzając mnie. Przewróciłem bezradnie oczami, patrząc jak kuśtyka. Po chwili poczułem jak coś nagle skacze mi na plecy. Odwróciłem się zdezorientowany i ujrzałem nie kto innego jak tę sierotę.
- Tak, tak, nie krępuj się... - Warknąłem zirytowany, jednak ona to olała w stu procentach.
- No to teraz na górę! - Uśmiechnęła się triumfalnie, opierając łokciami na moim ramieniu.
- Nie za wygodnie ci?...
- Ani trochę... - Zaśmiała się cicho pod nosem. Westchnąłem ciężko, stawiając powoli kroki przed siebie. Śnieg powoli spadał z nieba, okrywając ziemię białą, puchową powłoką.
- Wiesz co? - Mruknęła cicho Alisa po dłuższej chwili milczenia. - Może nie jesteś aż taki zły... - Spojrzałem na nią lekko zdziwiony. Może i ta sierota miała rację. Ta... Wiem, jak to jest ukrywać swoje prawdziwe "JA" przed samym sobą przez tyle lat.
- Czasami mi się uda... - Odparłem po chwili. Nie mogłem jej okłamać, że cały czas tryskam radością do innych, bo nawet ona sama wiedziała jaka jest prawda. Coś we mnie cały czas podpowiadało mi, aby zabijać. Ja bez zmrużenia oka to robiłem. Dlaczego? Taki się stałem... Gdyby pomyśleć, że jeszcze jakiś czas temu wyżywałem się na niej i chciałem pozbawić życia, sam nie mogę uwierzyć w to, że przed chwilą stoczyliśmy bitwę na śnieżki jak jakieś dwa rozwydrzone bachory. Dlaczego...
Po jakimś dłuższym czasie dotarłem wraz ze zbędnym balastem do starych ruin. Widok nieprzytomnych ciał nie zaskoczył mnie ani trochę.
- Naya... - Powiedziałem, a dziewczyna od razu zjawiła się przy mnie. - Weź to coś i zabierz na górę. Trochę jej się przysnęło.
- Mhm... - Kiwnęła głową, biorąc za ramię śpiącą Alise. Zmrużyłem lekko oczy, zapalając peta.
- Muszę zniknąć na pewien czas.
- Zniknąć?...
- Taa... Chodzi tu bardziej o dowiedzenie się, co knuje Black. Mam pewien bardzo ciekawy sposób na zdobycie informacji. Więcej nie musisz wiedzieć.
- Rozumiem... - Westchnęła.
- I nie mów nic reszcie... Niech żyją w tej nieświadomości, będzie zabawniej... Wyłącznie nie mów tej sierocie...
- A Ricko?
- Ten debil nawet nie spróbuje ruszyć tym czymś co ma na szyi, więc o to mogę być spokojny. Bądź czujna, nie daj się w nic wrobić... Ufam ci... - Mówiąc to, obdarzyłem ją chłodnym spojrzeniem, po czym mijając dziewczynę wyszedłem z pomieszczenia. Wracam do dawnego siebie. Przebywanie z tą sierotą szkodzi mi... Ale sam nie wiem, czy to źle, czy dobrze...
~Shail~
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)