Kolejna rzeź. Ojciec musiał pojechać sprawdzić co się stało. Mama ze zmartwioną miną siedziała przy stole w kuchni, a ja beznamiętnie patrzyłam się w okno. Pewnie ten gang znów zaatakował. Czym oni się kierują? Jaki mają cel? Mordują dla zabawy? To bezcelowe. Przejechałam palcem po ekranie tableta odblokowując go. Przeglądałam aplikacje myślałam nad motywem działań gangu. Drzwi się lekko uchyliły i w progu pojawiła się mama. Jak zwykle uśmiechała się ciepło.
-Lepiej wyglądasz bez tych wszystkich kolczyków i makijażu.
-Nie... Wtedy jestem zwyczajna. Niczym się nie różnię od innych ludzi... -Westchnęłam ciężko-chyba tata wrócił...
Pokazałam palcem na czarny samochód wjeżdżający na podwórko. Mama skinęła głową i bez słowa wyszła z pokoju zostawiając mnie samą.
Cicho wymknęłam się z pokoju i przyczaiłam się przy ścianie w połowie schodów.
-... Ten gang... -zaczął ojciec siadając na kanapie - Cholerne skurwiele!
Nerwy mu puściły... który to już raz?
-Kochanie... spokojnie. Alisa jeszcze nie śpi...
-Znów zaatakowali..-powiedział już cichszym głosem- Nie wiem jaki mieli cel. Strażnicy nawet nie zdążyli zareagować. Zabijają dla zabawy...? Szczeniaki...
-Martwię się o Alisę... Może... może się przeprowadzić?
-Co?! Nie nie nie... będziemy żyć normalnie! Te szczeniaki nie namieszają w naszym życiu... obiecuję... -Przytulił ją, a ja ponownie zniknęłam w zakamarkach mojego pokoju.
Kolejny dzień, tak samo nudny i monotonny jak każdy inny. Zimny wiatr sprzedał mi plaskacza gdy tylko wyszłam z domu i skierowałam się w stronę szkoły. Przez całą drogę towarzyszyło mi dziwne uczucie. Ktoś na mnie patrzył. Zaczęłam iść szybciej, nie minęła chwila a zaczęłam biec. Nie przebiegłam paru metrów a dostałam zadyszki. Jak byłam mała miałam Astmę. Nie chcę żeby to wróciło. Zatrzymałam się i opierając o budynek łapałam oddech. Ponownie ruszyłam przed siebie. Przez wszystkie lekcje miałam wrażenie, że ktoś na mnie czeka przed szkołą. Ostatni dzwonek...
~Alisa~
środa, 31 lipca 2013
III ~.Krew zawsze i wszędzie
Stoję wpatrzony w bezkresny ocean uśpionych dusz
spoczywających bezpiecznie w swoich domostwach. Jeśli oni myślą, że są
bezpieczni, to ja idę się powiesić. Gdy nastaje ta jedyna godzina, nikt nie
jest bezpieczny.
Obracam maskę w dłoni, jakby zastanawiając się, czy aby na pewno ją włożyć. Słyszę za sobą kroki. Wiem, że ten ktoś jest daleko, jednak ja je słyszę. Po chwili czuję jednak, że ta odległość znacznie się zmniejszyła.
- Naya.. – Odwracam się i spoglądam na rudowłosą dziewczynę.
- Wszystko gotowe, Shail. – Odpowiada kłaniając się lekko. Kiwam głową.
- Mówiłem ci, abyś nie mówiła do mnie po imieniu. – Dodaję bezinteresownie nie racząc ją moim spojrzeniem. Widzę, jak dziewczyna nerwowo przygryza dolną wargę. Milczy.
- Od chwili, gdy zakładam maskę, jestem bezimienny. – Nakładam moją drugą twarz, od której odbija się słabe światło księżyca. Zabójczyni uśmiecha się znacząco.
- Tak, panie. – Mówi z wielkim szacunkiem porównywalnym do rozmowy z królem. – Ostatnio Alex znowu dał o sobie znać. – Dodaje.
- Nie obchodzi mnie to. Póki nie zawadza nam, nie stanowi dla nas zagrożenia. – Dziewczyna kiwa głową.
- Jedynym interesującym obiektem, którego szybko chcę się pozbyć, to cały szycha FBI. Chyba nie muszę wspominać, iż ma on córkę. – Spoglądam na nią kątem oka, a rudowłosa uśmiecha się szatańsko.
Dobra jest, że od razu wie o co mi chodzi.
Po chwili nie wypowiadając już żadnych zbędnych słów znika w ciemnościach. Ja przez chwilę jeszcze stoję i próbuję zebrać rozproszone myśli. Wiem, że to co miało się zacząć, już dawno się zaczęło, a czasu się nie cofnie.
Zeskakuję zwinnie na ziemię. Dokładnie wiem, co mam robić. Kieruję się więc na umówione miejsce spotkania. Po co się śpieszyć…
Wybiła północ. Ostatni strażnicy, po sprawdzeniu pociągu znikli za drzwiami swojej budki, w której powinni przesiedzieć resztę nocy. Siedzimy rozproszeni na dachach. Po chwili resztę świateł gaśnie. Daję sygnał reszcie. Słyszę jednak kroki w jednym z pomieszczeń.
Jest ich więcej…
Na mojej twarzy pojawia się złowieszczy uśmiech. Noc ponownie otula mnie swymi ramionami, a ja pojawiam się w pomieszczeniu. Drzwi zatrzaskują się pod wpływem mocnego podmuchu wiatru. W pomieszczeniu panuje ciemność.
- Światła tu nie macie? – Mówię ściszonym głosem. Słyszę, jak ktoś przeładowuje broń. Wyciągam nóż. Czuć jeszcze woń krwi po ostatniej rzezi. Robię jeden jedyny krok przed siebie. Zaczynają się dusić, a krew wypływa strumieniem z ich buzi. Po chwili ich ciała bezwładnie osuwają się na ziemię. Wychodzę, zamykając za sobą drzwi.
Powinni alarm założyć… Żeby ktoś im się tak łatwo wkradał?...
Szukam wzrokiem pozostałych. Widać, zrobili już swoje. Chowam broń z powrotem. Niepokoi mnie jedna rzecz. Błysk w oddali, który zbliża się z zawrotną szybkością.
Samochód…
Wskakuję ponownie na dach, obserwując wszystko. Nagle z samochodu wysiada tak znajoma i znienawidzona mi twarz.
Charlie Black, jak my się dawno nie widzieliśmy.
Agent FBI wysiada z luksusowego auta i lustruje wszystko swym wzrokiem. Wszędzie unosi się woń krwi, a w składzikach pozamykane są martwe ciała. Próbuję powstrzymać triumfalny uśmiech, jednak on sam wkrada mi się na twarz. Wysyłam Charli’emu pełne nienawiści spojrzenie, którego on zapewne nie zauważy, jednak poczuje.
- Co tu się stało. – Zagrzmiał spoglądając na swojego asystenta, jakby oczekując od niego odpowiedzi, której on zapewne dać mu nie może.
- N-nie mam pojęcia… P-pewnie Gank Czarnego Orła. – Odpowiada odwracając z obrzydzeniem wzrok. Charlie wzdycha posępnie. Nie chcę słuchać dalszego rozwinięcia tej rozmowy. Odchodzę.
Obracam maskę w dłoni, jakby zastanawiając się, czy aby na pewno ją włożyć. Słyszę za sobą kroki. Wiem, że ten ktoś jest daleko, jednak ja je słyszę. Po chwili czuję jednak, że ta odległość znacznie się zmniejszyła.
- Naya.. – Odwracam się i spoglądam na rudowłosą dziewczynę.
- Wszystko gotowe, Shail. – Odpowiada kłaniając się lekko. Kiwam głową.
- Mówiłem ci, abyś nie mówiła do mnie po imieniu. – Dodaję bezinteresownie nie racząc ją moim spojrzeniem. Widzę, jak dziewczyna nerwowo przygryza dolną wargę. Milczy.
- Od chwili, gdy zakładam maskę, jestem bezimienny. – Nakładam moją drugą twarz, od której odbija się słabe światło księżyca. Zabójczyni uśmiecha się znacząco.
- Tak, panie. – Mówi z wielkim szacunkiem porównywalnym do rozmowy z królem. – Ostatnio Alex znowu dał o sobie znać. – Dodaje.
- Nie obchodzi mnie to. Póki nie zawadza nam, nie stanowi dla nas zagrożenia. – Dziewczyna kiwa głową.
- Jedynym interesującym obiektem, którego szybko chcę się pozbyć, to cały szycha FBI. Chyba nie muszę wspominać, iż ma on córkę. – Spoglądam na nią kątem oka, a rudowłosa uśmiecha się szatańsko.
Dobra jest, że od razu wie o co mi chodzi.
Po chwili nie wypowiadając już żadnych zbędnych słów znika w ciemnościach. Ja przez chwilę jeszcze stoję i próbuję zebrać rozproszone myśli. Wiem, że to co miało się zacząć, już dawno się zaczęło, a czasu się nie cofnie.
Zeskakuję zwinnie na ziemię. Dokładnie wiem, co mam robić. Kieruję się więc na umówione miejsce spotkania. Po co się śpieszyć…
Wybiła północ. Ostatni strażnicy, po sprawdzeniu pociągu znikli za drzwiami swojej budki, w której powinni przesiedzieć resztę nocy. Siedzimy rozproszeni na dachach. Po chwili resztę świateł gaśnie. Daję sygnał reszcie. Słyszę jednak kroki w jednym z pomieszczeń.
Jest ich więcej…
Na mojej twarzy pojawia się złowieszczy uśmiech. Noc ponownie otula mnie swymi ramionami, a ja pojawiam się w pomieszczeniu. Drzwi zatrzaskują się pod wpływem mocnego podmuchu wiatru. W pomieszczeniu panuje ciemność.
- Światła tu nie macie? – Mówię ściszonym głosem. Słyszę, jak ktoś przeładowuje broń. Wyciągam nóż. Czuć jeszcze woń krwi po ostatniej rzezi. Robię jeden jedyny krok przed siebie. Zaczynają się dusić, a krew wypływa strumieniem z ich buzi. Po chwili ich ciała bezwładnie osuwają się na ziemię. Wychodzę, zamykając za sobą drzwi.
Powinni alarm założyć… Żeby ktoś im się tak łatwo wkradał?...
Szukam wzrokiem pozostałych. Widać, zrobili już swoje. Chowam broń z powrotem. Niepokoi mnie jedna rzecz. Błysk w oddali, który zbliża się z zawrotną szybkością.
Samochód…
Wskakuję ponownie na dach, obserwując wszystko. Nagle z samochodu wysiada tak znajoma i znienawidzona mi twarz.
Charlie Black, jak my się dawno nie widzieliśmy.
Agent FBI wysiada z luksusowego auta i lustruje wszystko swym wzrokiem. Wszędzie unosi się woń krwi, a w składzikach pozamykane są martwe ciała. Próbuję powstrzymać triumfalny uśmiech, jednak on sam wkrada mi się na twarz. Wysyłam Charli’emu pełne nienawiści spojrzenie, którego on zapewne nie zauważy, jednak poczuje.
- Co tu się stało. – Zagrzmiał spoglądając na swojego asystenta, jakby oczekując od niego odpowiedzi, której on zapewne dać mu nie może.
- N-nie mam pojęcia… P-pewnie Gank Czarnego Orła. – Odpowiada odwracając z obrzydzeniem wzrok. Charlie wzdycha posępnie. Nie chcę słuchać dalszego rozwinięcia tej rozmowy. Odchodzę.
~Shail~
II ~.Pierwszy krok w kierunku piekła...
''Sztański pomysł? Nie... Odgoń te myśli! Pamiętaj kim jest twój ojciec! Nie rób tego!"
Starałam przekonać samą siebie wyciągając laptopa z torby, poprawiłam okulary patrząc na ekran ładowania. Parę kliknięć... włamałam się do głównego szkolnego komputera. Połowa roboty za mną. Stukałam w klawiaturę wprowadzając kolejne ciągi liter i cyfr. Nagle w całej szkole rozbrzmiały dzwonki alarmowe. Szatański uśmieszek wkradł mi się na twarz. Nie mogłam się powstrzymać.
"Macie słabe systemy ;> Pozdrawiam Alex :) "
Te słowa widniały na wszystkich komputerach szkolnych. Ponownie schowałam laptopa do torby i wtapiając się w tłum wyszłam ze szkoły. Deszcz nadal stukał o chodnik. Usłyszałam chichot za swoimi plecami. Przeklnęłam w myślach i powoli się odwróciłam. Moje oczy zaczęły krwawić gdy napotkały trzy kucyki pony w wersji ludziopodobnej. Wytykały mnie palcami, chichotały i szeptały między sobą raz po raz wybuchając śmiechem.
-Jeśli macie coś do mnie, napiszcie to proszę na kartce, włóżcie do koperty i wsadźcie sobie w dupę... -burknęłam pod nosem w ich stronę.
-Ej patrzcie! To emo umie mówić! Jaka fajna małpka. Te końcówki robiłaś markerami z biedronki?
-I tak lepiej wyglądają niż wasze peruki z włosów spod pach... -rzuciłam w ich stronę i ruszyłam w kierunku samochodu ojca. Był cały blady, gdy tylko mnie zobaczył przytulił mnie... Od jak dawna tego nie robił... Dwa lata? To ciepło...
-Nic ci nie jest...? Choć jedziemy do domu... Zwolnili was z lekcji...
Wsiadając do samochodu nadal byłam w szoku.
-Cóż się stało że postanowiłeś mnie dotknąć ojcze...? -rzuciłam w jego stronę.
Milczał. Jak zwykle, ale zobaczyłam coś w jego oczach.
-W..Wybacz.. -spuściłam głowę rozumiejąc, że nie powinnam była tego mówić.
-To nic... Wiem że mi nie ufasz... a nawet nienawidzisz ale sama wiesz jaka jest sytuacja. Chcę żebyś zaszła daleko i żebyś była bezpieczna.
-Wiem...
Patrzyłam przez okno na deszcz. Lubię deszcz, tak jakby niebo starało się wypłakać całe zło tego świata. Zatrzymaliśmy się pod domem. Wchodząc do środka poczułam przyjemny zapach obiadu.
-Frytki czuję!
Zanuciłam ściągając tenisówki i wchodząc do przestronnej kuchni. Podkradłam jedną frytkę i wbiegłam po schodach na górę. Delikatnie odłożyłam laptopa na biurko. Schodząc po schodach usłyszałam kawałek rozmowy rodziców.
-Myślisz, że ten Alex jest częścią tego gangu? -mama zapytała drżącym głosem nakrywając do stołu.
-Nie wiem... Ale znaleziono kolejnego martwego chłopaka. Martwię się o Alisę. Wiedzą że ich ścigam i mogą chcieć jej coś zrobić..
Zamurowało mnie. A co jeśli to prawda? Wbiegłam ponownie na górę i rzucając się na łózko zaczęłam żałować tego co zrobiłam...
~Alisa
Starałam przekonać samą siebie wyciągając laptopa z torby, poprawiłam okulary patrząc na ekran ładowania. Parę kliknięć... włamałam się do głównego szkolnego komputera. Połowa roboty za mną. Stukałam w klawiaturę wprowadzając kolejne ciągi liter i cyfr. Nagle w całej szkole rozbrzmiały dzwonki alarmowe. Szatański uśmieszek wkradł mi się na twarz. Nie mogłam się powstrzymać.
"Macie słabe systemy ;> Pozdrawiam Alex :) "
Te słowa widniały na wszystkich komputerach szkolnych. Ponownie schowałam laptopa do torby i wtapiając się w tłum wyszłam ze szkoły. Deszcz nadal stukał o chodnik. Usłyszałam chichot za swoimi plecami. Przeklnęłam w myślach i powoli się odwróciłam. Moje oczy zaczęły krwawić gdy napotkały trzy kucyki pony w wersji ludziopodobnej. Wytykały mnie palcami, chichotały i szeptały między sobą raz po raz wybuchając śmiechem.
-Jeśli macie coś do mnie, napiszcie to proszę na kartce, włóżcie do koperty i wsadźcie sobie w dupę... -burknęłam pod nosem w ich stronę.
-Ej patrzcie! To emo umie mówić! Jaka fajna małpka. Te końcówki robiłaś markerami z biedronki?
-I tak lepiej wyglądają niż wasze peruki z włosów spod pach... -rzuciłam w ich stronę i ruszyłam w kierunku samochodu ojca. Był cały blady, gdy tylko mnie zobaczył przytulił mnie... Od jak dawna tego nie robił... Dwa lata? To ciepło...
-Nic ci nie jest...? Choć jedziemy do domu... Zwolnili was z lekcji...
Wsiadając do samochodu nadal byłam w szoku.
-Cóż się stało że postanowiłeś mnie dotknąć ojcze...? -rzuciłam w jego stronę.
Milczał. Jak zwykle, ale zobaczyłam coś w jego oczach.
-W..Wybacz.. -spuściłam głowę rozumiejąc, że nie powinnam była tego mówić.
