środa, 31 lipca 2013

III ~.Krew zawsze i wszędzie


Stoję wpatrzony w bezkresny ocean uśpionych dusz spoczywających bezpiecznie w swoich domostwach. Jeśli oni myślą, że są bezpieczni, to ja idę się powiesić. Gdy nastaje ta jedyna godzina, nikt nie jest bezpieczny.
   Obracam maskę w dłoni, jakby zastanawiając się, czy aby na pewno ją włożyć. Słyszę za sobą kroki. Wiem, że ten ktoś jest daleko, jednak ja je słyszę. Po chwili czuję jednak, że ta odległość znacznie się zmniejszyła.
- Naya.. – Odwracam się i spoglądam na rudowłosą dziewczynę.
- Wszystko gotowe, Shail. – Odpowiada kłaniając się lekko. Kiwam głową.
- Mówiłem ci, abyś nie mówiła do mnie po imieniu. – Dodaję bezinteresownie nie racząc ją moim spojrzeniem. Widzę, jak dziewczyna nerwowo przygryza dolną wargę. Milczy.
- Od chwili, gdy zakładam maskę, jestem bezimienny. – Nakładam moją drugą twarz, od której odbija się słabe światło księżyca. Zabójczyni uśmiecha się znacząco.
- Tak, panie. – Mówi z wielkim szacunkiem porównywalnym do rozmowy z królem. – Ostatnio Alex znowu dał o sobie znać. – Dodaje.
- Nie obchodzi mnie to. Póki nie zawadza nam, nie stanowi dla nas zagrożenia. – Dziewczyna kiwa głową.
- Jedynym interesującym obiektem, którego szybko chcę się pozbyć, to cały szycha FBI. Chyba nie muszę wspominać, iż ma on córkę. – Spoglądam na nią kątem oka, a rudowłosa uśmiecha się szatańsko.
Dobra jest, że od razu wie o co mi chodzi.
Po chwili nie wypowiadając już żadnych zbędnych słów znika w ciemnościach. Ja przez chwilę jeszcze stoję i próbuję zebrać rozproszone myśli. Wiem, że to co miało się zacząć, już dawno się zaczęło, a czasu się nie cofnie.
       Zeskakuję zwinnie na ziemię. Dokładnie wiem, co mam robić. Kieruję się więc na umówione miejsce spotkania. Po co się śpieszyć…


Wybiła północ. Ostatni strażnicy, po sprawdzeniu pociągu znikli za drzwiami swojej budki, w której powinni przesiedzieć resztę nocy. Siedzimy rozproszeni na dachach. Po chwili resztę świateł gaśnie. Daję sygnał reszcie. Słyszę jednak kroki w jednym z pomieszczeń.
Jest ich więcej…
Na mojej twarzy pojawia się złowieszczy uśmiech. Noc ponownie otula mnie swymi ramionami, a ja pojawiam się w pomieszczeniu. Drzwi zatrzaskują się pod wpływem mocnego podmuchu wiatru. W pomieszczeniu panuje ciemność.
- Światła tu nie macie? – Mówię ściszonym głosem. Słyszę, jak ktoś przeładowuje broń. Wyciągam nóż. Czuć jeszcze woń krwi po ostatniej rzezi. Robię jeden jedyny krok przed siebie. Zaczynają się dusić, a krew wypływa strumieniem z ich buzi. Po chwili ich ciała bezwładnie osuwają się na ziemię. Wychodzę, zamykając za sobą drzwi.
Powinni alarm założyć… Żeby ktoś im się tak łatwo wkradał?...
Szukam wzrokiem pozostałych. Widać, zrobili już swoje. Chowam broń z powrotem. Niepokoi mnie jedna rzecz. Błysk w oddali, który zbliża się z zawrotną szybkością.
Samochód…
Wskakuję ponownie na dach, obserwując wszystko. Nagle z samochodu wysiada tak znajoma i znienawidzona mi twarz.
Charlie Black, jak my się dawno nie widzieliśmy.
Agent FBI wysiada z luksusowego auta i lustruje wszystko swym wzrokiem. Wszędzie unosi się woń krwi, a w składzikach pozamykane są martwe ciała. Próbuję powstrzymać triumfalny uśmiech, jednak on sam wkrada mi się na twarz. Wysyłam Charli’emu pełne nienawiści spojrzenie, którego on zapewne nie zauważy, jednak poczuje.
- Co tu się stało. – Zagrzmiał spoglądając na swojego asystenta, jakby oczekując od niego odpowiedzi, której on zapewne dać mu nie może.
- N-nie mam pojęcia… P-pewnie Gank Czarnego Orła. – Odpowiada odwracając z obrzydzeniem wzrok. Charlie wzdycha posępnie. Nie chcę słuchać dalszego rozwinięcia tej rozmowy. Odchodzę.

~Shail~

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz