piątek, 18 października 2013

XLI ~Cień

Omiotłem chłodnym spojrzeniem całą resztę, która z przypływu adrenaliny nie mogła już ustać w miejscu. Ich podręczne skrytki przepełnione były amunicją i różnego rodzaju bronią. Przelotne uśmieszki utkwiły na ich twarzach i jakoś nie chciały z nich zejść.
- Billy... - Odezwałem się, na co on momentalnie wzdrygnął się i odwrócił w moją stronę.
- Słucham?
- Ty zostań... Przypilnuj jej... - Spojrzałem się w stronę opatulonej Alisy. - Jakby co, będziemy w kontakcie... - Każdy wie, co ma robić?
- Ta jess! - Zasalutowali, po czym wszyscy opuściliśmy pomieszczenie.
        Na zewnątrz panował pół mrok. Jasna tarcza księżyca oświetlała warstwę śniegu, która przykrywała ziemię i połyskiwała jak dzisiejsze gwiazdy. Kierowaliśmy się do fabryki broni, która była jednym z najnowszych nabytkow ostatniego czasu. Jej skarby były skrzętnie ukryte w środku, gdzie tylko nieliczni mogli dostać się ze względu na tysiące facetów w mundurach chroniących tego mejsca.
- Rozdzielamy się... Najpierw porządkujemy tamtych... Potem wy zajmiecie się pozostałą częścią, a ja z resztą wkradniemy się do środka... - Wszyscy kiwnęli głowami i zajęli swoje pozycje. Wyjąłem noże i po cichu niczym kot zakradlem się do pierwszej grupki, która niczego nie spodziewająca się, pełniła wartę.
        Po chwili ich zakrwawione ciała bezwladnie osunęły się na ziemię. Poprawiłem maskę i dałem znak reszcie. Znaleźliśmy wejście od tyłu, gdzie strażnicy już dawno zostali załatwieni. Wślizgnęliśmy sie niepostrzeżenie jak cienie, zlewajac się z ponurą rzeczywistością jaka panowała w środku. Omiotłem wzrokiem pomieszczenie, stwierdzając, że jeśli nawet są tu strażnicy, to dobrze musieli się poukrywać.
        Nagle cichy szept odbił sie echem od zimnych ścian. Instynktownie odwróciłem głowę w stronę nadchodzących dziwięków, które skradały się w naszą stronę.
- Idźcie... - Wydałem krótką komendę. Nie sprzeciwiając się, skierowali swe kroki w stronę drzwi do składowni.
       Skoczłem w górę na metalowy, gruby pręt i przykucnąłem na nim obserwując wszystko z góry. Pierwszą postacią, jaką zauważyłem był to nie kto inny jak Black. Od razu przed oczami ponownie pojawił się obraz zakrwawionej Alisy, związanej na śniegu. Jego zachowanie mnie nie dziwiło. Przeciez był jebanym skurwielem. Ale przecież to jego córka.
- Teraz nie możemy zaatakować... Wiedzą na pewno, jakie są nasze zamiary. Powuerzam ta sprawę w twoje ręce. - Spojrzal się w stronę Bloody Moona, która stał oparty o ścianę.
- Oczywiscie, panie Black. Nie zawiódę pana.
A ja nie mogę zawieść tej sieroty...
~Shail~

XL ~Pielgrzymka

  To...ciepło, które od niego biło sprawiało, że czułam się bezpieczna, ale i speszona. Nie potrafilam uwierzyć, że ten skurwiel skręcił mi kostkę. Ale co ja się dziwię, wypchnął mnie z okna na lód, a oczywiście z moim wrodzonym sieroctwem musialam się uszkodzić. Westchnelam ciężko przewracajac się na drugi bok i owijajac się szczelniej kocem. Przez ojca nie miałam teraz okna i całe zimno wpraszalo się do pokoju. Przed oknem uzbierala się nawet spora kupka śniegu... Usłyszałam skrzypniecie drzwiami.
-Huh...zimnawo tu troszku... -Billy naciągnął rękawy bluzy.-choć...na dole jest troszkę ciepłej..
-A..ale..psychopata...-wydukalam z siebie siadajac
-On mnie przysłał... -pomógł mi wstać i biorąc moja torbę odeskortowal na dół. Wszyscy na coś się szykowali, znów zaatakują..czy oni zawsze muszą zabijać? Czy ich aż tak to bawi...
Billy posadził mnie na kanapie i podał koce, którymi od razu się opatuliłam, a on zostawiając moją torbę przy kanapie usiadł do komputera.
-Nie zapomnij wyłączyć kamer...-powiedziała Naya ostrzac noże.
-Spokojna głowa, wyłącze od razu alarmy orazo ogrodzenie pod napięciem.
-W..takim r...razie..gdzie się wlamujecie, że mają ogrodzenie pod napięciem...?-spytalam niepewnie bawiąc się własnymi palcami.
Chwilę milczeli.
-Potrzebujemy broni...-Ricko westchnął ciężko oczekując ciosu od psychopaty, jednak ten tylko mruknął coś pod nosem i schował ostrza pod płaszcz.
-Zaczynamy panie, panowie i Ricko...-powiedział, po czym cała pielgrzymka wyszła z budynku...
~Alisa~

piątek, 11 października 2013

XXXIX ~Porwanie i ratunek

Skierowałem swe kroki w stronę znanej sylwetki ruin. Tak trudno przyzwyczaić się teraz do nowego miejsca. Wszystko wydaje się być takie oddalone od rzeczywistości, że powoli sam mylę rzeczywistość z fikcją. Czuję, że wszystko uległo zmianie. Tylko czy na lepsze? Nic już przecież nie jest takie samo, jak wcześniej. Tylko dlaczego...
        Wbijam jak zwykle z przysłowiowego buta nie pieprząc się w pukanie. Zlustrowałem dokładnie pomieszczenie i stwierdziłem, że musiało być grubo. Wszyscy leżeli nieprzytomni, przewracając się z boku na bok. Ja rozumiem, że Ricko, no ale żeby już cała reszta? Mam rozumieć, że ten pedofil stał się przywódcą ludzkości i namówił wszystkich do wspólnego jarania pod pretekstem "Hej ludzie, póki tego psychola nie ma!".
        Westchnąłem głęboko i omijając zjarane zwłoki, wspiąłem się na górę po drewnianych schodach.  Może przynajmniej ona nie będzie na haju i będzie można z kimś pogadać. 
Otworzyłem drzwi, które wydały z siebie cichy odgłos skrzypnięcia i wszedłem do środka. Po chwili stanąłem jak wryty, nie mogą wydukać z siebie ani jednego słowa.
Uciekła...?Szybkim krokiem podszedłem do łóżka. Tabletki są, torba jest. Skoro tak...
Ktoś "pomógł" jej uciec... Przekląłem w myślach samego siebie, że pozwoliłem zostać jej samej z tymi debilami. Zeskoczyłem ze schodów i wybiegłem na zewnątrz. Samotne płatki śniegu spadały z nieba i wirując upadały na zmarzniętą ziemię. Mój oddech tworzył charakterystyczną parę, która znikała po paru sekundach. Rozejrzałem się nerwowo na wszystkie strony, szukając choćby jednej, małej wskazówki, gdzie mógł ją zabrać. Nie miałem wątpliwości, że mógł to być jej ojciec.
Chwila... Nagle na śniegu dostrzegłem ślady krwi. Zmrużyłem oczy i zacząłem podążać ich śladem.
- Ha! No i co gówniaro!? Było uciekać?! Mówiłem, że znajdę cię wszędzie! Jesteś nic nie warta! Tak samo jak twoja matka! - Skryłem się w cieniu, obserwując ciekawą scenę. Wzrok mnie nie mylił, że był to Black, znęcający się na swoją związaną, zapłakaną i zakrwawioną córką. Żyć nie umierać.
- A teraz wybacz, jednak muszę cię zabić. Dla ciebie, nie ma miejsca na tym świecie. Nie jesteś mi już potrzebna. To, co w tobie jest wyjmę dopiero gdy zginiesz. - Uniósł spluwę do góry, celując w głowę czarnowłosej. Przyłożył palec do spustu i...
- Ups, znowu się wpraszam. - Uśmiechnąłem się podle i przekrzywiłem Blackowi tą "śliczną" buźkę. Zachwiał się, gubiąc broń i upadając do tyłu. Zauważyłem jeszcze zdumione spojrzenie dziewczyny, która skamieniała obserwowała to wszystko.
- Wystraszona...? - Spytałem po chwili. Wzdrygnęła się, jednak nie odpowiedziała ani słowem. Rozwiązałem ją, po czym ona szybkim ruchem podniosła się z ziemi, jednak po chwili tego pożałowała, gdyż o mało co nie spotkała się z twardym podłożem.
- Uważaj, jak łazisz, sieroto... - Przewróciłem oczami. Miała szczęście, że wylądowała mi na rekach, a nie na śniegu.
- E-Em... D-dzięki... - Wydukała speszona, odwracając wzrok. Westchnąłem głęboko i skierowałem swe kroki w drogę powrotną.
- Czekaj! Zamierzasz mnie.. nieść przez całą drogę?...
- Cóż... Jeśli chcesz, mogę cię tu zostawić. Samą, ze skręconą kostką...
- Skąd wiesz, że jest skręcona...  - Syknęła.
- Wcale nie widziałem, jak o mało co się wywaliłaś stając... - Westchnęła, dalej milcząc.
Nie dość, że w komfortowych warunkach zostanie dostarczona do "przytulnego" pokoiku, to jeszcze przepierduje... i weź tu człowieku się żeń...         Gdy dotarliśmy na miejsce, reszta nadal słodko spała po prochach. Ponownie wdrapałem się po schodach wraz ze zbędnym balastem i położyłem go na łóżku w pokoju.
- Leki i spać sieroto... - Odezwałem się po chwili. Alisa prawie nie widocznie kiwnęła głową i otuliła się kocem. Westchnąłem głęboko i poczekałem aż uśnie. Wtedy usiadłem sobie na honorowym miejscu na oknie i obserwowałem.


~Shail~

niedziela, 6 października 2013

XXXVIII ~Nic dziwnego

Obudzilem się w tym samym miejscu. Cud, że jeszcze żyłem. Sądząc po stanie psychicznym tej dziewczyny, zdesperowana mogła wyciągnąć nóż i zabić mnie na miejscu. Westchnąłem głęboko i zmusiłem mięśnie do współpracy. Kątem oka zauważyłem śpiącą sylwetkę Alisy. Przez chwilę zawiesłem na niej swój wzrok.
Jednak zostałem...
Nagle poczułem coś dziwnego na twarzy. Zmrużyłem oczy i zdjąłem maskę. Przejechałem dłonią po policzku, czując jakiś samoprzylepny materiał.
Plaster?
Nie mówcie mi, że w nocy zamiast mnie zabijać, bawiła się w pielęgniarkę. Dlaczego to zrobiła... Czy była aż tak ciekawa mojej twarzy i zdjęła maskę, zobaczyła to co... Zobaczyła i ją ruszyło sumienie? Dlaczego...
        Po dłuższej chwili wstałem z okna i zasunąłem kurtkę. Podeszłem do niej i spojrzałem na jej spokojną twarz.
Ogarnji że się... Masz ją zabić...
W ten jakby mnie olśniło.
Jasne, że nie wzięłaś leków sieroto... A potem będziesz umierać...
Wziąłem jakąś kartkę i nabazgrałem na niej: "Nie zapomnji o lekach, anorektyczko..." po czym zostawiłem ją na stoliku. Ostatni raz uraczyłem ją swoim spojrzeniem, po czym wyszedłem cicho.
        Na dole widok, który ujrzałem wcale mnie nie zdziwił. Puste paczki po szlugach i po... Żelkach? No nie wiedziałem, że żelkami można się naćpać, ale widocznie Ricko obala wszelakie mity. Pokrecilem głową i skierowałem się do wyjścia.
- Shail? Już wstałeś? - Rudowłosa przetarła oczy.
- Taa... Trzeba by tu posprzątać... - Rozejrzałem się po pomieszczeniu. Dziewczyna kiwnęła głową i wstała.
- W porządku? - Spytała. - Twoje ręce... - Dodała, choć po chwili zdała sobie sprawę, że nie powinna.
- Nie ważne, co tam się stało... Żyjecie... Cieszcie się i posprzatajcie tu... A, i jeszcze jedno... Przypilnuj anorektyczke, żeby wzięła leki...
- Mhm... - Naya Kiwnęła głową, zajmując się pracą i w dość nieprzyjemny sposób budząc wszystkich. Pokrecilem głową, po czym wyszedłem. Zapewne znów wrócę w nocy.
~Shail~

XXXVII ~On bez maski

 Czyżby...czytał mi w myślach? Został. Sama nie wiem czemu tego chciałam, ale chyba przy nim czuję się....bezpiecznie. Przeniosłam na niego wzrok, spał. Dziwię się że nosi maskę. Czego się boi? Niepewnie wstałam i cicho podeszłam do śpiącego psychopaty. Niepewnie zdjęłam maskę. Czarne półdługie kosmyki opadały na jego posiniaczoną twarz. Był nawet...
Nie myśl o tym idiotko... Nie możesz o nim myśleć w ten sposób...zbyt wiele was różni...
Odgarnęłam kilka kosmyków z jego twarzy. Westchnęłam ciężko i podeszłam do torby. Wyciągając z niej plastry natknęłam się na coś. Ołówek, no tak... przecież zawsze mam go przy sobie. Ponownie podeszłam do chłopaka. Delikatnie przykleiłam plaster do najbardziej krwawiącej rany na policzku.
     Chwilę jeszcze patrzyłam na jego twarz by po chwili ponownie zwrócić mu jego maskę. Usiadłam na łóżku i wyjęłam teczkę z moimi rysunkami. Chciałam kiedyś zostać rysownikiem, nawet dobrze mi wychodziło.
-ROOOOOOSNĄĄĄĄ BZYYY NAAAA POOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOLACH!!! -Ricko wydzierał się, zakład że był znów bod wpływam? Albo po prostu mu odwalało... Westchnęłam ciężko.
-Zamknij pysk! Nawet po żelkach ci odwala.... -Naya najprawdopodobniej go walnęła. Wyśmiewczy uśmieszek zagościł na mojej twarzy.
Są tacy....zabawni..
I znów zaczynam się zachowywać jak psychopatka.... Za dużo z nimi przebywam, ale z drugiej strony nie chcę odchodzić. Cholera....


~Alisa~

XXXVI ~.Nowe lokum

Wpatrywałem się w kontury sufitu, który zakryła gruba warstwa cienia. Może ta mapa nie była zbyt dokładna i dlatego tych debili jeszcze tutaj nie ma. No nie będę ich przepraszał za to, że krew jest wszędzie i zawsze coś musi się ubrudzić, prawda? Pisałem ją na szybko. Na wszelki wypadek, gdyby stało się coś, czego nie mógłbym przewidzieć. I stało się. Przydała się, jednak nie wiem, czy im pomoże.
        Na zewnątrz zrobiło się o wiele chłodniej. Gdyby nawet wpatrzyć się dokładnie, można zauważyć delikatnie białe płatki, wirujące w powietrzu. Idzie zima i nie można tego uniknąć. Na śniegu bardziej widoczne są krwawe ślady, które nie szybko znikają. I tak jednak nie zostanie ograniczona liczba morderstw. To nigdy nie będzie nudne i nawet idiotyczny śnieg tego nie popsuje. W końcu taka rozrywka dla stępienia noży i zmarnowanie jej to grzech.
- Chyba to tutaj... - Usłyszałem nagle znajomy głos pedofila na prochach. Raczej tym razem był trzeźwy. Pewnie Naya nie dała mu jarać. Po ostatnim jego wybryku długo będzie pamiętał odcisk jej buta na mordzie.
- A skąd wiecie? Ciemno coś tu i  nic nie widać, może to gdzie indziej?
- To na pewno tu. - Rudowłosa schowała mapę i rozejrzała się po pomieszczeniu. - Trzeba tu tylko trochę ogarnąć i będzie okej. Zajmijcie się czymś, a nie stójcie tak jak ostatni debile. - Spiorunowała ich wzrokiem. Cofnęli się o krok, a na ich czołach pojawiły się krople zimnego potu.
- A jak myślicie, gdzie jest szef?
- Może nie żyje?
- Gdzie tam! Ale no w sumie miał się spotkać z tym no.. jak że mu szło.. Nie pamiętam, ale może już mogiła i mamy spokój...
- Ahh, pięknie by było...
- Noo....
- Nie chcę się wtrącać, jednak nie ładnie rozmawiać o śmierci kogoś, kto żyje... - Wtrąciłem się znienacka do rozmowy. Wszyscy wzdrygnęli się i zaczęli panicznie rozglądać po pomieszczeniu. Westchnąłem ciężko i przewróciłem oczami.
- Na górze, idioci... - Dodałem, na co oni przenieśli wzrok na górne belki, na których spoczywałem. W sumie pewnie mało co widzieli pośród ciemności, która tu panowała.
- Zaprowadźcie dziewczynę na górę. A wy zamknijcie drzwi bo zimno. - Przeciągnąłem się na  drewnie i przewróciłem na bok. Syknąłem cicho pod nosem, gdy cholerna rana sama mi o sobie przypomniała. Spojrzałem kątem oka na resztę, która krzątała się po pomieszczeniu, ogarniając wszystko. Naya zaprowadziła Alise na górę, do pokoju, który jej wskazałem. Jedynie tam było... w miarę normalnie na te ruiny. Chociaż mogłem jej dać najgorszy pokój w całym tym miejscu, nie zrobiłem tego. Czemu? Sam nie wiem...
        Po jakimś czasie psychole i gwałciciele zdążyli przyzwyczaić się już do nowego lokum. Rozmawiali w najlepsze, zaciągając się jakimś tanim ostatnio "znalezionym" towarem. Tylko jedyny Ricko, który mógł jedynie popatrzeć na poczynania innych siedział z naburmuszoną miną obrażony na cały świat... i na rudowłosą, która przeszywała go na wylot morderczym spojrzeniem, jeśli tylko choć na centymetr wyciągnął rękę po szluga.
        W końcu znudziło mnie to ciągłe leżenie i postanowiłem zajrzeć do naszej ludzkiej galarety. Wdrapałem się cicho po schodach i uchyliłem drzwi od jej pokoju. Leżała odwrócona tyłem do mnie bawiąc się własnymi palcami. Fascynujące...
- Aż tak ci się nudzi?... - Spytałem, będąc na tyle blisko, że mogłem jej to szepnąć na ucho. Brunetka wzdrygnęła się, obracając gwałtownie. Teraz nasze twarze dzieliło jedynie parę centymetrów. Zawiesiła swoje spojrzenie na mojej masce, nie mogąc wypowiedzieć ani jednego słowa. Chwała, że nie na mojej twarzy z siniakiem na połowie oka.
- Boisz się? - Spytałem po chwili. Nie uzyskałem jednak odpowiedzi. Dziewczyna nadal pusto wpatrywała się w moją maskę. Po chwili odszedłem od niej i usiadłem na oknie.
- Widzę jednak, że znalezienie ruin nie sprawiło wam większego problemu...
- C-Cóż... Nie widzieli napisu... - Odparła cicho. Wywróciłem oczami śmiejąc się w duchu. Mogłem się tego po nich spodziewać.
- Więc jak doszliście?
- ... Pokazałam im napis...
- Jedyna trzeźwa byłaś, czy jak... - Westchnąłem. Wzruszyła ramionami, wpatrując się we własne dłonie. Dłonie podobne do moich....
- Nie ważne... Weź leki, bo następnym razem jak będzie cię trzeba ratować, to prędzej cię zabiję. - Skierowałem swe kroki w kierunku wyjścia.
- A-ale... - Zaczęła, jednak gdy tylko spojrzałem się w jej stronę, zamilkła. Albo chciała coś powiedzieć, czego potem by żałowała, albo mi się tylko zdawało. - Znaczy j-ja tylko... Chciałam powiedzieć, że wezmę... - Dodała po chwili i odwróciła się ponownie plecami. Przez chwilę stałem w miejscu bijąc się z własnymi myślami. Albo mi się zdawało, albo chciała... abym został? Nie szedł? Nie rozumiem... Przecież się mnie bała, więc czemu...
        Podszedłem do niej cicho i spojrzałem ukradkiem na jej twarz. Miała zamknięte oczy, ale nie spała. Westchnąłem cicho i usiadłem sobie jak zwykle na oknie. Naciągnąłem kaptur na głowę, gdy poczułem przenikające zimno. Jeszcze raz spojrzałem się na dziewczynę. Albo jestem głupi i tego nie rozumiem, albo po prostu jestem debilem. Nie miałem już siły, żeby trzeźwo o tym wszystkim myśleć, więc po prostu zasnąłem.


~Shail~

XXXV ~Ricko nie lubi krzaków :C

Siedziałam między Ricko a Billy'm na ławce w parku. Naya starała się ogarnąć mapę latając od przechodnia do przechodnia, lecz każdy pokazywał inny kierunek.
-To nie ma sensu... ma ktoś fajki.... -Ricko westchnął ciężko
-Ty....już...nie....palisz...-Naya zaakcentowała każde słowo powoli podchodząc do niego. Chłopak zbladł i zbyt mocno odchylił się do tyłu, by po chwili wpaść w krzaki. Podły uśmieszek zagościł na twarzach reszty, a po chwili zaczęli tarzać się ze śmiechu po ziemi.
-M...możemy iść...? -odezwałam się niepewnie
-A wiesz dokąd...jeśli tak, to droga wolna.. -rudowłosa prychnęła pod nosem i rzuciła we mnie mapą. Rozmazane kształty i plamy... mam nadzieję że po soku a nie po czym innym.
-Psychopata chciał żebyśmy spotkali się w ruinach zamku.. -odpowiedziałam po chwili.
-A skąd wiesz...tutaj nie ma zaznaczonych żadnych ruin...
-Ale za to jest napisane markerem "idźcie do ruin na południu miasta"...
Popatrzyli po sobie i walnęli się rękami w czoło.
-Idziemy.
Pociągnęli mnie za ramię i ruszyli na południe. Ricko coś śpiewał, Billy coś klikał na telefonie a Naya z kamienną twarzą ciągnęła mnie za ramię. Ciekawe co się stało z psychopatą? Może zginął? Ale dlaczego te myśli mnie nie cieszą a tylko niepokoją? Może chcę aby żył?
  Robiło się coraz zimniej i zimniej. W końcu końcówka listopada, nie ma dziwne że zimny wiatr uprzykrzał wszystkim życie.

~Alisa~

piątek, 4 października 2013

XXXIV ~Śmiertelna samotność...

Siedziałem i wpatrywałem się we własne obandażowane dłonie. Czułem, jakby minęły całe wieki, a w rzeczywistości to były tylko jakieś trzy minuty bez dokładności. Trzy minuty, odkąd cała reszta spieprzyła gdzieś chuj nie wiadomo gdzie. Sam nie wiem, dlaczego ostrzegłem ich przed tym wszystkim. Miało mnie przecież nie obchodzić nic. Sami się w to wpakowali, dołączając do tej chorej bandy, więc sami powinni umieć o siebie zadbać.
Więc dlaczego... Może wszystko byłoby jak dawniej, gdyby nie ta cholerna dziewczyna. Kolejny raz zadaję sobie pytanie, co w niej takiego jest, że jeszcze jej nie zabiłem. Dlaczego nigdy nie mogę nacisnąć spustu, choć tak bardzo tego chcę. Dlaczego ciągle siedzi w mojej głowie, choć ja tak bardzo tego nie chcę... To wszystko jest takie popieprzone, jak cały świat.
        Nagle słyszę ciężkie kroki, które odbijają się echem w mojej głowie. Podnoszę głowę i widzę zamaskowaną postać, która kieruje się w moją stronę. Nawet nie muszę zgadywać, kto to jest.
- Punktualnie, jak zawsze. - Spojrzałem na zegarek, a następnie swój wzrok przeniosłem na postać, która uśmiechnęła się psychicznie.
- Oh, przecież wiesz, że na takie okazje nigdy się nie spóźniam. A gdzie twoja gromadka, Shail? Wzięli dupy w troki i spierdzielili? To było do nich podobne. - Westchnął. Postanowiłem zamilczeć i nie komentować tego. Nie chciałem marnować powietrza na zbędną wymianę zdań z tym gnojem. On natomiast nie szczędził słów i coś mi w tym nie pasowało. Zazwyczaj milczy. Nie należy do osób wielce rozgadanych.
- No dobrze, gotowy na śmierć? - Spytał w końcu.
- Jak zawsze... - Mruknąłem pod nosem. W ten kątem oka zauważyłem cienie przemykające się cicho po pomieszczeniu.
Czyli jednak... Zmrużyłem oczy i wyjąłem nóż. Obróciłem się szybko, atakując cień, który znikł. Zamachnąłem się ponownie, przywalając z buta kolejnego, który z jękiem opadł na ziemię.
- Brawo, brawo... Tylko się nie przemęcz... - Usłyszałem ironiczny głos. Syknąłem pod nosem, powalając kolejnego. Zdałem sobie jednak sprawę, że jest ich coraz więcej. Coraz więcej ich przybywa. Są dokładnie jak kopie cieni, które nie znikają...
- Koniec zabawy, Shail... - Nagle poczułem jak świat zawirował mi przed oczami. Zachwiałem się, przywalając w ziemię. Słyszałem urywane głosy, które szeptały niezrozumiałe dla mnie słowa. Wszystko stało się mdłe i zamazane. Nie mogłem tego dłużej wytrzymać. Zamknąłem oczy.

                                                                               ~♠~


Poczułem nagłe szarpnięcie, które przywróciło mnie do normalnego świata. Na chwilę uchyliłem powieki, jednak pożałowałem tego i ponownie je zamknąłem. Zakręciło mi się w głowie, a czułem jakby wszystkie moje wnętrzności zwinęły się w jeden kłębek. Zacisnąłem zęby, czekając aż to wszystko ustąpi i ponownie spróbowałem otworzyć oczy. Ogarniała mnie ciemność. Może jedynie trochę światła dawała lampa, zawieszona na górze. Ręce miałem skute, a łeb mi pękał. Nie wiedziałem gdzie jestem, ani nie miałem najmniejszej ochoty nad tym rozmyślać.
- Więc się już obudziliśmy, co? - Uniosłem głowę i ujrzałem tą samą szpetną gębę. Oczy same mi krwawiły od patrzenia na tego typa. Był chyba najbardziej znienawidzoną osobą przeze mnie, jaka stąpała na tej ziemi.
Może oprócz córki Black'a i jego samego... Chociaż jej może aż tak nie nienawidzę... Świetnie, akurat teraz muszę o tym myśleć, bo naprawdę to jest odpowiednia chwila na to. A zaraz wbije siedem krasnoludków i zagramy w pokera...
- Jak na ciebie patrzę to mam ochotę wysłać smsa o treści pomagam.... - Prychnąłem pod nosem, za co dostałem tylko po mordzie. Wyplułem trochę krwi i spojrzałem się krzywo na postać nachylającą się nade mną. Czy on był aż tak z siebie zadowolony?
- Radzę ci się tak nie rzucać... - Syknął mi do ucha.
Historia lubi się powtarzać....Po chwili wstał i odszedł, znowu zostawiając mnie samego. To już dla mnie chyba normalność i przyzwyczaiłem się do tego na tyle, aby móc to zaakceptować. Tą ciemność, tą ciszę, która towarzyszy mi od lat. Czuję, jakbym w niej zatonął i nie mógł wypłynąć na powierzchnię. Jakbym powoli się dusił, tracił dostęp tlenu i nie mógł z tym nic zrobić. To uczucie bezsilności jest przytłaczające....
I znowu te przerażone oczy wpatrujące się we mnie z końca pokoju... Kim ona tak naprawdę jest. Co ma w sobie i co chcę od niej Black. Gdyby nie była tak ważna, już dawno by ją zabił, jednak tego nie zrobił. Zabił tylko jej matkę. Co za skurwysyn.
        Nagle usłyszałem przytłumiony pisk, połączony ze szlochem. Zaskoczony uniosłem głowę i ujrzałem małą dziewczynkę prowadzoną przez dwóch napakowanych debili. Miała długie, ciemne włosy i zapłakana twarz. Więcej szczeguóów nie widziałem. Próbowała wyrwać się dwóm napastnikom, jednak bez najmniejszego skutku. Postanowiłem wykorzystać okazję. Wyjąłem podręczny nożyk i zacząłem bawić się w rozcinanie więzów, które wykręcały mi ręce. Po chwili udało mi się. Schowałem nożyk i rozmasowałem nadgarstki. Rozejrzałem się dokładnie, czy aby nikt nie nadchodzi i założywszy maskę wtopiłem się w cień. Wiedziałem, że reszta przebywa teraz pewnie w innym pomieszczeniu, toteż postanowiłem złożyć im małą wizytę, czyniąc masowy mord na winnych duszyczkach. Tak dawno tego nie robiłem, że już zapomniałem, jakie to przyjemnie uczucie mordować.
        Zatrzasnąłem za sobą drzwi, powodując, że ciemność całkowicie przejęła panowanie. Wyjąłem zimną stal, która błysnęła niebezpiecznie. Jeden krok, jeden ruch. Trysnęła krew, a ciała bezwładnie opadły na ziemię. Uśmiechnąłem się podle i opuściłem pomieszczenie. W ten usłyszałem strzał. Zmrużyłem oczy i podążyłem w jego kierunku.
        Zauważyłem, jak napastnik ucieka z  bronią w ręku zostawiając wykrwawiającą się dziewczynkę. Podszedłem bliżej i spojrzałem się na nią. Poczułem jak kolana same się pode mną uginają. Nie moglem wypowiedzieć żadnego składnego słowa, toteż przez chwilę milczałem.
Mia...? Przecież ty nie żyjesz... Moja siostra nie żyje... Dlaczego ona musi być do niej tak podobna... Dlaczego... Kucnąłem nad ciałem dziewczynki, którą wstrząsały przed śmiertelne drgawki. Miała ranę postrzałową w okolicach brzucha, z której wypływała czarna krew. Dostała w wątrobę. Umrze za około pięć minut, może jeśli przyciśnie ranę, przedłuży czas do dwudziestu minut, chociaż wątpię, aby jej się to udało.
- N-nie chcę.. U-umie-erać... - Załkała.
- Nie umrzesz... - Odparłem po chwili.
- Ja chcę d-do mamy...
- Spotkasz ją kiedyś, na pewno... - Westchnąłem i zamknąłem jej powieki dłonią. Po chwili jej ciało bezwładnie opadło na ziemię, z którego wypłynęło więcej krwi. Zasnęła... Na zawsze.
Tak jak Mia... Jeszcze przez chwilę wpatrywałem się w jej bladą, nieruchomą twarz, po czym wstałem i odszedłem. Muszę wrócić do reszty. Odnaleźć ich. W końcu trzeba znowu kogoś męczyć psychicznie....


~Shail~

wtorek, 1 października 2013

XXXIII ~Ponowna ucieczka

Zeskoczyłem z dachu i udałem się prosto do naszej tajemni. Musiałem działać szybko, aby potem nie robić za grabarza i nie oglądać tych wszystkim zwłok. Zapewne gość nie był zwykłym zabójcą na zlecenia. Wiedziałem, kim jest. Już kiedyś polował na moją skromną osobę, jednak nie udało mu się to. Zawsze byłem jakoś o krok do przodu i udawało mi się przewidzieć jaki ruch w danym momencie wykona. Jak w grze. Tylko różnica jest taka, że stawką jest życie.
        Wracając do tematu imiennego tego psychopaty, to uchodzi pod ksywą "bloody moon". Naprawdę uroczo... Budzę głęboki sentyment do tego "imienia"... Ta, raczej sentyment rzygania na odległość.
        Dochodzę już na miejsce. Jak zwykłe bez zapowiedzi wbijam z buta. Po co się pieprzyć.
- Ludzie i nieludzie... Wynosicie się stąd. - Powiedziałem, wchodząc na górę po schodach.
- Ale szefie! Co jest? - Spytała Naya, mrużąc oczy.
- Nie, żeby mi zależało, ale za około godzinę będzie tu naszpikowany żelastwem psychol, który pozabija was wszystkich. - Odparłem ironicznie. Reszta w trybie natychmiastowych zwlokła się z miejsc pakując śmieci. Im to jednak nie trzeba dwa razy powtarzać.
        Wszedłem do małego pokoiku, gdzie spoczywało truchło brunetki. Zlustrowałem ją dokładnie wzrokiem, stwierdzając, że śpi. Podszedłem do niej, a następnie szarpnąłem za ramię, przywracając do pionu. Dziewczyna zbudziła się gwaltownie i gdy tylko zobaczyła moją twarz, zamarła.
- Idziemy, anorektyku... Zbieraj zabawki.
- I-idziemy? Ale...gdzie?
- Ty idziesz z innymi. Pakuj się, ale już... - Warknąłem. Rozdygotana galareta zaczęła drżącymi rękami zbierać swoje rzeczy. Po chwili zawiesiła torbę na ramię gotowa.
- Świetnie... - Ponownie złapałem ją za ramię i pociągnąłem za sobą na dół, gdzie czekała reszta. Wszyscy przeniesli na nas swoje obślizgłe ślepia.
- Wy wszyscy, plus anorektyczka i pedofil. Wynosicie się chuj daleko. Macie mapę. - Wyłożyłem na stół kawałek brudnego papieru. Znając ich orientację w terenie pogubią się gdy tylko stąd wyjdą.
- Szefie, a ty nie idziesz?
- Umówiłem się na małe spotkanie. Nie czekajcie na mnie. Lepiej spieprzajcie już. - Ponagliłem ich. Przez chwilę stali w miejscu, wymieniając miedzy sobą zdziwione spojrzenia.
- Jazda! - Warknąłem. Automatycznie zerwali się do biegu. W sekundę już ich tu nie było.
- Naya, pilnuj jej... - Dodalem po chwili wiedząc, że dziewczyna nadal nie wyszła. Kiwnęła tylko głową na znak, że rozumie i również znikła. Zostałem sam. Godziny mijały, a wraz z nimi minuty dzielące mnie do spotkania. Dobrze, że ostatnio ostrzyłem noże...
~Shail~

XXXII ~Kara

Na sam widok tego pedała, który bezskutecznie próbuje uciec od niewidzialnych macek, które oplatają go ze wszystkich stron chcę wybuchnąć śmiechem. Wygląda równie debilnie, jak się zachowuje.
- Coś ty sobie idioto myślał, hm? - Podszedłem do niego powolnym krokiem i kucnąłem na przeciwko tak, aby mógł spojrzeć mi w oczy. Tylko wtedy mogłem mieć pewność, że nie kłamie, choć był do tego zdolny.
- S-Shail! Ja t-tylko no sam wiesz jak to jest no człowiek nie myśli co robi i-i no ten...
- Jakoś twoje tłumaczenia mnie nie przekonują. Mam rozumieć, że chcesz się już spotkać z własnym ja w odmetach czeluści...
- Ale, że co?...
- Ze śmiercią, debilu... Powstrzymywać się nie będę. Poza tym, ostatnio naszła mnie jakaś taka ochota na pozbawienie kogoś życia.
- Jesteś okropny... - Skwitował. Westchnąłem głęboko i łapiąc go za włosy pociągnąłem w dół. Ricko prawie pisnął, próbując się wykręcić.
- Prosze, prosze, proszę, proszę nie! Moja psychika, ała, boli!
- Jeśli jeszcze raz wpakujesz się w takie gówno, osobiście ci obiecuję, że siądę na dachu i szczęśliwy będę obserwował jak umierasz, dotarło coś? - Szatyn kiwnął szybko głową, uśmiechając się głupio. Na jego miejscu tak bym się nie cieszył. Naya nieźle mu mordę pocharatała.
        W końcu ku jego wielkiej uciesze, puściłem go, aż odskoczyl ode mnie parę metrów dalej, obijajac się o ścianę. Westchnąłem głęboko i zakładając maske wyszłem z pomieszczenia.
-... Zabiles go?... - Tysiące par oczu zwróciło się w moją stronę wyczekujac odpowiedzi. Po chwili jednak jekneli zrezygnowani, odgadując moje myśli.
- Czyli jednak nie... - Westchnęli.
- Karę fizyczną dostał ode mnie... - Wtrąciła się ruda, siedząca w cieniu. - Jak na razie, powinno mu wystarczyć. Kolejnym razem nie będzie miał takiego szczęścia i wpadnie na Shaila. Wtedy możliwe, że nawet transplantacja mu nie pomoże. - Uśmiechnęła się szatańsko, lustrując wszystkich swoim wzrokiem.
- Pilnujcie dziewczyny i nie dawajcie mu więcej szlug. - Wtrąciłem się i opuściłem bazę. Nikt nie pytał o to, gdzie idę. Dobrze wiedzieli, że nie ma to najmniejszego sensu, gdyż i tak będę milczał.
        Powoli zaczynało się ciemnić. Idealny raj jak dla mnie. Dopiero teraz zaczyna się prawdziwe życie. Ci, którzy boją się ciemności nigdy tego nie zrozumieją. To coś więcej, niż tylko zwykły wypad na miasto. Cele rozrywkowe są jak najbardzej krwawe.
- Wiem, że gdzieś tu muszą być, rozumiesz!? Znajdź ich. Znajdź Orły.. Przecież za to ci płace. Jesteś zabójcą, czy zabicie paru osób jest dla ciebie trudne!? - Nagle usłyszałem czyjąś głośną, ale jakże interesującą rozmowę. Skrylem się w cieniu, obserwując poczynania dwóch osób. Jedną z nich rozpoznałem bez problemu, gdyż był to nie kto inny, jak Black. Druga osoba była ubrana na czarno. Jedyną, rzucającą się w oczy cechą było to, że miał niezłe wyposażenie. Płatny morderca? No nieźle.
- Spokojnie, panie Black. Cierpliwości. Niedługo dostarczę ich głowy zgodnie z umową.
- Doskonale... Dziewczyne daj mi żywą, a głowę tego skurwysyna w masce doręcz osobiście.
- Oczywiście...
Świat schodzi na psy...
~Shail~