-To nic... Wiem że mi nie ufasz... a nawet nienawidzisz ale sama wiesz jaka jest sytuacja. Chcę żebyś zaszła daleko i żebyś była bezpieczna.
-Wiem...
Patrzyłam przez okno na deszcz. Lubię deszcz, tak jakby niebo starało się wypłakać całe zło tego świata. Zatrzymaliśmy się pod domem. Wchodząc do środka poczułam przyjemny zapach obiadu.
-Frytki czuję!
Zanuciłam ściągając tenisówki i wchodząc do przestronnej kuchni. Podkradłam jedną frytkę i wbiegłam po schodach na górę. Delikatnie odłożyłam laptopa na biurko. Schodząc po schodach usłyszałam kawałek rozmowy rodziców.
-Myślisz, że ten Alex jest częścią tego gangu? -mama zapytała drżącym głosem nakrywając do stołu.
-Nie wiem... Ale znaleziono kolejnego martwego chłopaka. Martwię się o Alisę. Wiedzą że ich ścigam i mogą chcieć jej coś zrobić..
Zamurowało mnie. A co jeśli to prawda? Wbiegłam ponownie na górę i rzucając się na łózko zaczęłam żałować tego co zrobiłam...
~Alisa
wtorek, 30 lipca 2013
Zemsta zawsze jest słodka..
Siedzę na dachu jednego z popadających w ruinę już budynków,
znajdującego się na uboczu miasta. Słońce dawno zaszło już za horyzont, nie
pozostawiając po sobie już nic na niebie. Niebo jest teraz o wiele piękniejsze.
Granatowe chmury galopują w ciemnościach skrywających za sobą księżyc.
Zeskakuję z dachu lodując na suchej ziemi, od razu wznoszę w powietrze tysiące drobin kurzu. Poprawiam płaszcz, oraz maskę ruszając przed siebie. Wiem, że nikt nie może mnie zobaczyć. Jestem tego pewien, równie stuprocentowo, jak tego, że zgon występuje zawsze po pięciu sekundach. Maskuje mnie noc. Stała się ona moją jedyną przyjaciółką, którą witam zawsze po zachodzie słońca.
Gdzieś w oddali słychać nocne odgłosy rozbijanych butelek, ktoś klnie na życie, a jeszcze ktoś się powiesił, naprawdę uroczo. Przyzwyczaiłem się już do tego. Teraz gdyby mi to wszystko odebrano, to tak jakby odebrano mi tlen. W tym momencie to ja odbieram tlen z dużą dozą brutalności. Uśmiecham się szyderczo, jednak nie widzi tego nikt. Ponownie stawiam kroki przed siebie. Tym razem przyśpieszyłem. Zaciągam się w najodleglejsze zakątki miasta, czyli dokładnie tam, gdzie rasowa panienka pięciu minut nie przetrwa. W powietrzu czuć woń nie dopalonych petów, oraz alkoholu. Dokładnie wiem, gdzie iść. Po chwili skręcam w prawo. Moim oczom ukazuje się nieduży, opuszczony budynek. Nie pieprząc się, wjeżdżam z buta bez zaproszenia. Wszystkie głosy i rozmowy, które były do tej pory prowadzone, znikły, jakby ktoś je pozbawił życia. Bardzo możliwe…
- Sz-szefie… Wróciłeś! – W moją stronę podchodzi wystraszony blondyn.
- A co kurwa, tak wcześnie się mnie nie spodziewaliście? – Warknąłem przechodząc obok niego.
- Z-znaczy n-n-nie o to chodzi… - Wydukał głośno przełykając ślinę.
- Co znowu? – Wzdycham siadając na oknie. Zdejmuję maskę i lustruję wszystkich wzrokiem.
- Kris.. On zdradził nas. – Rzekł w końcu, jakby sprawiało mu to wielką trudność, albo brakowało powietrza. Stawiam na oba.
- Wiem. – Odpowiadam beznamiętnie, zapalając peta. – Zająłem się tym.. – Wypuszczam dymek, a następnie wyjmuje okrwawiony nóż, który wbijam w stół. Kątem oka dostrzegam, jak reszta cofa się.
- Zachowujecie się jak ostatnie śmiecie… - Chowam nóż z powrotem. – Jutro ponownie zaatakujemy. – Oznajmiam nie czekając na wyrażenie ich opinii.
- Ostatnio jakoś nie poszło. Wiedzą, że zaatakujemy, więc zwiększą zapewne ochronę.
- Nie wiedziałem, że jesteś taki inteligentny, brawo. – Odpaliłem przewracając bezradnie oczami.
Idioci…
- Shail... Mogę się tym zająć.. – Słyszę delikatny głos tuż przy moim uchu.
- Naya… Lepiej tego nie spieprz. – Ostrzegam, a następnie zeskakuje z okna. Dziewczyna kiwa głową na znak, że rozumie moją groźbę, a co gorsza to, co może się stać.
Ponownie zakładam maskę.
- Jutro, wszyscy macie być przygotowani. Spotykamy się tutaj kwadrans po dwunastej, zrozumiano? – Widzę nieznaczne kiwnięcia głowami. Nie obchodzi mnie ich zdanie na ten temat. To ja tutaj wydaję rozkazy, a to już ich problem w jakie gówno się wpakowali.
Zemsta zawsze jest słodka… Ponoć gdy ktoś upił łyk krwawego nektaru, już zawsze będzie czuł jego smak…
Zeskakuję z dachu lodując na suchej ziemi, od razu wznoszę w powietrze tysiące drobin kurzu. Poprawiam płaszcz, oraz maskę ruszając przed siebie. Wiem, że nikt nie może mnie zobaczyć. Jestem tego pewien, równie stuprocentowo, jak tego, że zgon występuje zawsze po pięciu sekundach. Maskuje mnie noc. Stała się ona moją jedyną przyjaciółką, którą witam zawsze po zachodzie słońca.
Gdzieś w oddali słychać nocne odgłosy rozbijanych butelek, ktoś klnie na życie, a jeszcze ktoś się powiesił, naprawdę uroczo. Przyzwyczaiłem się już do tego. Teraz gdyby mi to wszystko odebrano, to tak jakby odebrano mi tlen. W tym momencie to ja odbieram tlen z dużą dozą brutalności. Uśmiecham się szyderczo, jednak nie widzi tego nikt. Ponownie stawiam kroki przed siebie. Tym razem przyśpieszyłem. Zaciągam się w najodleglejsze zakątki miasta, czyli dokładnie tam, gdzie rasowa panienka pięciu minut nie przetrwa. W powietrzu czuć woń nie dopalonych petów, oraz alkoholu. Dokładnie wiem, gdzie iść. Po chwili skręcam w prawo. Moim oczom ukazuje się nieduży, opuszczony budynek. Nie pieprząc się, wjeżdżam z buta bez zaproszenia. Wszystkie głosy i rozmowy, które były do tej pory prowadzone, znikły, jakby ktoś je pozbawił życia. Bardzo możliwe…
- Sz-szefie… Wróciłeś! – W moją stronę podchodzi wystraszony blondyn.
- A co kurwa, tak wcześnie się mnie nie spodziewaliście? – Warknąłem przechodząc obok niego.
- Z-znaczy n-n-nie o to chodzi… - Wydukał głośno przełykając ślinę.
- Co znowu? – Wzdycham siadając na oknie. Zdejmuję maskę i lustruję wszystkich wzrokiem.
- Kris.. On zdradził nas. – Rzekł w końcu, jakby sprawiało mu to wielką trudność, albo brakowało powietrza. Stawiam na oba.
- Wiem. – Odpowiadam beznamiętnie, zapalając peta. – Zająłem się tym.. – Wypuszczam dymek, a następnie wyjmuje okrwawiony nóż, który wbijam w stół. Kątem oka dostrzegam, jak reszta cofa się.
- Zachowujecie się jak ostatnie śmiecie… - Chowam nóż z powrotem. – Jutro ponownie zaatakujemy. – Oznajmiam nie czekając na wyrażenie ich opinii.
- Ostatnio jakoś nie poszło. Wiedzą, że zaatakujemy, więc zwiększą zapewne ochronę.
- Nie wiedziałem, że jesteś taki inteligentny, brawo. – Odpaliłem przewracając bezradnie oczami.
Idioci…
- Shail... Mogę się tym zająć.. – Słyszę delikatny głos tuż przy moim uchu.
- Naya… Lepiej tego nie spieprz. – Ostrzegam, a następnie zeskakuje z okna. Dziewczyna kiwa głową na znak, że rozumie moją groźbę, a co gorsza to, co może się stać.
Ponownie zakładam maskę.
- Jutro, wszyscy macie być przygotowani. Spotykamy się tutaj kwadrans po dwunastej, zrozumiano? – Widzę nieznaczne kiwnięcia głowami. Nie obchodzi mnie ich zdanie na ten temat. To ja tutaj wydaję rozkazy, a to już ich problem w jakie gówno się wpakowali.
Zemsta zawsze jest słodka… Ponoć gdy ktoś upił łyk krwawego nektaru, już zawsze będzie czuł jego smak…
~Shail~
Prolog
Leżałam na łóżku z laptopem na kolanach podziwiając coraz to dziwniejsze wpisy na forum. Paru hejterów, gdzieś tam jakieś dziecko z niewyparzoną mordą, kilku znawców świata. Bezradnie przewróciłam oczami i zamknęłam laptopa odkładając go na podłogę. Wstałam z łóżka i podchodząc do tablicy korkowej niechętnie spojrzałam w lustro. Niebieskie oczy z ciemnym makijażem, usta pociągnięte błyszczykiem, kolczyk na języku, wardze, w nosie, brwi oraz po trzy kolczyki w uchu. Byłam zawodem rodziców i workiem treningowym w szkole. Westchnęłam ciężko spoglądając na czarne włosy z niebieskimi końcówkami.
-Są jak Indiana Jones... ciągnie je w cztery strony świata... -zaśmiałam się sięgając po szczotkę.
Zarzuciłam torbę na ramię i zbiegłam po schodach do kuchni.
-A ty znów wyglądasz jak Emo... Zmyj to i zacznij zachowywać się jak dorosła... -ojciec, wielka szycha FBI, popatrzył na mnie krzywo jedząc kolejną kanapkę.
-Mam 16 lat... nie jestem dorosła.. -odgryzłam się biorąc jabłko z kosza na owoce. -Poza tym... zajmij się lepiej tym gangiem... jak im tam... -pstrykając palcami starałam przypomnieć sobie ich nazwę.
-...Gang czarnego orła... -wtrąciła się mama -Nie martw się tata się nimi zajmie...
-Ale ja...
-Idź już bo się spóźnisz... -przerwała mi w połowie zdania i ponownie zagłębiła się w lekturze swojej książki. Wyszłam z domu i mijając kolejne nic nie różniące się domy powoli zmierzałam w kierunku szkoły. Deszcz stukał o chodnik i szyby mijających mnie samochodów. Przeszłam przez bramy szkoły. Koszmar czas zacząć..
Lekcja pierwsza: Polski. Wykład na temat mojego wyglądu. Patrzyłam beznamiętnie na nieruszające się wskazówki zegara. Dzwonek. Wybiegłam z klasy kierując się do toalet na trzecim piętrze. Nikt tam nigdy nie siedzi. Wskoczyłam na parapet i odpalając rocka w słuchawkach, modliłam się o jak najszybsze zakończenie dzisiejszych lekcji...
~Alisa
-Są jak Indiana Jones... ciągnie je w cztery strony świata... -zaśmiałam się sięgając po szczotkę.
Zarzuciłam torbę na ramię i zbiegłam po schodach do kuchni.
-A ty znów wyglądasz jak Emo... Zmyj to i zacznij zachowywać się jak dorosła... -ojciec, wielka szycha FBI, popatrzył na mnie krzywo jedząc kolejną kanapkę.
-Mam 16 lat... nie jestem dorosła.. -odgryzłam się biorąc jabłko z kosza na owoce. -Poza tym... zajmij się lepiej tym gangiem... jak im tam... -pstrykając palcami starałam przypomnieć sobie ich nazwę.
-...Gang czarnego orła... -wtrąciła się mama -Nie martw się tata się nimi zajmie...
-Ale ja...
-Idź już bo się spóźnisz... -przerwała mi w połowie zdania i ponownie zagłębiła się w lekturze swojej książki. Wyszłam z domu i mijając kolejne nic nie różniące się domy powoli zmierzałam w kierunku szkoły. Deszcz stukał o chodnik i szyby mijających mnie samochodów. Przeszłam przez bramy szkoły. Koszmar czas zacząć..
Lekcja pierwsza: Polski. Wykład na temat mojego wyglądu. Patrzyłam beznamiętnie na nieruszające się wskazówki zegara. Dzwonek. Wybiegłam z klasy kierując się do toalet na trzecim piętrze. Nikt tam nigdy nie siedzi. Wskoczyłam na parapet i odpalając rocka w słuchawkach, modliłam się o jak najszybsze zakończenie dzisiejszych lekcji...
~Alisa
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)