wtorek, 30 lipca 2013

Zemsta zawsze jest słodka..


Siedzę na dachu jednego z popadających w ruinę już budynków, znajdującego się na uboczu miasta. Słońce dawno zaszło już za horyzont, nie pozostawiając po sobie już nic na niebie. Niebo jest teraz o wiele piękniejsze. Granatowe chmury galopują w ciemnościach skrywających za sobą księżyc.
      Zeskakuję z dachu lodując na suchej ziemi, od razu wznoszę w powietrze tysiące drobin kurzu. Poprawiam płaszcz, oraz maskę ruszając przed siebie. Wiem, że nikt nie może mnie zobaczyć. Jestem tego pewien, równie stuprocentowo, jak tego, że zgon występuje zawsze po pięciu sekundach. Maskuje mnie noc. Stała się ona moją jedyną przyjaciółką, którą witam zawsze po zachodzie słońca.
       Gdzieś w oddali słychać nocne odgłosy rozbijanych butelek, ktoś klnie na życie, a jeszcze ktoś się powiesił, naprawdę uroczo. Przyzwyczaiłem się już do tego. Teraz gdyby mi to wszystko odebrano, to tak jakby odebrano mi tlen. W tym momencie to ja odbieram tlen z dużą dozą brutalności. Uśmiecham się szyderczo, jednak nie widzi tego nikt. Ponownie stawiam kroki przed siebie. Tym razem przyśpieszyłem. Zaciągam się w najodleglejsze zakątki miasta, czyli dokładnie tam, gdzie rasowa panienka pięciu minut nie przetrwa. W powietrzu czuć woń nie dopalonych petów, oraz alkoholu. Dokładnie wiem, gdzie iść. Po chwili skręcam w prawo. Moim oczom ukazuje się nieduży, opuszczony budynek. Nie pieprząc się, wjeżdżam z buta bez zaproszenia. Wszystkie głosy i rozmowy, które były do tej pory prowadzone, znikły, jakby ktoś je pozbawił życia. Bardzo możliwe…
- Sz-szefie… Wróciłeś! – W moją stronę podchodzi wystraszony blondyn.
- A co kurwa, tak wcześnie się mnie nie spodziewaliście? – Warknąłem przechodząc obok niego.
- Z-znaczy n-n-nie o to chodzi… - Wydukał głośno przełykając ślinę.
- Co znowu? – Wzdycham siadając na oknie. Zdejmuję maskę i lustruję wszystkich wzrokiem.
- Kris.. On zdradził nas. – Rzekł w końcu, jakby sprawiało mu to wielką trudność, albo brakowało powietrza. Stawiam na oba.
- Wiem. – Odpowiadam beznamiętnie, zapalając peta. – Zająłem się tym.. – Wypuszczam dymek, a następnie wyjmuje okrwawiony nóż, który wbijam w stół. Kątem oka dostrzegam, jak reszta cofa się.
- Zachowujecie się jak ostatnie śmiecie… - Chowam nóż z powrotem. – Jutro ponownie zaatakujemy. – Oznajmiam nie czekając na wyrażenie ich opinii.
- Ostatnio jakoś nie poszło. Wiedzą, że zaatakujemy, więc zwiększą zapewne ochronę.
- Nie wiedziałem, że jesteś taki inteligentny, brawo. – Odpaliłem przewracając bezradnie oczami.
Idioci…
- Shail... Mogę się tym zająć.. – Słyszę delikatny głos tuż przy moim uchu.
- Naya… Lepiej tego nie spieprz. – Ostrzegam, a następnie zeskakuje z okna. Dziewczyna kiwa głową na znak, że rozumie moją groźbę, a co gorsza to, co może się stać.
   Ponownie zakładam maskę.
- Jutro, wszyscy macie być przygotowani. Spotykamy się tutaj kwadrans po dwunastej, zrozumiano? – Widzę nieznaczne kiwnięcia głowami. Nie obchodzi mnie ich zdanie na ten temat. To ja tutaj wydaję rozkazy, a to już ich problem w jakie gówno się wpakowali.
Zemsta zawsze jest słodka… Ponoć gdy ktoś upił łyk krwawego nektaru, już zawsze będzie czuł jego smak…


~Shail~

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz